Strona głównaGŁÓWNYZielona energia, czarne rachunki, czyli bilion złotych w błoto!

Zielona energia, czarne rachunki, czyli bilion złotych w błoto!

-

- Reklama -

Teoretycznie cała wytwarzana w Polsce energia elektryczna mogłaby pochodzić wyłącznie ze stabilnych jej źródeł, takich jak elektrownie węglowe, elektrownie gazowe bądź elektrownie atomowe, przy czym ani paneli fotowoltaicznych, ani siłowni wiatrowych mogłoby u nas w ogóle nie być. Istniejące w naszym kraju elektrownie wodne i elektrownie szczytowo-pompowe, w których zainstalowane jest w sumie około 2,5 GW mocy, mają jedynie marginalne znaczenie, jeśli chodzi o produkcje energii elektrycznej (zaledwie około 1,5 proc. udziału w miksie energetycznym), ale za to pełnią bardzo ważną rolę regulacyjną w krajowym systemie elektroenergetycznym, więc jak najbardziej powinny być w nim obecne.

Ponadto dokończenie budowy największej polskiej elektrowni szczytowo-pompowej (750 MW) w miejscowości Młoty w Kotlinie Kłodzkiej byłoby pod każdym względem niezwykle sensownym posunięciem – niestety z powodu nietoperzy, które swego czasu zdążyły zagnieździć się w częściowo wydrążonych tam już sztolniach, inwestycja ta prawdopodobnie nigdy nie zostanie ostatecznie sfinalizowana.

- Reklama -

Megawatogodzina za 300 zł

Hipotetycznie cała wytwarzana w naszym kraju energia elektryczna mogłaby równie dobrze pochodzić wyłącznie ze spalania węgla (kamiennego i brunatnego), a konsekwencje tego byłyby takie, że jedna megawatogodzina kosztowałaby nie więcej niż 300 złotych, co postuluje raport opublikowany przez Polskie Towarzystwo Gospodarcze w Warszawie (PTG), którego mam przyjemność być jednym ze współautorów (z raportem można się zapoznać w internecie: LINK)

Oczywiście wcześniej należałoby anulować wszelkie przepisy prawne związane z tzw. „zielonym ładem”, a przede wszystkim uwolnić się od straszliwego w swych skutkach podatku ETS (ang. Emissions Trading System), ponieważ w chwili obecnej do każdej tony spalonego w energetyce węgla musimy dołożyć jeszcze ponad 80 euro, które i tak w większości lądują ostatecznie w pękatych kieszeniach grandziarzy z Wall Street.

Ponadto wymiana leciwych bloków energetycznych o mocy 200, 360 i 500 MW (pamiętających w większości jeszcze epokę Edwarda Gierka) na nowoczesne bloki zaprojektowane na parametry nadkrytyczne, pozwoliłaby na wytwarzanie tych samych ilości energii elektrycznej przy spalaniu nawet około 30 proc. mniej węgla, niż ma to miejsce obecnie, a to z kolei pozwoliłoby na dalsze obniżenie ceny energii elektrycznej dla jej odbiorców końcowych. Ponadto tak istotne podniesienie sprawności procesu przetwarzania energii chemicznej węgla w energię elektryczną spowodowałoby także znacznie większą redukcję emisji dwutlenku węgla niż uzyskano do tej pory w wyniku zainstalowania w krajowej fotowoltaice już prawie 27 GW mocy elektrycznej, co w praktyce przekłada się zaledwie na 12 proc. jej udziału w polskim miksie energetycznym.

Mamy węgla na sto lat

Proszę tylko nie twierdzić w tym momencie, że węgiel w Polsce się już nieuchronnie kończy, a tego rodzaju brednie powtarzają dosłownie jak jakieś papugi nawet szacowne osoby z tytułami profesorskimi, czego sam zresztą byłem niedawno świadkiem podczas obrad pewnej konferencji energetycznej. Warto wiedzieć, że zasoby węgla kamiennego w naszym kraju szacowane są na około 65 miliardów ton. Natomiast jego obecne wydobycie to zaledwie nieco ponad 40 milionów ton, czyli rocznie nie wydobywamy nawet jednego promila tego, co mamy pod ziemią. Gdyby założyć hipotetycznie, że możemy wydobyć całe posiadane przez nas zasoby węgla kamiennego, to przy obecnym poziomie jego wydobycia starczyłoby go nam na grubo ponad tysiąc lat. Oczywiście z powodów natury technicznej i ekonomicznej nie można będzie z całą pewnością wydobyć wszystkich jego posiadanych zasobów, ale na co najmniej sto lat węgla z całą pewnością nam jeszcze bezsprzecznie wystarczy.

