Cała polityka Unii Europejskiej jest nastawiona na korupcję lokalnych elit i społeczeństwa – mówi w rozmowie z Tomaszem Cukiernikiem Maciej Odorkiewicz, który przez lata zajmował się pisaniem wniosków o dotacje unijne.
Tomasz Cukiernik: – Proszę mi opowiedzieć o absurdach związanych z dotacjami unijnymi.
Maciej Odorkiewicz: Nie mamy tyle czasu. Przed naszym spotkaniem rozmawiałem z paroma osobami, które nadal piszą wnioski o dotacje i odmówili spotkania z panem.
Dlaczego?
Mogę dyplomatycznie powiedzieć, że nie wiem.
Wiele razy spotkałem się z opinią, że przez to, że się dotuje jakąś rzecz, to ta rzecz jest dużo droższa i to powoduje, że nawet jak dostaje się dotację, to i tak się zapłaci tę samą cenę albo nawet wyższą, niż było przed dotacjami.
Swego czasu ceny pomp ciepła były pięcio-, sześciokrotne wyższe, bo wszyscy korzystali z dopłat do nich. Jednym z podstawowych warunków pomocy publicznej jest to, że muszą być przestrzegane warunki takie jak przy zamówieniach publicznych. Jeśli cena przekracza pułap, jaki przy zamówieniach publicznych byłby wymagany przetarg, to musi być przetarg albo konkurs ofert. Standardowo nowa inwestycja dostaje 80 proc. refinansowania, a 20 proc. musi być wkładu własnego. Natomiast w przypadku sprzętu używanego jak finansowanie będzie na poziomie 50 proc., to będzie góra, a z reguły mniej niż 40 proc. A trzeba kupić nowy sprzęt, który będzie spełniał pewne wymagania, co powoduje, że ten sprzęt jest droższy. I niejednokrotnie nie jest w Polsce produkowany. Inny przykład – szkoła dla kelnerek. Trzeba kupić stół, który kosztuje tysiąc złotych, ale za dotacje musi być stół z atestem, który kosztuje pięć tysięcy złotych. Podobny przykład: był program, z którego można było dostać 20 mln złotych. Czy polska firma ma na nie szansę? Tak, ale szanse zdecydowanie się zwiększają, jeśliby dokooptowała do projektu zachodniego kooperanta.
Dlaczego?
Oficjalnie dlatego, że jest większa stabilność firmy i jeżeli kooperant zachodni wchodzi z technologią, to jest gwarantem tego, że wszystko się uda, czyli że cele projektu zostaną wykonane.
A nieoficjalnie?
To jest otwarcie drzwi dla zachodnich firm do wejścia tutaj. To jest jedna z potężnych płaszczyzn, bo ta pierwsza to drenowanie kapitałów. Mam wrażenie, że cała polityka Unii Europejskiej jest nastawiona na korupcję lokalnych elit i społeczeństwa. Z tych dotacji, z pisania wniosków, z ich oceniania żyje bardzo dużo osób. Mamy instytucje pośredniczące, na terenie województwa śląskiego było czterech czy pięciu operatorów. To instytucje, które rozdają te pieniądze, sprawdzają wnioski, rozliczają, oceniają. A żeby dobrze napisać wniosek, trzeba posiadać dużą wiedzę. Bariera wejścia na ten rynek jest naprawdę duża.
Ale dlaczego Unii Europejskiej zależy na tym, żeby z tego żyło mnóstwo ludzi?
Bo wtedy będzie zakotwiczona. Przygotowanie wniosku inwestycyjnego: trzeba zatrudnić kosztorysanta, zrobić plan oddziaływania na środowisko, wziąć architekta. Już tyle osób żyje z wniosku, który jeszcze nie wiemy, czy będzie zatwierdzony, czy będzie realizowany. Jeśli wniosek nie przejdzie, to pieniądze na ich wynagrodzenia nie pójdą z dotacji, a z prywatnych pieniędzy. Ale są inne patologie. Co robi osoba, która pisze wnioski? Najbardziej skutecznymi osobami są takie, które kiedyś pracowały w instytucjach pośredniczących albo w urzędzie marszałkowskim. Była afera z żoną wicemarszałka. Zwróciła się o dotację na restaurację i dostała. To była kosmiczna kwota. Tam były te pułapy o cztery rzędy wielkości mniejsze. Osoba, która pisała wnioski, najchętniej brała taką osobę właśnie z danego urzędu, która potem ten wniosek zatwierdzała. Jest to nielegalne, ale był to nagminny proceder. Jeżeli ktoś by kiedyś przetrzepał te wnioski, to jest to stajnia Augiasza. Ci urzędnicy, którzy pisali wnioski po godzinach, biorą je w urzędzie i oceniają. Ile bzdur się wybudowało za pieniądze z dotacji! Ubikacja w lesie, nieużywane ścieżki rowerowe, betonoza…
Kolejkomaty, urzędomaty…
A to jest korupcja. Tak, i znam ludzi, którzy robią te urządzenia. To są akurat wszystko dawne służby. Ci, którzy też operują terminalami płatniczymi. Byłem przerażony tym, jak to zobaczyłem. Ale mają dostęp do wszystkiego, do każdej analityki. Dotacje pozwalają robić najbardziej absurdalne projekty. I to nie ma znaczenia, czy są one potrzebne, czy nie.
