Przedsiębiorca spod Grodziska Mazowieckiego wygrała wieloletni spór z biurokracją o karę, która zniszczyła jej firmę. Jednak urzędy udają, że prawomocny wyrok nie zapadł i nie chcą go wykonać. O sprawie pisał „Najwyższy Czas!”.
1,52 miliona złotych – taką kwotę w 2024 roku Ewelina Kędzierska musiała zapłacić jako karę za nielegalne składowanie odpadów. Na dziś kwota ta wzrosła do prawie 1,8 miliona złotych. To w praktyce, bo w teorii pani Ewelina już nic nie powinna płacić. Wszystko przez wyrok Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego, który na jej korzyść rozstrzygnął spór z wojewodą. Tyle tylko, że administracja podlegająca wojewodzie udaje, że wyroku nie ma. A pani Ewelina wciąż nie może odzyskać pieniędzy.
Kara na oko
Niszczenie firmy pani Eweliny opisaliśmy w artykułach „Kara na oko” (NCz! nr 16/17 z 2024) oraz „Niewygodne fakty” (NCz nr 18/19 z 2024). Przypomnijmy: jej pracownicy zajmowali się układaniem kostki brukowej i kopaniem rowów pod budowy. Często przy poważnych inwestycjach firma pani Eweliny była podwykonawcą na część robót, dla dużych spółek prowadzących prace budowlane na wielką skalę. Było to możliwe dzięki umowom na leasing sprzętu – głównie koparek i wywrotek. Aby chronić drogie maszyny przed złymi skutkami deszczu, śniegu i mrozu, i przedłużyć ich żywotność, pani Ewelina zdecydowała się postawić halę. Aby zbudować ją profesjonalnie, należało najpierw teren utwardzić przy pomocy kruszywa budowlanego. Kruszywo to sypki materiał pochodzenia skalnego, wykorzystywany głównie do produkcji zaprawy murarskiej i betonu oraz do budowy dróg. Dostawca kruszywa – firma z okolicy Grodziska Mazowieckiego należąca do Konrada Z. – przywiozła kruszywo na działkę do Tłustych i wysypała na posesji pani Eweliny. I właśnie to kruszywo stało się początkiem biurokratycznej drogi przez mękę.
Trzy tygodnie później Wojewódzka Inspekcja Ochrony Środowiska wydała decyzję (nr 199/16/OE), w której nakazała zapłatę kwoty 971 156 złotych za nieprzepisowe składowanie odpadów. Uzasadnienie było napisane suchym, urzędowym językiem. Wynikało z niego, że bizneswoman naruszyła przepisy ustawy o ochronie środowiska i wbrew przepisom składowała na swojej działce odpady. Ustawa wymaga bowiem, aby odpady składowane były tylko na tych połaciach ziemi, których właściciele uzyskali pozwolenie. Tak zaczęła się biurokratyczna gehenna. „Odebrałam kiedyś telefon z nieznanego mi numeru – wspomina Kędzierska – Mężczyzna podający się za pracownika Inspekcji Ochrony Środowiska zapytał, czy na mojej działce magazynuję nielegalne odpady. Odpowiedziałam, że kupiłam kruszywo pod budowę hali przemysłowej”. Z akt sprawy wynika, że żaden inspektor nie przyszedł na posesję pani Eweliny, aby dokonać pomiaru objętości ani masy substancji, które kwestionował.
Decyzję zobowiązującą Kędzierską do zapłaty wystawiono na podstawie zdjęć. To czarno-białe fotografie pokazujące hałdę… nie wiadomo czego. Ze zdjęć nie wynika, aby były to odpady. Ktokolwiek je widzi, nie może rozstrzygnąć, jaką substancję przedstawiają. Ze zdjęć wynika, że na posesji pani Eweliny może leżeć zarówno piasek, cement, ziemia, jak i cokolwiek innego. Trzeba wierzyć na słowo urzędnikowi, że sfotografował zakazane odpady. Tym bardziej dlatego że wspomniana ustawa do odpadów, na których składowanie potrzebne jest pozwolenie, nie zalicza kruszywa. Jak to więc możliwe, że naliczono jej tak ogromną karę? „Na Panią Ewelinę Kędzierską została nałożona opłata podwyższona za korzystanie ze środowiska z tytułu składowania odpadów w miejscu na ten cel nieprzeznaczonym” – napisała nam Marta Milewska, rzecznik Urzędu Marszałkowskiego. – „Należy zauważyć, że opłata podwyższona nie jest karą”. Co ciekawe: pani rzecznik napisała nam, jak oblicza się wysokość opłaty dodatkowej, która zdaniem urzędników nie jest karą. Jest to skomplikowany wzór matematyczny, w którym przez urzędnicze współczynniki mnoży się masę odpadów i ilość dób ich przechowywania. Tymczasem urzędnicy nie sprawdzili, co dokładnie znajduje się na wspomnianej posesji i jak długo tam leży. Ale nie tylko to. Nie wiadomo, jaka była masa kwestionowanego towaru. Z faktury VAT wynika, że Kędzierska kupiła dokładnie 1120 ton kruszywa. Z kolei urzędnicy w decyzji wyliczyli 365 ton. Co więc stało się z pozostałymi 765 tonami? Jedna ciężarówka może przywieźć około 30 ton gruzu. Jeśli więc wierzyć urzędnikom, to w niewyjaśnionych okolicznościach „zniknęło” 765 ton kruszywa, czyli ogromna ilość.