W odległej przyszłości, patrząc na polską demografię, brakiem węgla martwić się będą potomkowie ludów, które nasz kraj kiedyś nieuchronnie zasiedlą, ale cóż ma to nas teraz niby obchodzić, to nie będzie już przecież w żadnym wypadku nasze zmartwienie…

Podobnie całkowite złoża polskiego węgla brunatnego szacowane są na około 23 miliardów ton. Oczywiście są to wyłącznie wszystko złoża do tej pory przebadane i sklasyfikowane geologicznie, a ile jest jeszcze takich złóż do chwili obecnej nieodkrytych, to Bóg jeden raczy wiedzieć. Jak można zobaczyć na rys. 1, pół Polski leży dosłownie na węglu.

Rys. 1. Rozmieszczenie złóż węgla kamiennego i brunatnego w Polsce (źródło: https://pl.boell.org/pl/2016/06/20/polska-nie-tak-latwo-okreslic-zasoby)

Nie jesteśmy energetycznym biedakiem

Szacuje się, że Polska posiada około 3 proc. światowych zasobów węgla. Jeśli odniesiemy tę wartość do powierzchni naszego kraju, czy też do liczby jego ludności, to wynika stąd, że znajdujemy się znacznie powyżej światowej średniej. Także wartość energetyczna naszych całkowitych zasobów węgla szacowana jest na około dwa miliony PJ (petadżuli, czyli biliardów dżuli, 1015J). Mniej więcej na tyle samo szacowane są zasoby energetyczne Arabii Saudyjskiej.

W związku z powyższym należy stwierdzić, że nie jesteśmy w żadnym wypadku jakimś energetycznym biedakiem czy też jakimś ubogim krewnym, wręcz przeciwnie – jesteśmy swego rodzaju energetycznym potentatem, tylko inni nie pozwalają nam czerpać pełną garścią z naszego bogactwa, ponieważ unijna dyrektywa BAT (ang. Best Available Techniques) obecnie uniemożliwia już budowę na terenie naszego kraju jakichkolwiek nowych elektrowni opalanych węglem, gdyż emitują one po prostu zbyt wiele dwutlenku węgla na każdą wyprodukowaną kilowatogodzinę energii elektrycznej.

Warto w tym miejscu dodatkowo wspomnieć, że oprócz górnośląskiego zagłębia węgla kamiennego dysponujemy także i zagłębiem lubelskim, którego zasoby całkowite szacowane są na około 10 miliardów ton, przy czym są to relatywnie płytkie pokłady węgla kamiennego, zalegające na głębokości zaledwie około 600 metrów. Istniejąca tam jak dotychczas jedyna w regionie kopalnia węgla kamiennego Bogdanka jest całkowicie rentowna i w roku 2025 wypracowała nawet kilkaset milionów złotych czystego zysku. W tym miejscu należy koniecznie wspomnieć także o świetnych warunkach geologicznych, mających miejsce w przypadku kopalni Bogdanka, gdyż większe uskoki tektoniczne prawie w ogóle tam nie występują, w związku z czym wybiegi ścian górniczych sięgają nawet kilku kilometrów.

Tona znakomitej jakości węgla energetycznego z Bogdanki kosztuje około 300 złotych, a jeśli do każdej takiej tony dołożymy jeszcze około 50 złotych, to kolej jest w stanie ten węgiel przewieźć nawet i na drugi koniec Polski, przykładowo do elektrowni Dolna Odra, której dwa ostanie bloki energetyczne o mocy 225 MW w sierpniu bieżącego roku mają zostać już bezpowrotnie wyłączone z ruchu, a następnie wyburzone do gołej ziemi.

