Strona głównaMagazynKolejna nagonka na AfD

Kolejna nagonka na AfD

-

- Reklama -

W połowie stycznia br. w coraz bardziej „postępowych” i „demokratycznych” obecnych Niemczech – w niektórych aspektach już prawie takich jak socjalistyczna NRD z lat 80. – rozpoczęła się kolejna nagonka wielkich mediów i rządzących na Alternatywę dla Niemiec (AfD) i inne środowiska konserwatywno-prawicowe.

Tę nagonkę rozpoczęto oczywiście pod pretekstem rzekomego zagrożenia ze strony AfD dla „demokracji” i konstytucyjnego porządku RFN. Bo AfD nadal sprzeciwia się wspieranej od lat przez władze RFN i władze Unii Europejskiej masowej imigracji z dalekich krajów. Imigracji milionów chętnych na niemiecki czy austriacki socjal. Sprzeciwia się też między innymi polityce finansowej, socjalnej i energetyczno-„klimatycznej” władz UE i RFN prowadzącej nieuchronnie do „zielonego” euro-komunizmu i w konsekwencji do stopniowego ubożenia Niemców i innych narodów Europy. W związku z tym Alternatywa dla Niemiec domaga się już referendum w sprawie wyjścia Niemiec z euro-kołchozu, choć na razie niezbyt głośno. Super!

We wrześniu i październiku br. w trzech landach wschodnich, tych z obszaru byłej komunistycznej Niemieckiej Republiki Demokratycznej, mają odbyć się wybory do tamtejszych parlamentów. W Brandenburgii, Saksonii i Turyngii od roku 1990 totalnie rządzą lub współrządzą partie i media pokomunistyczne i lewicowo-systemowe: pokomunistyczna Lewica (Die Linke), socjaliści z SPD, euro-bolszewiccy Zieloni oraz centrowo-oportunistyczna i politycznie „poprawna” CDU. Ale w sondażach partyjnych preferencji opozycyjna konserwatywno-narodowa Alternatywa dla Niemiec (AfD) jest tam od blisko już roku partią cieszącą się wyraźnie największym społecznym poparciem. W tych wschodnich krajach RFN AfD osiąga bowiem poparcie aż 28-37 proc. ankietowanych obywateli. W  Brandenburgii 28-32 proc. (np. w badaniu ośrodka Forsa z 8-10 stycznia aż 32 proc.), w Saksonii aż 32-37 proc., a w Turyngii 31-36 proc. ankietowych głosów. Wunderbar!

Nic więc dziwnego, że partie rządzące Republiką Federalną od roku 1949, a przede wszystkim obecna SPD, CDU-CSU, Zieloni i FDP, już od kilku tygodni wyrażają swoje głośne zaniepokojenie. I „demokratycznie” sobie dywagują z poparciem największych stacji telewizyjnych, radiowych i większości prasy, czy tę „niebezpieczną dla naszej demokracji” AfD należy zdelegalizować w imię „ochrony demokracji” i „praworządności” już w tym roku, jeszcze przed wyborami w Saksonii, Turyngii itd., czy może jeszcze trochę z tym poczekać? Do nagonki w mediach rządzący wykorzystują przy tym wymyślone w styczniu nowe tezy i  propagandowe preteksty. Takie np., jakoby szefowie Alternatywy dla Niemiec już zastanawiali się (wraz z innymi „prawicowymi ekstremistami”) nad sposobami i projektami doprowadzenia do deportacji i usunięcia z obszaru Niemiec kilku milionów nielegalnych przybyszów z Azji, Afryki i innych stron świata. A także do pozbycia się części tych, którym niemieckie urzędy już przyznały prawo pobytu czy politycznego azylu.

Rządzący Niemcami „demokraci”, już całkiem podobnie jak ci „demokraci”, którzy w latach 1945-1989 rządzili w Polsce Ludowej czy w NRD, a którzy sami tak się wówczas codziennie określali i nazywali – szczególnie chętnie w kilku pierwszych latach ich komunistycznej władzy – inspirują przy tym różne lewicowe organizacje zależne od nich finansowo i politycznie do organizowania ulicznych demonstracji i protestów przeciwko AfD i innym „ekstremistom”. Demonstracji pod hasłami „sojuszu wszystkich demokratów przeciw prawicy”, totalnej „tolerancji” dla wszystkich nielegalnych przybyszów (tj. dla tzw. „migrantów”), dla różnych zboczeńców płciowych i ideologicznych itp. Takie uliczne „manify” odbyły się od 16 do 21 stycznia – najpierw w Kolonii, Bremie, Essen, Rostocku, Lipsku, a następnie we Frankfurcie, Hanowerze i kilku innych dużych miastach.

