Pojechali wspólnie świętować 50. rocznicę małżeństwa. Złote gody zaprowadziły państwa Helenę i Zdzisława ze Strzyżowa aż do Medziugorie. Z tej podróży do domu wróci jednak tylko on. W tragicznym wypadku polskiego autokaru na Węgrzech zginęła pani Helena. Jej mąż pozostał z dramatycznymi wspomnieniami i bolesną pustką.
Nocny powrót z Bałkanów do Polski upływał spokojnie. Większość pasażerów w autokarze spała. Pan Zdzisław, szukając wygodniejszej pozycji, położył się na podłogę w przejściu. Ta z pozoru błaha decyzja zaważyła na jego życiu.
Uderzenie nastąpiło nagle. – Jak trzasnęło, to się obudziłem. Wszyscy spali, nikt nic nie widział – relacjonuje na łamach „Super Expressu” ocalały senior.
W mroku rozbrzmiewały tylko dramatyczne nawoływania i płacz zdezorientowanych ludzi. – Słyszałem tylko: „O Matko Bosko!”. Były krzyki i nawoływania, gdzie kto jest – wspomina.
Pani Helena znajdowała się na siedzeniu przy oknie – dokładnie po tej stronie, na którą ostatecznie przewrócił się wrak. Jej mąż przeżył wciśnięty między rzędy foteli. – Tam spałem, na podłodze, to mnie uratowało – dodaje wstrząśnięty pan Zdzisław.
Ranny Zdzisław trafił do węgierskiego szpitala jako jeden z pierwszych. – Mnie zabrali, a żonę dopiero później wyciągali. Ratowali tych, którzy żyli. Tych, o których stwierdzili, że nie żyją, zostawili na później – tłumaczy realia akcji ratunkowej mężczyzna.
Prawdziwy dramat rozegrał się później, podczas konieczności identyfikacji zmarłej ukochanej. Widok, z którym musiał się zmierzyć, na zawsze odciśnie piętno w jego pamięci. – Dopóki jej nie widziałem, to było inaczej. Teraz mam ją cały czas przed oczami… Jak widziałem teraz, jak wygląda… – urywa.
Małżonkowie od lat regularnie odwiedzali Medziugorie, by dziękować za kolejne spędzone razem lata. – Na każdą rocznicę żeśmy jeździli. Pojechaliśmy na 50. rocznicę ślubu. Chcieliśmy sobie ją uczcić, a tu masz… – opowiada wdowiec, nie kryjąc żalu. – Tak bardzo się szanowaliśmy, kochaliśmy się – dodaje.
Jeszcze przed wyruszeniem na pielgrzymkę seniorzy zapowiedzieli bliskim, że ze względu na upływający czas, zrezygnują już z tak dalekich wojaży. – W domu mówili, że to już ostatnia pielgrzymka. No i tak wyszło… – kwituje gorzko pan Zdzisław.
– Dopiero będę przeżywał, jak do domu przyjadę, zupełnie sam – przyznaje szczerze. – Córka wnuczkę wydaje za mąż. To dopiero będzie tragedia dla nich – wybiega myślami w przyszłość.
Pomimo niewyobrażalnej straty, mężczyzna znajduje oparcie w religii. – Wierzę w Boga. Uważam, że Bóg wie, co robi. Myślę, że Bóg zabiera do siebie najlepszych, wie, co robi… – podsumował pan Zdzisław.