Kopalnia Bogdanka mogłaby teoretycznie w każdej chwili podwoić swoje wydobycie węgla kamiennego, niestety tak wielkich jego ilości nie można byłoby wywieźć na powierzchnię, gdyż w tym celu konieczne byłoby wydrążenie kolejnego szybu, na co niestety nie udało się jak dotychczas uzyskać odpowiedniego pozwolenia. Zresztą takich kopalni jak właśnie Bogdanka w zagłębiu lubelskim można byłoby wybudować jeszcze co najmniej trzy, a utrzymanie w ich przypadku rocznego wydobycia węgla kamiennego na poziomie około 50 milionów ton zapewniłoby trwałą bazę paliwową dla krajowych elektrowni cieplnych na co najmniej kilkadziesiąt kolejnych lat.

Bilion złotych na rzeczy zbędne

Jak już uprzednio wspomniano, zainstalowanie w nowoczesnych blokach nadkrytycznych, o sprawności netto przekraczającej 45 proc., około 30 GW mocy elektrycznej sprawiłoby, że niejako automatycznie stalibyśmy się całkowicie suwerenni w kwestiach związanych z produkcją w naszym kraju energii elektrycznej, która oparta byłaby wyłącznie na wykorzystaniu w tym celu rodzimych zasobów surowcowych. Dodatkowo cena jednej megawatogodziny, zgodnie z postulatem zawartym w raporcie Polskiego Towarzystwa Gospodarczego w Warszawie, nie przekraczałaby wspomnianych 300 złotych, co sprawiłoby tym samym, że nasza gospodarka, a zwłaszcza produkcja przemysłowa, stałaby się wyjątkowo konkurencyjna, a ewentualne nadwyżki energii elektrycznej moglibyśmy w godzinach szczytu eksportować nawet do państw ościennych, zapewne ze sporym zyskiem.

Niestety tak prosty w swej realizacji scenariusz z powodów natury prawnej, politycznej, a także i geopolitycznej nie może obecnie zostać wcielony w życie i zapewne wielu naszym śmiertelnym wrogom bardzo na tym zależy, aby przypadkiem tak się kiedyś nie stało, ponieważ kogoś wyraźnie kłuje w oczy, że po upadku komuny nasz kraj tak szybko i wspaniale się rozwinął i zapewne nadal parłby silnie i konsekwentnie do przodu, w sytuacji gdy w pozostałej części Europy panuje stagnacja, czy wręcz nawet swego rodzaju dekadencja.

W zaistniałej sytuacji z naszym wzrostem gospodarczym trzeba było koniecznie „coś zrobić” i z tego właśnie powodu zafundowano nam cały ten „zielony ład” i transformację energetyczną (niem. Energiewende), bo przecież „za oknem planeta się pali” i musimy ją w związku z tym koniecznie ratować. Z tego powodu do wspomnianych 30 GW mocy zainstalowanych w blokach węglowych kazano nam dołożyć kolejne dziesiątki gigawatów w panelach fotowoltaicznych, siłowniach wiatrowych, co z kolei wymusza gigantyczne inwestycje w rozbudowę istniejących sieci elektroenergetycznych, które dodatkowo należy wyposażać w niezwykle kosztowne bateryjne magazyny energii, konieczne do stabilizacji całego krajowego systemu elektroenergetycznego, poprzez podniesienie jego zdolności regulacyjnych.

Zgodnie z oficjalnym komunikatem rządowym w nadchodzącym dziesięcioleciu na tego typu całkowicie zbędne w swej istocie rzeczy mamy wydać okrągły bilion złotych. Jednak ostateczny skutek tego rodzaju „zabawy” będzie taki, że oprócz wspomnianych paneli fotowoltaicznych, siłowni wiatrowych i bateryjnych magazynów energii nadal będziemy potrzebować wspomnianych 30 GW mocy elektrycznej zainstalowanej w stabilnych i w pełni dyspozycyjnych źródłach, takich jak elektrownie węglowe, gazowe lub atomowe, co można zobaczyć na rys. 2.