Po demonstracjach z 20 stycznia Thomas Haldenwang, szef Federalnego Urzędu Ochrony Konstytucji (takiej demokratycznej tajnej policji politycznej – zwanej przez sprzedajnych i durnych lewicowych dziennikarzy z Warszawy czy Berlina „kontrwywiadem”) – powiedział gazecie „Westdeutsche Zeitung”: „Byłoby wskazane, żeby milcząca większość naszego społeczeństwa zajęła wreszcie wyraźne stanowisko wobec ekstremizmu i antysemityzmu”. Przyznał też, że [w rządzie] pojawiły się już „rozważania na temat delegalizacji tej partii” (tj. AfD). Bo „wszystkie demokratyczne partie centrowe już zdają sobie sprawę z powagi sytuacji” (wg DPA i dw.com). Sehr schön und demokratisch!

No proszę, okazuje się przy tym, że między innymi neokomunistyczna z ducha, bo rewolucyjna i radykalnie lewicowa partia Zielonych, to w opinii szefa niemieckiej tajnej policji politycznej jakaś „demokratyczna partia centrowa”. A to ci dopiero prawdziwie leninowski euro-talmudyzm!

Thomas Haldenwang wyraził też zadowolenie, że „obecnie tak wielu ludzi” demonstruje przeciwko AfD i prawicy. Faktycznie, niektóre z tych ulicznych demonstracji wszelakiej lewicy, jak np. ta w Kolonii czy we Frankfurcie nad Menem, zgromadziły od kilkunastu do ok. 30 tysięcy uczestników. A w Berlinie przed gmachem Bundestagu jeszcze więcej – może nawet blisko 80 tys. Na tych zgromadzeniach protestowano m.in. przeciwko samej obecności AfD i innych grup prawicy w niemieckim życiu politycznym – pod hasłami „Tu nie ma miejsca dla nazistów”, „Wszyscy przeciw faszyzmowi” (to hasła z demonstracji we Frankfurcie nad Menem) itp. Uczestnicy większości tych demonstracji apelowali też do rządzących i posłów o delegalizację partii Alternatywa dla Niemiec. W związku z tym prezydent Republiki Federalnej Frank-Walter Steinmeier (rodem z lewicowej SPD) „wezwał wszystkich o poglądach demokratycznych [?] do utworzenia sojuszu na rzecz demokracji”.

Podobne apele wystosowało kilku innych polityków SPD, Zielonych i CDU. Wspomniane uliczne protesty i hasła poparła też oczywiście Centralna Rada Żydów w Niemczech – od lat przymusowo i obficie finansowana przez niemieckich podatników. A także w sumie kilkunastu ewangelickich i katolickich biskupów. Do udziału w medialnej nagonce na AfD i inne środowiska prawicy namówiono też kilku szefów organizacji gospodarczych, jak np. przewodniczącego Zrzeszenia Niemieckiego Przemysłu (BDI) Siegfrieda Rußwurma czy szefa związków gospodarczych w Hamburgu i Schlezwiku-Holsztynie Philippa Murmanna. Obydwaj ci szefowie zgodnie gardłowali w mediach przeciwko AfD – jaka to ona „niebezpieczna” też dla „naszej gospodarki”. Sehr dumm und demokratisch!

Liczni biskupi też przeciw AfD

Do propagandowych wypowiedzi i akcji skierowanych przeciwko AfD i innym „neonazistom” rządzący i szefowie mediów skłonili też oczywiście kilkunastu znanych w Niemczech estradowych i telewizyjnych idoli tłumów. A nawet sześciu katolicko-lewicowych biskupów z diecezji na północnym wschodzie Niemiec i w Hamburgu. Ci żałośni biskupi wydali już 18 stycznia swoje wspólne „pilne ostrzeżenie” przed partiami prawicowymi i przed głosowaniem na nie, w tym głównie przed Alternatywą dla Niemiec.

Ponadto okazało się, że niektórzy biskupi z Nadrenii, Westfalii czy Bawarii, już też wyraźnie i kategorycznie odcinają się od AfD. Niektórzy z nich oznajmili nawet, że katolikom już nie wolno głosować na tę partię. Np. bardzo „postępowy” biskup z Essen Franz-Josef Overbeck w rozmowie z katolickim portalem kirche-und-leben.de powiedział, że na Alternatywę dla Niemiec „po prostu nie wolno głosować”. Bo AfD „porzuciła demokratyczne podstawy, więc dla katolika nie jest to już wybór”. I na tę partię „nie wolno głosować”, bo „kto chce deportować [z powrotem do Afryki czy Azji] innych ludzi, ten odmawia im ludzkiej godności. A godność człowieka jest wpisana do ustawy zasadniczej”, więc „kto wypowiada się przeciwko niej, nie jest demokratą” – stwierdził Overbeck. Nie raczył przy tym wyjaśnić, na czyj koszt ma być kontynuowane to zapewnianie milionom uciekinierów z Afryki itd. tej „ludzkiej godności”. Czy może na koszt jego diecezji, czy nadal na koszt ogółu podatników, w tym tych ubogich, jak to się dzieje od pół wieku? I czy ma to być koszt przymusowy, jak dotychczas, czy dobrowolny?

