O rosnącym poparciu dla AfD i politycznej panice niemieckiego establishmentu, który grozi, że zrobi wszystko, aby powstrzymać „faszystów”, rozmawiamy z dr. Sławomirem Ozdykiem. Czy wybory w landach zapowiadają przełom w całych Niemczech?
Marek Skalski: Porozmawiajmy o wyborcach w Niemczech, gdzie przebywa mój gość, przewodniczący Okręgu Konfederacji Korony Polskiej w Bydgoszczy doktor Sławomir Ozdyk. Zanim jednak zawitamy nad Ren, warto wspomnień o referendum na Islandii. Ten niewielki kraj wyspiarski, który – jak wydawało się technokratom z Brukseli – dołączy do Unii Europejskiej, spłatał figla i powiedziało „nie!”.
Ponad 52 proc. biorących udział w głosowaniu stwierdziło, że nie chce żadnych kolejnych negocjacji akcesyjnych. Islandczycy odrzucili ofertę, co zdenerwowało niemieckie elity. „Süddeutsche Zeitung” grzmiało, co to w ogóle jest, że oddajemy głos ludziom, którzy się nie znają. Kanclerz Merz powiedział, że w sprawie negocjacji powinni się wypowiadać zawodowi politycy, a nie jacyś ludzie, jacyś tam obywatele. Skrajna arogancja!
Sławomir Ozdyk: To chyba nie jest żadna nowość, Panie Redaktorze. Ja przeczytałem w Der Onet, że o nienegocjowaniu członkowska Islandii w UE zadecydowała tamtejsza rybacka mafia… Czyli ci, którzy za bardzo nie wierzą Brukseli, że Unia nie pozamyka im biznesów. Jak państwo zapewne wiedzą, Bruksela zlikwidowała de facto nasze rybołówstwo dalekomorskie i te bałtyckie, szuwarowo-przybrzeżne.
Najpierw płacili za likwidowanie kutrów, potem powiedzieli, że kwoty połowów będą uzależnione od ich ilości. To jest po prostu polityczna banda!
Oczywiście pan kanclerz Merz – który pracował chyba we wszystkich możliwych bankach i instytucjach świata, związanych nie tylko z Sorosem, ale z tym całym szerokim, pojętym establishmentem głównonurtowym – musi twierdzić, że demokracja jest wtedy, kiedy on i jemu podobni decydują, jaka ona jest, a nie wówczas, kiedy ludzie decydują, jaka ma być.
Na Islandii o niekontynuowaniu negocjacji akcesyjnych zdecydowało 10–12 tysięcy głosów.
Tak. Ten kraj ma łącznie jakieś 200 tysięcy obywateli… W mediach jest też teoria, że to Polacy zadecydowali, bo tam jest 5 proc. naszych rodaków.
I to jest dobry kierunek! Jeżeli faktycznie to „nasi” przeważyli szalę, to mamy z czego być dumni; zwłaszcza jeśli stało się to na przekór tym wszystkim mądralom z mediów społecznościowych i dziennikarzom, którzy ciągle nam wmawiali po ‘89 r., że tylko oni mają monopol na wiedzę.
Podobne odklejenie elit widać w Niemczech. Wspomniał Pan o „Süddeutsche Zeitung”. Ta wielkomiejska gazeta pisze różne „fajne” rzeczy. Ostatnio któryś z redaktorów stwierdził np., że jest do pomyślenia Wielki Izrael…
Z tą wielkomiejskością coś jest na rzeczy. Gdyby sam Reykjavík głosował nad kwestią kontynuacji negocjacji akcesyjnych do UE, to najpewniej większość była jednak „za” i chciałaby do tej Unii wchodzić. Więc to też pokazuje pewne tendencje, które są chyba po prostu uniwersalne. Młodzi, wykształceni, z wielkich miast częściej będą głosować właśnie za tą opcją antynarodową. W tym duchu przejdźmy do Niemiec. Rozmawiamy tuż przed wyborami w Saksonii-Anhalt. Choć nie jest to elekcja ogólnokrajowa, ale wynik pokaże pewną tendencję. I jeszcze przed oficjalnym wynikiem można bezpiecznie wskazać na zwycięzcę, którym najpewniej będzie Alternatywa dla Niemiec (AfD). Według sondaży może ona liczyć na rekordowe poparcie w okolicach 45–50 proc.! Druga jest CDU (~20 proc.), Die Linke, czyli Lewica może liczyć na jakieś 10 proc., a pozostałe ugrupowania z SPD na czele najpewniej będą miały 5 proc. i mniej. Nawet jeśli te wyniki będą nieznacznie inne, to i tak nie można odmówić tryumfu AfD. Czy w związku z tym jest szansa na zmianę jakościową u naszego zachodniego sąsiada? A może wybory lokalne nie mają aż takiego znaczenia, żeby do nich przykładać aż tak dużą wagę?
Mają! To nie są wybory do naszego województwa. Niemcy to kraj związkowy, a poszczególne landy mają swojego premiera, ministrów itp.