Poproszony przez nas o wyjaśnienie tej sprawy rzecznik WIOŚ – Artur Brandysiewicz – napisał nam, że decyzja została wydana „za naruszenie w postaci zbierania i przetwarzania odpadów o kodzie 17 01 01 (odpady betonu oraz gruz betonowy z rozbiórek i remontów) oraz 17 01 02 (gruz ceglany) bez wymaganego zezwolenia na zbieranie i przetwarzanie odpadów”. Takie kody faktycznie istnieją w polskim prawie, ale nie pasują do tego, co przywieziono na posesję pani Eweliny. Zarówno z faktur, jak i z relacji Konrada Z. wynika, że było to kruszywo, a nie odpady betonu.
A przecież wystarczyło dokonać pomiaru objętości substancji leżącej na jej posesji, zbadać, z czego się ona składa, by wyjaśnić, czy jest to kruszywo budowlane, czy odpady, a w razie dodatkowych wątpliwości zapoznać się z fakturą przyjętą przez panią Ewelinę i opłaconą z jej konta. Można też było przesłuchać Konrada Z. Jego siedziba mieści się po drodze między działką pani Eweliny a siedzibą płockiej delegatury WIOŚ. Konrad Z. w 2024 roku zgodził się na rozmowę z „NCz!” i powiedział wtedy „Sam dostarczyłem na posesję w Tłustem ponad tysiąc ton kruszywa, które miało zostać wykorzystane do budowy podmurówki nowej hali” – mówi „NCz!”. Jego słowa potwierdzają faktury, które nie zainteresowały pracowników Wojewódzkiej Inspekcji Ochrony Środowiska, których decyzje w nieuzasadniony sposób doprowadziły dobrze prosperującą firmę na skraj bankructwa.
Decyzje obu urzędów (marszałkowskiego w Warszawie i WIOŚ) doprowadziły do powstania ogromnego zobowiązania finansowego przedsiębiorcy wobec państwa. Urząd Skarbowy zablokował więc wszystkie konta firmy pani Eweliny. Młoda kobieta zamiast rozwijać działalność i zatrudniać ludzi, od wielu lat przepycha się z administracją, próbując doprowadzić do cofnięcia nałożonej kary. Pracowników musiała zwolnić. Hali nie zbudowała. Jej maszyny stanęły i zaczęły rdzewieć. A sama pani Ewelina zamiast rozwijać biznes i budować wymarzony dom, zaczęła użerać się z urzędami.
Wyrok na papierze
Finał wieloletnich perypetii nastąpił 14 listopada 2025 roku. Tego dnia Wojewódzki Sąd Administracyjny w Warszawie wydał wyrok (sygnatura akt IV Sa/Wa 1153/23), w którym zdruzgotał postępowanie urzędników, pani Ewelinie przyznał rację, a nałożoną na nią karę uchylił. Przyjemnie było słyszeć, że sąd przeczytał artykuły „NCz!”. „Zła wola i niekompetencja instytucji podlegających pozwanemu doprowadziła do tego, że sprawa stała się przedmiotem zainteresowania środków masowego przekazu” – mówił w ustnym uzasadnieniu wyroku sprawozdawca sędzia Michał Sułkowski. Jak się okazało, żadna ze stron nie wniosła apelacji. Pod koniec maja wyrok uprawomocnił się.
Nie mamy pańskiego płaszcza
Zgodnie z wyrokiem kara nałożona na firmę pani Eweliny została uchylona, a zatem Wojewódzki Inspektorat Ochrony Środowiska powinien ją uznać za niebyłą, a urząd skarbowy – powinien zwolnić konta firmy pani Eweliny i zwrócić jej zajęte dotychczas środki. Reprezentujący kobietę prawnik poinformował o wyroku wszystkie instytucje. Bez rezultatu. Do dziś konto nie zostało odblokowane, a pani Ewelina nie może prowadzić działalności gospodarczej.
Ani WIOŚ, ani Urząd Wojewódzki nie odpowiedziały na pytania „Najwyższego Czasu!” zadane w sprawie. O sprawie nie chciało rozmawiać również kierownictwo urzędu skarbowego, który nadal trzyma pieniądze pani Eweliny. Mamy więc do czynienia z bezprecedensową sytuacją: mimo prawomocnego wyroku sądowego urząd nie uchyla decyzji, a skarbówka nie zwraca pieniędzy. A pytania od dziennikarzy w tej sprawie ignoruje.