Wiele lat temu rozmawiałem z człowiekiem z instytucji pośredniczącej z Katowic. Powiedział, że były takie konkursy, w których łączny koszt przygotowania wszystkich wniosków przez potencjalnych beneficjentów był wyższy niż wartość alokacji w programie. Dlatego, że tylko 5 proc. wniosków przechodziło. Koszt ponieśli wszyscy. A przecież sam koszt przygotowania wniosku o dotację może wynieść 10 proc. wartości dotacji albo i więcej.
Koszt przygotowania wniosków może być jeszcze wyższy. Jest zasada: jeżeli składasz wniosek o dotację, to aplikuj tylko i wyłącznie na takie tematy, które się same obronią. Czyli jakby się tych pieniędzy nie dostało, to ten projekt i tak wypali. To jest żelazna zasada. To jest warunek sine qua non podejścia do dotacji. Natomiast po drodze doszło bardzo dużo warunków, które nie odnoszą się do sedna projektu. Każdego. Czyli na przykład powiem, że warunkiem naszego spotkania jest to, że pan dziesięć razy okrąży ten kwietnik. I tak mniej więcej zaczynają wyglądać dotacje. Bo okrążenia tego kwietnika nic nie wnoszą. A we wszystkich dotacjach od zawsze jest feministyczny warunek inkluzywności, a jeszcze bardziej prymitywny jest warunek otwarcia na LGBTQ.
Czyli de facto brak dotacji oznaczałby brak unijnej indoktrynacji libertyńskiej…
Można tak powiedzieć. Proszę zwrócić uwagę na jeszcze jeden aspekt. Był głośny głos w dyskusji nt. dotacji ze strony ówczesnej unijnej komisarz Danuty Hübner. Opublikowała tabelkę, w której z jednej strony były wpływy (dotacje) z UE, a z drugiej nasze składki. Oczywiście, z tego przepływu środków wychodziło, że UE „dała” nam wielokrotnie więcej niż wpłaciliśmy (jako Polska) składek. I powiem tak: liczby były prawdziwe, ale przekaz informacyjny to było wierutne kłamstwo. Każdy kto średnio w tych rzeczach siedzi, poczuł się potwornie urażony. Oczywiście byli fanatycy, którzy w to uwierzyli. Oficjalnie fundusze strukturalne i regionalne miały za zadanie dostosowanie rozwoju Polski do poziomu europejskiego. Natomiast chodziło tak naprawdę o otwarcie polskiego rynku dla zachodnich firm. I w większości mieliśmy do czynienia z wrogimi przejęciami (co kończyło się upadkiem wykupionych zakładów i posłaniem ludzi na bruk). Na początku jak samorządy były mądre, to za dotacje wymieniały infrastrukturę: kanalizacja, ciepłownictwo, wodociągi, drogi. A jak były głupie, to robiły kostkę, betonozę i muzea. A potem zaczęło się dziać to, czego efektem jest na przykład afera w Tramwajach Śląskich.