Rząd.
Tak. Każdy z landów ma też swoje przedstawicielstwo przy rządzie berlińskim. Ma swojego jakby ambasadora w Berlinie. I oczywiście ma też zarezerwowane dla siebie sfery polityki. Niedzielne wybory, choć lokalne, do jednego z landów, są bardzo ważne z perspektywy krajowej. Czy wygrana AfD może być katalizatorem zmian w Niemczech? Może, choć wszystko zależy od tego, ile dostaną głosów, czy będą mieli samodzielne rządy. Cała scena polityczna stawia przeciwko AfD…
…„Ognisty mur”, tak?
Dokładnie. Wszystkie inne rządy oprócz AfD robią koalicję, tak zwaną Jemajkę. SPD, CDU, Zieloni, Lewica – choć nie powinni ze sobą współpracować, jeżeli chodzi o ich deklarowane programy wyborcze, to tworzą oni koalicję i przejmują rządy w danym landzie, aby wypchnąć AfD poza ramę. Jeżeli AfD faktycznie zdobędzie 46 proc., jak sugerują ostatnie sondaże przed wyborami, najprawdopodobniej stworzy rząd sama. W momencie gdy rozmawiamy, nic nie jest jednak przesądzone oprócz tego, że wynik AfD będzie dla Berlina dużym problemem. Jak dużym? Czytelnicy już wiedzą…
Jeszcze przed wyborami przedstawiciele niektórych centralnych ministerstw, np. Boris Pistorius, który jest szefem resortu obrony narodowej, przygotowują się na „kryzys”. Z Saksonii-Anhalt rzeczony minister chce wycofać wszystkie służby (!), które pod rządami AfD mogłyby sprawić, że nowa władza będzie otrzymywać tzw. dane wrażliwe. Oficjalnie jest to robione z obawy przed przekazywaniem tych danych Moskwie. To jest w ogóle rewelacyjne, bo media donoszą, że przez ostatnie dwa lata byli politycy SPD i CDU spotykali się kilkukrotnie w Baku i w Abu Dhabi z Rosjanami i rozmawiali o polityce energetycznej, o biznesie. Ale jak dochodzi do przyjęcia władzy w jednym z krajów związkowych, to pierwsze, co mówi pan minister, to to, że trzeba wycofać nasze służby, bo może się tak zdarzyć, że będą jechały jakieś transporty z uzbrojeniem przez dany kraj związkowy na wschód i nowa władza może te transporty zablokować…
Mówi się dużo o tym, że politycy AfD bardzo intensywnie przygotowują się do przejęcia władzy. Widziałem też zabawną ankietę i dyskusję (oczywiście od razu widziałem porównanie z Polską), ile to procent niemieckich obywateli chce rzekomo opuścić Niemcy, gdy tylko AFD będzie w Niemczech rządzić… Skąd my to znamy?
Szantaż emocjonalny.
A przecież po zmianach władzy nad Wisłą nikt naszego kraju nie opuścił…
Kanclerz Merz, złośliwie przezywany Schmerz („ból”, „cierpienie”), powiedział rzeczy dosyć niepokojące, np. że zrobimy wszystko, aby przeprowadzić wybory w takim duchu, jak to sobie wyobraża rząd. Jak to rozumieć? Bo moim zdaniem zabrzmiało to niedemokratycznie…
Od dłuższego, ale naprawdę dłuższego, czasu co chwilę w mediach swoje mądrości ujawnia któryś z polityków CDU i SPD, deklarując konieczność zdelegalizowania AfD. W niektórych landach partia miała zostać objęta obserwacją. To już poważna sprawa, bo wobec formacji objętej obserwacją można stosować inne metody działania. Można tam m.in. próbować upchać szpicli, tak jak się teraz próbuje pakować ich do „Korony…”. Można używać wobec partii zmasowanego ataku medialnego. Tu ciekawa różnica: AFD jest zapraszana do mainstreamowych mediów, „Korona…” – nie.
To u nas jest prawdziwa Brandmauer, czyli „zaporowa ogniowa”…
U nas jest kordon sanitarny wokół posła Brauna, a tam mur przeciwogniowy wokół partii. Ale oni są zapraszani do mediów są, my nie.
Natomiast faktycznie mówi się bardzo dużo, że trzeba użyć wszelkich środków przeciw AfD. Demokracja, jak już dzisiaj o tym mówiliśmy, jest wówczas, kiedy to „my” decydujemy, jaka ona jest…
Jak ludzie źle zagłosują, tak jak na Islandii, to mówi się, że ta demokracja to jednak nie jest dobry pomysł.
To nie jest taka koszerna demokracja. Zresztą, jak mówił towarzysz Stalin, nie ważne, kto głosuje, ważne kto liczy głosy. I z tego co wiem, w tym zakresie AFD również bardzo mocno się przygotowuje. Będą pilnować liczenia głosów. Jeśli AfD nagle dostanie ok. 20 proc. głosów, to nikt w to nie uwierzy.