Warto przypomnieć, że kilka dni wcześniej chyba najbardziej lewicowy z niemieckich hierarchów kard. Reinhard Marx, metropolita Monachium i Fryzyngi, który od ideologicznych euro-komunistów i skrajnych lewaków różni się chyba już tylko tym, że czasami jeszcze nosi sutannę, wzywał do objęcia członków AfD całkowitym zakazem pracy w instytucjach i wydawnictwach kościelnych (których w Niemczech jest bardzo wiele). Z kolei np. przewodniczący Rady Diecezji w bawarskim Eichstätt Christian Gärtner powiedział, że „obecnie prawdopodobnie największym zagrożeniem dla naszego demokratycznego porządku jest partia, która coraz słabiej skrywa swoją skłonność do prawicowego ekstremizmu i rasizmu”, więc AfD należy objąć „zakazem działalności”. Sehr demokratisch und sozialistich!

Szczególnie godne pożałowania i niezwykle żałosne jest jednak i to, że niemieccy biskupi nigdy porównywalnie ostro nie krytykowali jakiejkolwiek partii lewicowej. Jak choćby np. Zielonych czy SPD za forsowanie od lat i wprowadzanie przez te partie niemal niczym nieograniczonej aborcji, za wspieranie państwowej ochrony i przywilejów dla homoseksualistów i innych zboczeńców itd. A ponadto niemieccy katolicy czy luteranie co najmniej od 30 lat zapewne jeszcze nigdy nie usłyszeli głosu swoich biskupów, że nie wolno im głosować na (euro-komunistyczną w swej istocie) partię Zielonych czy na inne neo-komunistyczne i radykalnie lewicowe partie i środowiska (wg jungefreiheit.de).

Na tym szokującym tle dość umiarkowana wydaje się opinia „postępowego” przewodniczącego Konferencji Episkopatu Niemiec biskupa Georga Bätzinga z Nadrenii. 20 stycznia wziął on udział w „antyfaszystowskiej” manifestacji przeciw AfD i prawicy w Limburgu, stolicy swej diecezji. Na tej demonstracji ponoć było obecnych ok. 3 tys. mieszkańców. Biskup Bätzing publicznie powiedział tam między innymi: „Mróz, lód i śnieg nie mogą nas zatrzymać. Bo jest ważne, aby tu być i dać znak poparcia dla demokracji, różnorodności i tolerancji” (wg.katholisch.de). Jawohl!

Obetną AfD finansowanie?

Z tych licznych demonstracji ucieszyła się oczywiście mainstreamowa prasa. Nie tylko ta otwarcie i wyraźnie lewicowa, ale też m.in. dziennik „Frankfurter Allgemeine Zeitung” – dawniej dość konserwatywny i rozsądny. A nawet umiarkowany dziennik gospodarczy „Handelsblatt”, który napisał np.: „Każdy w AfD, kto chce w tej partii kultywować antysemityzm, rasizm, fantazje i plany deportacyjne czy wywrotowe, może to tam robić. Bo wszystko jest tam dozwolone […]. A stwierdzenie, że AfD już została zinfiltrowana przez ekstremistów, jest dużym niedoszacowaniem tego zjawiska, gdyż ta partia jest od lat otwarta na przedstawicieli wszelkiego rodzaju ruchów prawicowych”. Więc „niebezpieczeństwo, że niemiecka demokracja zostanie w ten sposób zniszczona od wewnątrz, jest absolutnie realne”. Choć „na zewnątrz ta partia prezentuje się jako stonowana. W telewizyjnych talk show widzowie oglądają łagodnie występujących liderów AfD. Za nimi kryją się jednak prawicowi ekstremiści, których idee są nie mniej brutalne niż niegdyś NPD” – przestrzegał dziennik z Düsseldorfu.

W związku z tego rodzaju opiniami i nastrojami niemal wszystkich „demokratów” i z całą nagonką mediów, niektórzy politycy SPD, Zielonych i bawarskiej CSU (jak np. sam szef CSU Markus Söder) już mówią otwarcie, że obcięcie do zera państwowego finansowania AfD przysługującego ustawowo każdej partii, która gdzieś ma swoich posłów, to dobry sposób na jej zwalczenie. Np. dyrektor poselskiego klubu SPD w Bundestagu Johannes Fechner powiedział dziennikowi „Handelsblatt”, że zawarta w konstytucji RFN procedura wykluczenia danej partii z finansowania jest „ważnym elementem obronnym państwa, mającym na celu znaczne ograniczenie środków państwowych dla partii o programie sprzecznym z konstytucją”. Ponoć także Zieloni postrzegają obcięcie państwowych środków finansowych dla AfD jako opcję całkiem możliwą. Choć zaznaczają, że takie rozwiązanie wymagałoby spełnienia „wielu warunków wstępnych”, w tym „uwzględnienia opinii organów bezpieczeństwa”, jak to powiedziała prasie organizacyjna kierowniczka poselskiego klubu Zielonych w Bundestagu Irene Mihalic (od roku 2013 posłanka, a wcześniej policyjna urzędniczka). O, tak – opinia „organów bezpieczeństwa” powinna być w takich sprawach zawsze najważniejsza. Ja, natürlich!

Najnowsze