Jak weszło KPO, to o niektórych postępowaniach nie wiedziały nawet osoby, które się tym zajmują zawodowo. Podobno niektóre ogłoszenia na stronie urzędu czy na portalu funduszy europejskich wisiały 24 godziny. Ludzie potem szukali i nie mogli znaleźć. I to jest przekręt. KPO to była łapówka Unii Europejskiej dla wyborców Platformy. Jeżeli będzie jakaś przyszła władza, to KPO powinno zostać sprawdzone. A tematy dotacyjne coraz bardziej zaczynają być ciemne w znaczeniu życia codziennego. Na przykład to są wnioski na jakieś bzdury, na które normalny człowiek się nie zgodzi, jak afirmacja odmienności, nie akceptacja, afirmacja odmienności seksualnej i działań antyrodzinnych. Ksiądz Michał Olszewski wybudował fantastyczny ośrodek dla prześladowanych samotnych kobiet m.in. z Funduszu Sprawiedliwości, który był wewnętrzną, polską „dotacją”. Przez ekipę Tuska został aresztowany i był przetrzymywany w nieludzkich warunkach. Postawiono mu zarzut, że to było niezgodnie z przeznaczeniem. Zarzuty są nie tylko, że naciągane, ale po prostu bzdurne. Księża nie są święci, ale władzy nie podobał się ten projekt, bo był za bardzo rodzinny, za bardzo opiekuńczy, bo pokazywał, że instytucje katolickie budują kolejny, ale tym razem potężny dom pomocy dla prześladowanych kobiet.
Zna Pan przypadki problemów firm przez dotacje?
Znam historię przedsiębiorcy, do którego przyszedł urząd celny. Był zdziwiony. Okazało się, że za sprzęt, który kupił, sprzedawca nie zapłacił cła. On o tym oczywiście nie wiedział. Fakturę dostał, zapłacił. Ale urzędnik przyszedł zarekwirować ten sprzęt, a to był sprzęt, gdzie faktura wchodziła jako koszt kwalifikowany do wniosku. Przyszła kontrola dotacji, a przedsiębiorca nie miał już tego sprzętu. Musiał zwracać dotację.
I upadł?
Wyszedł z tego, ale uratowało go tylko to, że to była spółka z o.o. Ale ile to faceta kosztowało nerwów! Osiwiał. Nie poznałem go, jak go spotkałem.
Dokładnie przejrzałem przypadek gminy Ostrowice w woj. zachodniopomorskim, która zbankrutowała de facto przez unijne dotacje. Urzędnicy nabrali kredytów na wkład własny do projektów unijnych, potem nie mieli pieniędzy i zaczęli zadłużać się w parabankach. Gmina została zlikwidowana, teren został rozdzielony pomiędzy sąsiednie gminy, a budżet państwa musiał spłacić cały dług. Ale nie mówi się, że tak naprawdę to był efekt bezsensownego wydawania dotacji unijnych.
Zawsze pisałem wniosek w taki sposób, żeby potem było wiadomo co dalej. W biznesplanie obligatoryjnie trzeba podać, co się stanie ze sprzętem, jeżeli inwestycja nie wyjdzie. Miałem klienta, który chciał kupić system do przewiercania pod ziemią. Miał faktycznie dwie duże inwestycje. Do momentu uzyskania dotacji i trwania projektu pod inwestycje wszystko się kalkulowało, ale pół roku po zakończeniu planowanego odstawienia przewiercaczy zrobił się wielki problem. Okazało się, że przedsiębiorca musi je serwisować u producenta, a koszt jest bardzo wysoki. No i na to nie ma dotacji. Dopiero jak on tę analizę zobaczył, to zrezygnował z dotacji.
Znalazł Pan taki przypadek firmy, która po prostu zbankrutowała przez dotacje?
Jest kilka takich przypadków. Był przedsiębiorca, który brał ciężki sprzęt budowlany, wielu pracowników, duża firma z branży inwestycyjnej. I już miał swój sprzęt. Startował do przetargu, ale warunkiem było posiadanie jakiegoś sprzętu. Złożył wniosek o dotację, ale nie wpisywał tego, że startuje w przetargu, bo to nie jest gwarancją otrzymania pieniędzy. Wpisał, że ma plan inwestycyjny i portfel zamówień. Dostał dotację, kupił sprzęt, wystartował w przetargu i go przegrał. Wtedy zaczęły się duże problemy. Został ze sprzętem, który nie był potrzebny, ale trudno powiedzieć, że to z powodu dotacji. Inna historia – w Katowicach firma zajmowała się optoelektroniką i brali dotacje z NCBR-u. To nie są projekty twarde, tylko projekt badawczy, który zakłada, że może coś nie wyjść. Firma wzięła dużą dotację. We wniosku miała opisane, że może nie wyjść. I nie wyszło. Urząd odmówił uznania tego, bo zdaniem urzędników nie tak dokładnie zostało opisane we wniosku. A przecież przy projekcie badawczym trudno podać przyczynę, dlaczego coś konkretnie nie wyjdzie. Nie dostali pieniędzy i firma padła.
