Upadek gabinetu François Bayrou był przewidywalny od tygodni. 9 września Bayrou złożył na ręce prezydenta Macrona rezygnację, zaledwie po 269 dniach urzędowaniach. Była to jedna z krótszych kadencji premierów Piątej Republiki i kolejny eksperyment z rządem mniejszościowym się nie udał.
Bayrou wywrócił się o plan budżetu. Oszczędności m.in. miały dotknąć służbę zdrowia, emerytów, odebrać Francuzom dwa dni wolne od pracy (wielkanocny poniedziałek i 8 maja). W odpowiedzi powstał ruch społeczny „zablokujmy wszystko”, który wsparła lewica i związki zawodowe. Protest odbędzie się już 10 września i przypomina trochę rozmach „żółtych kamizelek”, a 18 września protest zapowiadają związki zawodowe.
Budżet krytykowała zarówno lewica, jak i prawica. Głosowanie było klęską rządu. 364 deputowanych zagłosowało przeciw rządowi, a tylko 194 za. Chaos pogłębia się, komplikuje się też sytuacja gospodarcza, a agencja Fitch może obniżyć rating francuskiego długu. Za dwa dni na ulicach dojdzie do protestu.
Prezydent Emmanuel Macron ogłosił, że „wyznaczy nowego premiera w ciągu najbliższych kilku dni”, ale będzie to kolejny rząd mniejszościowy. Do władzy rwą się teraz socjaliści. Nowe wybory, według sondaży przyniosłyby lekką poprawę notowań narodowej prawicy, ale ta nie miałaby większości i polityczny pat trwałby nadal. Stąd pojawiły się głosy o potrzebie przedterminowych wyborach, ale… prezydenckich.
W mediach padały tytuły „paraliż”, „polityczne harakiri”, „chaos finansowy”. Trudna sytuacja w kraju osłabia też międzynarodową pozycję Macrona, który kreował się na szefa koalicji europejskiej dotyczącej Ukrainy i był aktywny w sprawie Palestyny. Nowy rząd, to nowy „zderzak” dla prezydenta, przynajmniej na pewien czas. Stąd opinia, że Macron rozpoczyna teraz „wyścig z czasem”…