W rezultacie do istniejącego już systemu dokładamy kolejne niezwykle kosztowne „zabawki” za okrągły bilion złotych i jeszcze powszechnie wmawia się naiwnym ludziom, że dzięki temu energia elektryczna ma być w naszym kraju jakimś cudem tańsza, niż była do tej pory, gdy działał wyłącznie system tradycyjny.

Rys. 2. Paradoksy transformacji energetycznej (źródło: https://300zlmwh.pl/)

Natomiast wspomniane 30 GW mocy elektrycznej zainstalowane w stabilnych i w pełni dyspozycyjnych źródła energii są bezwzględnie konieczne z powodów, które można wywnioskować, analizując rys. 3.

Rys. 3. Dane dotyczące stanu pracy krajowego systemu elektroenergetycznego (źródło: https://www.pse.pl/home)

Co się opłaca, a co nie

Z rys. 3 możemy odczytać, że w dniu 7 listopada 2024 roku o godz. 20:26 zapotrzebowanie mocy w krajowym systemie elektroenergetycznym w wysokości 22491 MW pokrywane było głównie przez elektrownie cieplne (węglowe i gazowe), które generowały łącznie 20360 MW, pokrywając tym samym 90,5 proc. całkowitego zapotrzebowania. Pozostałe zapotrzebowanie mocy było pokrywane importem z państw ościennych, którego saldo wynosiło 1935 MW (8,5 proc.), a także przez elektrownie wodne i szczytowo-pompowe, generujące zaledwie 151 MW (0,7 proc.). W tym czasie instalacje fotowoltaiczne generowały z oczywistych powodów dokładnie zero watów, a wiatraki w zasadzie w ogóle się nie obracały, ponieważ panowała wówczas totalna flauta.

W sumie krajowe siłownie wiatrowe generowały łącznie jedynie 69 MW (0,3 proc.), z czego ostateczny wniosek jest taki, że zarówno w fotowoltaice, jak i w siłowniach wiatrowych możemy mieć zainstalowane dosłownie nawet tryliony watów, a i tak w zasadzie żadnej energii z tego przez wiele kolejnych godzin może w ogóle nie być. Z tego właśnie powodu wspomniane 30 GW zainstalowane w stabilnych i w pełni dyspozycyjnych źródłach energii elektrycznej są nam nadal absolutnie niezbędne.

Owszem, dzięki zainstalowaniu fotowoltaiki, siłowni wiatrowych i współpracujących z nimi bateryjnych magazynów energii będziemy zużywali w naszym kraju nieco mniej paliw kopalnych, w tym oczywiście i węgla, ale czy tego rodzaju oszczędności warte będą aż wspomniany bilion złotych, który na początku i tak musimy od razu zainwestować w niezwykle kosztowne odnawialne źródła energii?

Jak już wspomniano, tona węgla energetycznego pochodzącego z zagłębia lubelskiego kosztuje około 300 złotych, a zatem za rozważany bilion złotych można tego węgla zakupić ponad 3 miliardy ton. Zakładając, że krajowa elektroenergetyka potrzebowałaby rocznie nawet 50 milionów ton węgla, w przypadku jego spalania w nowoczesnych blokach nadkrytycznych o sprawności netto rzędu 45 proc., to wypływa stąd logiczny wniosek, że za wspomniany bilion złotych paliwa dla nowoczesnych polskich elektrowni węglowych mielibyśmy na ponad 60 lat (sic!).

Warto w tym miejscu także wspomnieć, że elektrownie węglowe powszechnie sprzedają na rynku gips budowlany, wytwarzany w procesie odsiarczania spalin, a także powstały ze spalania węgla popiół i żużel, który jest cennym surowcem dla przemysłu ceramicznego i budowlanego, dzięki czemu koszt zakupu paliwa się im w znacznym stopniu zwraca.

Tymczasem żywotność paneli fotowoltaicznych i siłowni wiatrowych wynosi zaledwie około ćwierć wieku, a żywotność bateryjnych magazynów energii jest jeszcze około dwa razy krótsza, z czego wynika, że wspomniany bilion złotych będziemy musieli permanentnie wydawać średnio raz na około dwie dekady, aby tym samym całkowicie odnowić doszczętnie już zużyte systemy techniczne, związane z tzw. „zieloną” energią.