A ponieśli koszty?
Tak, koszty ponieśli potężne. Polegały na zakupie urządzeń, wynajęciu specyficznej hali, która musiała być odizolowana od środowiska, tam wchodziło się przez komory itd. Mieli dostać zwrot, tak czy inaczej, czy się uda, czy się nie uda. Nie dostali. Bardzo często ludzie, którzy uzyskali dotację, potem nie potrafią profesjonalnie jej rozliczyć, przygotować dokumentów i często się zdarzało, że na tym polegli. Bardzo dużo osób poległo zwłaszcza na tzw. rozliczeniu płatności cząstkowych. To jest skomplikowany mechanizm, zwłaszcza przy dużych dotacjach albo przy inwestycjach długoterminowych. Naprawdę trzeba umieć to zrobić, bo można zostać wezwanym do zwrotu dotacji.
Zna Pan przypadki marnotrawstwa przy dotacjach?
Może Pan się rozejrzeć wkoło i to zobaczy. Duża część dotacji jest przepalona. Marnotrawstwo środków było na wielu poziomach, ale dotyczyło głównie projektów publicznych.
Szpitale kupowały sprzęt i potem go w ogóle nie używały albo używały go w minimalnym zakresie.
Kupowanie sprzętu w szpitalach i to jest nagminne. Pełno jest takich zakupów z dotacji, które są kompletnie od czapy, na przykład była sprawa z wagonami, które nie mieściły się w peronach. Robiono ścieżki rowerowe z dotacji, po czym wymieniano na tej całej długości rury, bo akurat tak się często zgadzało, że wodociągi szły w tym kierunku. I tu dobrym przykładem będzie gmina Będzin-Grodziec. Takich sytuacji jest multum. Marnotrawstwo przy projektach twardych występuje i jest łatwe do wychwycenia. Natomiast największy przepał pieniędzy jest na projektach miękkich, jak szkolenia. Ceny są zaburzone kilkakrotnie. Kurs dla dziesięciu osób jest wyceniany na 4-5 tys. złotych od osoby, czyli to jest 40-50 tys. złotych w jeden weekend, a jest jedna osoba prowadząca, góra dwie, plus biuro administracyjne. To są przepalone pieniądze.
I to na skalę masową, a z tego jeszcze żyją instytucje pośredniczące itd. To cały system, który sam się napędza. Jeżeli tych dotacji z Unii by nie było, to kilka tysięcy ludzi nie miałoby pięknych synekur. Ale te synekury nie są za darmo, tylko są właśnie kontakty z urzędami, no i często układy polityczne, tu jest problem. Jak ktoś w tym nie siedzi, to widzi, że to jest przejrzyste. Jak zaczyna się perspektywa finansowa, to jest publikowany plan, kiedy będą ogłaszane terminy wniosków, w jakich działaniach, w jakich postępowaniach. To wszystko stwarza pozory, że jest naprawdę przejrzyste, ale pod tym płaszczykiem jest robione mnóstwo niepotrzebnych rzeczy. Są ludzie, którzy tylko i wyłącznie czerpią profity z tego systemu. Czy to jest złe? No, to jest z pieniędzy publicznych, bo dotacje są pieniędzmi publicznymi. Uważam, że działania publiczne powinny być realizowane nie w ramach unijnych dotacji.
Dlaczego?
To powinna być stricte polityka państwa polskiego, która mówi, że dostaniesz od nas dotację, jak dla nas wykonasz zadanie publiczne. Dotacje unijne niszczą suwerenność państwa, które je otrzymuje. Dotyczy to również grantów z niemieckich fundacji ale to inny temat.
Państwo polskie ma inne cele niż Unia Europejska.
Bingo. Poza tym jest bardzo skrócona ta droga. Tylko, że wielu darmozjadów by wtedy nie mogło sobie żyć spokojnie. Ludzie kompletnie sobie sprawy nie zdają, jak to wygląda. I dla całej grupy ludzi, którzy z tego ciągną, najlepiej by było, jakby była totalna cisza. Nie pisało się o tych rzeczach, nie mówiło, bo po co. Pieniądze lubią ciszę i spokój, a dotacje są w nieuczciwy sposób urobione.
Tekst ukazał się w tygodniku „Najwyższy CZAS!” nr 31-32, 27 lipca – 9 sierpnia 2026 r. Do nabycia w najlepszych salonach prasowych lub w e-wydaniu na stronie Biblioteki Wolności.

