Firmy nie chcą dobrowolnie przechodzić na samochody elektryczne, więc Unia Europejska zamierza narzucić je siłą. Jak alarmuje portal Euronews, Bruksela szykuje drakońskie przepisy, które od 2030 roku wprowadzą bezwzględny nakaz zasilania flot pojazdami na prąd. Nikogo na unijnych korytarzach nie obchodzi, czy przedsiębiorców będzie na ten luksus stać, czy w ogóle tego chcą, ani czy w ich okolicy funkcjonuje jakakolwiek infrastruktura ładowania. Branża motoryzacyjna nie kryje wściekłości.
Zgodnie z projektowanymi przepisami nakaz na początku ma obejmować wyłącznie duże przedsiębiorstwa zatrudniające co najmniej 250 pracowników i osiągające roczny obrót na poziomie 50 milionów euro. Potem regulacja stopniowo ma obejmować coraz mniejsze firmy.
Branża motoryzacyjna protestuje
Reakcja rynku jest natychmiastowa i niezwykle ostra. Aż 67 podmiotów z branży motoryzacyjnej i leasingowej wystosowało wspólny list protestacyjny bezpośrednio do przewodniczącej Komisji Europejskiej, Ursuli von der Leyen. Wśród sygnatariuszy znaleźli się najwięksi światowi gracze, tacy jak BMW, Toyota, Arval, Ayvens, Avis, Hertz oraz Bolt.
Firmy argumentują, że przymusowa elektryfikacja flot jest zjawiskiem „wysoce szkodliwym” i grozi całkowitą destabilizacją europejskiego rynku samochodowego. Wskazują przy tym na paradoksalny efekt uboczny planowanych regulacji: przedsiębiorstwa, których po prostu nie będzie stać na kosztowną wymianę floty, zamrożą zakupy nowych aut. W efekcie będą znacznie dłużej eksploatować starsze, a tego przecież Unia Europejska, rzecz jasna w imię klimatu, nie chce.
Zdaniem sygnatariuszy, prawdziwym problemem nie jest brak surowych przepisów, lecz bariery, z którymi biznes mierzy się na co dzień. Wśród nich na pierwszy plan wysuwają się rażąco niewystarczająca sieć stacji szybkiego ładowania, stale rosnące ceny energii elektrycznej oraz gwałtownie spadająca wartość elektryka przy jego odsprzedaży, co generuje ogromne ryzyko finansowe dla firm leasingowych i flotowych.
Ekonomia to jednak zaledwie wierzchołek góry lodowej. Na nowo wybucha spór o rzekomą „zieloność” samochodów elektrycznych. O ile auta na prąd podczas bezpośredniej eksploatacji uchodzą za bezemisyjne, tak ich globalny bilans ekologiczny, nawet stosując normy klimatystów, nie jest pod każdym względem jednoznacznie pozytywny.
Chodzi głównie o proces pozyskiwania surowców niezbędnych do produkcji ogniw. Eksperci wskazują przede wszystkim na destrukcyjne dla środowiska wydobycie litu. Proces ten wymaga zużycia gigantycznych ilości wody, co w suchych, dotkniętych suszami regionach świata drastycznie degraduje i obciąża lokalne ekosystemy. Dochodzą do tego ogromne nakłady energii oraz dewastacja terenu związana z wydobyciem innych kluczowych komponentów baterii, takich jak nikiel, kobalt czy grafit.
Eurokraci ignorują jednak wszelkie ostrzeżenia i nie zamierzają cofnąć się choćby o krok w swojej radykalnej, zielonej krucjacie.
