Ministerstwo finansów szykuje duże zmiany w PIT, CIT oraz w ryczałcie od przychodów ewidencjonowanych. Oznacza to dla wielu polskich przedsiębiorców kolejny wzrost obciążeń na rzecz rządu. – Uderzenie celuje precyzyjnie w schematy optymalizacyjne z użyciem podmiotów powiązanych – powiedział money.pl Piotr Juszczyk z infakt.pl.
Z ryczałtu korzysta w Polsce około 2 mln podatników. Obecna wersja projektu zakłada wejście w życie zmian od 1 stycznia przyszłego roku.
„Zmiany nie oznaczają automatycznej podwyżki dla absolutnie wszystkich ryczałtowców. Konstrukcja przepisów wskazuje, że na celowniku fiskusa znalazły się konkretne modele prowadzenia działalności. Chodzi przede wszystkim o przedsiębiorców, którzy pracują samodzielnie i nie mają w zespole pracowników na umowie o pracę, a także o podmioty, które rozliczają się w ramach grup kapitałowych i firm powiązanych” – podaje money.pl.
Rządowy plan budzi obawy ekspertów jak i samych przedsiębiorców. Piotr Juszczyk, główny doradca infakt.pl w rozmowie z money.pl wyjaśnił, kogo dokładnie uderzą planowane zmiany.
Jak podkreślił, nowelizacja nie jest jednorodna.
– Projekt zmian w ryczałcie od przychodów ewidencjonowanych to w praktyce dwa różne uderzenia, skierowane w dwie zupełnie inne grupy podatników. Pierwsze uderzenie dotyczy najmniejszych, jednoosobowych działalności usługowych opodatkowanych stawką 8,5 proc., np. branży szkoleniowej, kosmetyczek, fryzjerów, instruktorów nauki jazdy, trenerów personalnych, firm sprzątających, krawców, zegarmistrzów, serwisów rowerowych, pralni czy niań prowadzących działalność gospodarczą. To branże, w których od zawsze pracuje głównie sam właściciel, bez etatowych pracowników i to jest sedno problemu – powiedział Juszczyk.
MF planuje mechanizm uzależniający wysokość płaconego haraczu od faktu, czy firma posiada pracownika. Rozwiązanie to oficjalnie ma zachęcać do tworzenia miejsc pracy. W praktyce rzecz jasna ma być to skok na kasę Polaków i dociskanie polskich przedsiębiorców.
Ponadto money.pl podkreśla, że oficjalne uzasadnienie to pułapka dla mikrofirm.
– Kluczowy nowy warunek dotyczy zatrudnienia. Po nowelizacji, jeśli podatnik zatrudnia co najmniej jedną osobę na pełny etat przez cały rok, nadal płaci 8,5 proc. od całości przychodu. Jeśli nie zatrudnia – 8,5 proc. obowiązuje tylko do 100 tys. zł, a od nadwyżki trzeba oddać już 15 proc. – podkreślił Piotr Juszczyk.
Money.pl wyjaśnia, że przychód 100 tys. zł w skali roku jest łatwy do osiągnięcia dla wielu drobnych firm. Nie jest to jednak dochód – ryczałtowcy nie mogą odliczać kosztów prowadzenia działalności, jak np. zakup materiałów, opłaty za prąd, czy wynajem lokalu.
– Weźmy kosmetyczkę z przychodem 220 tys. zł rocznie, bez pracownika. Dziś zapłaci 18 700 zł ryczałtu (8,5 proc. od całości). Po zmianach – 26 500 zł (8,5 proc. od pierwszych 100 tys. zł plus 15 proc. od pozostałych 120 tys. zł). To wzrost o 7 800 zł, czyli ponad 40 proc. więcej podatku, tylko za to, że prowadzi gabinet samodzielnie. Gdyby zatrudniła kogoś na cały etat, podatek zostałby na dotychczasowym poziomie – wyjaśnił Piotr Juszczyk z InFaktu.
Kilka organizacji zgłosiło uwagi do projektu. Związek Rzemiosła Polskiego wprost stwierdza, że zmiany uderzą w niewielkie zakłady działające na niskich marżach. ZRP apeluje o całkowite wycofanie obniżki albo przynajmniej podniesienie progu do 300 tys. zł. Bez tego część firm przejdzie na podatek liniowy lub zasady ogólne, co zwiększy koszty obsługi księgowej.
Krajowa Izba Gospodarcza i Krajowa Rada Doradców Podatkowych z kolei zwracają uwagę na fakt, że brak pracownika nie oznacza unikania opodatkowania. Natomiast to, co robi rząd, to zmuszanie do tworzenia etatów w modelach biznesowych, które tego nie wymagają. Podobnie uważa Piotr Juszczyk.
– Problem w tym, że dla jednoosobowego salonu zatrudnienie pracownika wyłącznie w celu utrzymania niższej stawki rzadko ma ekonomiczny sens; koszt pracy i składek często przewyższa korzyść podatkową. W praktyce część takich podatników, zamiast sztucznie zatrudniać kogoś na etat, może zdecydować się na zmianę formy opodatkowania właśnie ze względu na te koszty – wyjaśnił.
Druga część rządowego projektu z kolei uderza w skomplikowane struktury finansowe. MF chce, by właściciele firm nie transferowali środków ze spółek przy użyciu referencyjnych stawek ryczałtu.
– Drugie uderzenie jest znacznie ostrzejsze i celuje precyzyjnie w schematy optymalizacyjne z użyciem podmiotów powiązanych. Chodzi o sytuacje, w których wspólnik spółki jest właścicielem znaku towarowego czy nieruchomości i wydzierżawia je „swojej” spółce. Spółka wrzuca w koszty czynsz, obniżając CIT, a wspólnik rozlicza wpływy ryczałtem zamiast jako dywidendę opodatkowaną 19 proc. – powiedział Juszczyk.
Dotychczas takie rozwiązanie było legalne i chętnie stosowane przez udziałowców w spółkach z o.o. Unikało się w ten sposób podwójnego opodatkowania charakterystycznego dla spółek kapitałowych, gdzie wpierw podatek płaci spółka, a potem wspólnik przy wypłacie zysku.
MF w uzasadnieniu też nie przyznaje rzecz jasna, że chodzi o łupienie Polaków, tylko o ograniczenie możliwości pozwalających wykorzystywać preferencyjne zasady opodatkowania w sytuacjach rzekomo niezgodnych z ich pierwotnym przeznaczeniem.
„Sytuacja jest o tyle skomplikowana, że w jednym akcie prawnym połączono walkę ze zjawiskiem optymalizacji podatkowej na wysokim szczeblu z przepisami, które bezpośrednio uderzają w najmniejszych uczestników rynku. Podsumowanie tych planów nie pozostawia złudzeń co do skali i rozmachu rządowej reformy” – ocenił portal money.pl.