Tuż przed wyborami w Merseburgu odbył się piknik rodzinny, na który pan Zygmunt, szef AfD w Saksonii-Anhalt, przyjechał dederowskim komarkiem. Jechał dosłownie przez tłum ludzi. Oni go witali jak przyjeżdżającego papieża… Na pikniku było ponad 5 tysięcy ludzi.
Tylko to jedno ugrupowanie, autentycznie powoduje takie społeczne poruszenie.
Oczywiście w tzw. DDR-ach AFD jest bardzo silne. Ale już w Berlinie nie.
Czy rzeczywiście można mówić o różnicy mentalności? Widać tu dziedzictwo dawnego podziału Niemiec?
Na wschodzie AfD wyraźnie rośnie w siłę. Natomiast widać zmianę w całym kraju. W Berlinie AFD ma około 18 proc., więc jest na równi z CDU (!), choć w stolicy najwyższe poparcie ma Die Linke.
Mówimy o Berlinie, który jest jednak kosmopolityczną, ogromną metropolią, przy której Warszawa to jest, jak rozumiem, jakaś twierdza zabobonu i zacofania.
Musimy zdawać sobie sprawę, czym jest Berlin. 18 proc. poparcia to jest rewolucyjny wręcz wynik! Tu musiał się stać kopernikański przewrót, bo najprawdopodobniej klasa średnia zaczęła głosować na AfD, bo w Berlinie migranci mogą głosować i to oni wybierają Die Linke.
Á propos imigrantów, to widziałem reportaż nagrany w Holandii, w którym dziennikarz stoi na peronie, przyjeżdża pociąg i on opowiada, że tutaj trzeba będzie coś zmienić, bo w godzinach szczytu pociągi są tak zatłoczone, że nie ma miejsc siedzących. Ktoś przytomnie zwrócił uwagę na to, że w tych pociągach nie widać Subsaharyjczyków, nie ma tzw. południowców. Utrecht, miasto w Holandii, ma 42 proc. populacji migrantów, a rano, kiedy koledzy jadą do pracy, to ich nie ma… Sami biali!
I dlatego w Berlinie to poparcie dla AfD bardzo mocno się zmieniło i urosło. Zobaczymy jeszcze, jakie będzie w Meklemburgii-Pomorzu Przednim (innym landzie Niemiec)
Obecnie AfD może liczyć w tym kraju związkowym na około 36 proc. poparcia.
Tego samego dnia odbędą się wybory w Berlinie i właśnie Meklemburgii. Możemy być pewni, że w landach będą zawiązywane wspomniane już koalicje przeciw AfD, czyli takie dla „ojczyzny ratowania”. To wszystko w duchu: my wszyscy, mimo że różnimy się politycznie, to jesteśmy demokratami, a AfD to faszyści.
My to znamy oczywiście również z Francji, gdzie przeciwko Zjednoczeniu Narodowemu Marine LePen też robiono i zrobi się przy najbliższym wyborach tego rodzaju koalicje. No i być może to samo będziemy obserwować w naszych wyborach… Może powstać taka koalicja przeciwko tym złym, czyli Konfederacji Korony Polskiej. Miejmy nadzieję, że tego nie dojdzie, ale takie pogłoski również się pojawiają. Na koniec chciałbym, abyś się odniósł do wypowiedzi Alice Weidel, liderki AFD, która otwarcie mówi, że partia przygotowuje się do przejęcia władzy w skali federalnej. Opisała pierwsze 100 dni. Zastanawiam się, na ile jej postulaty są rzeczywiście do zrealizowania w warunkach niemieckich. Weidel zapowiada deportacje Syryjczyków, mówi o wyjściu Niemiec ze strefy Schengen. Te słowa należy traktować poważnie, czy to jest przedwyborcza retoryka?
Jeżeli AFD będzie miało sprawczość na poziomie rządu, to jest to możliwe. Jeśli tego nie zrobi, to żadnych kolejnych wyborów nie wygra. Z całą pewnością pierwsze, co zrobią, to otworzą Nord Stream i wezmą tanią energię z Rosji. To jest poważny kraj. Tu nie będą się oglądali na Polskę, na jakieś tam przemyślenia moralne, czy wolno, czy nie wolno. Ale jeżeli nie zatrzymają migracji, jeżeli nie wywalą tych wszystkich klanów arabskich, jeżeli nie wróci spokój w parkach i na ulicach niemieckich miast, to nie wygrają kolejnych wyborów. Ludzie w Niemczech chcą znów czuć się bezpiecznie.
Druga kluczowa kwestia to ceny energii. AfD, które ma kontakty w Rosji, bardzo szybko załatwi temat dostępu do tanich surowców. Zresztą nie tylko AfD spróbuje wrócić do tego, co było. Inni politycy najpewniej zrobią to samo. Nie po to spotkali się byli działacze CDU i SPD z Rosjanami w Baku i w Abu Dhabi, żeby sobie tam bajki opowiadać…
Dziękuję za rozmowę.