Tymczasem bloki węglowe mogą z powodzeniem pracować nawet przez ponad pół wieku, o czym świadczą wciąż działające w naszym kraju elektrownie cieplne, pamiętające jeszcze zamierzchłą i słusznie minioną epokę towarzysza Wiesława.

Przykład Chin

Można w tym miejscu zapytać, gdzie sens, gdzie logika, dosłownie tak jak w pewnym kawale pytał mały Jasio, spacerując po korytarzu szkolnym, podczas gdy jego koledzy, a zwłaszcza prowadząca lekcję pani, nadal znajdowali się w wyjątkowo mocno zasmrodzonej sali lekcyjnej.

Na koniec należy zauważyć, że zwiększanie mocy zainstalowanej w odnawialnych źródłach energii elektrycznej będzie powodowało, że zużycie węgla w krajowej elektroenergetyce będzie stopniowo maleć, ale tym samym w sposób nieuchronny znacząco będą się pogarszać ekonomiczne warunki pracy krajowych elektrowni cieplnych, które wytwarzały będą energię elektryczną po prostu przez mniejszą liczbę godzin w roku, a przecież ich koszty stałe pozostają nadal w zasadzie bez zmian.

Przykładowo kierownictwo jakiejś elektrowni węglowej nie powie w kwietniu swoim pracownikom, żeby sobie poszli na urlopy bezpłatne, ponieważ teraz rozważana elektrownia nie jest już w systemie elektroenergetycznym potrzebna, gdyż energię czerpać będziemy w znacznej mierze wyłącznie z fotowoltaiki. Z kolei we wrześniu powie im, żeby sobie z tych bezpłatnych urlopów wrócili z powrotem do pracy w elektrowni, bo teraz dzień jest już krótszy, w związku z czym rozważana elektrownia koniecznie musi ponownie podjąć swą pracę.

To tak oczywiście nie działa, ponieważ pensje pracownikom trzeba wypłacać przez cały okrągły rok, niezależnie od tego, czy dana elektrownia w okresie wiosenno-letnim pracuje, czy nie. W związku z powyższym koszty stałe pozostają tutaj w zasadzie bez zmian, co w oczywisty sposób pogarsza rentowność danego przedsiębiorstwa energetycznego, ale takich oczywistych faktów zagorzali „klimatyści” w ogóle zdają się nie dostrzegać, ponieważ ich interesuje tylko antropogeniczna emisja dwutlenku węgla, która nota bene w przypadku naszego kraju stanowi jedynie niecałe 0,3 promila jego całkowitej emisji naturalnej. Obecnie za światowy wzrost antropogenicznej emisji dwutlenku węgla odpowiedzialne są głównie Chiny.

Państwo Środka, stawiając na szybki rozwój gospodarczy, oparty obecnie na wykorzystaniu sztucznej inteligencji, centrów danych i superkomputerów, potrzebuje przede wszystkim stabilnych źródeł energii i jednocześnie ma głęboko w „czterech literach” zwariowaną ideologię „zielonego ładu”, wdrażaną z takim fanatyzmem w naszej części świata. Chiny wydobywają obecnie prawie 5 miliardów ton węgla, czyli ponad 100 razy więcej niż Polska, a w roku 2025 oddały do użytku aż 52 nowoczesne bloki węglowe (tzw. bloki ultrasuperkrytyczne) o łącznej mocy ponad 70 GW.

Tylko u nas takich nowoczesnych bloków węglowych nie wolno stawiać już więcej, a budowę bloku Ostrołęka C o mocy 1075 MW przerwano, a to, co zdołano tam dotychczas wybudować, ostatecznie wyburzono wręcz do gołej ziemi, marnując przy tym ponad 2 miliardy złotych. A stało się właśnie w ten sposób, gdyż tego rodzaju posunięcie rekomendowali „rządowi dobrej zmiany”, brylujący swego czasu w mediach liczni wybitni „eksperci” od energetyki, którym w przeszłości nie dane było ukończyć nawet jakiegoś marnego technikum elektrycznego czy bodajże elektrycznej zawodówki…

Najnowsze