Strona głównaOpinieKlęska Republikanów. Demokratyczne tsunami w czerwonych stanach. Winnicki: To trumpizm w czystej...

Klęska Republikanów. Demokratyczne tsunami w czerwonych stanach. Winnicki: To trumpizm w czystej postaci

-

- Reklama -

Republikanie przerżnęli wybory połówkowe z kretesem. Demokraci nie dość, że odzyskali kontrolę zarówno nad Senatem, jak i Izbą Reprezentantów, to na dodatek wygrali w niektórych stanach określanych jako „republikańskie bastiony”. O przyczynach porażki rozpisał się Robert Winnicki.

Liczenie głosów w niektórych stanach wciąż trwa. Wiadomo już jednak, że w Senacie Demokraci odbili co najmniej siedem stanów Republikanom. Sensacyjnie wygrali w Kansas (po raz pierwszy od 1932 roku), w Teksasie (po raz pierwszy od 1988 roku), a także w Karolinie Południowej, Karolinie Północnej, Ohio, Iowa i Maine.

- Reklama -

W Izbie Reprezentantów Demokraci także prowadzą z wyraźną przewagą. Większość to formalność, a aktualne prognozy mówią o ogromnej przewadze, nawet 262 do 173 w mandatach. Do tego dochodzą wygrane na stanowiskach gubernatorów, jak chociażby w Teksasie, gdzie Gina Hinojosa pokonała Grega Abbotta.

- Reklama -

Przed wyborami wiele mówiło się, że w razie przegranej Republikanie będą forsować narrację o „ukradzionych wyborach”. Skala jest jednak tak duża, że nie ma to najmniejszego sensu. Republikanie uznali porażkę, zrobił to także Donald Trump, który jednocześnie w żaden sposób nie poczuwa się do odpowiedzialność za ten stan rzeczy.

- Reklama -

Winnicki: To nie demografia, to trumpizm w czystej postaci

Porażkę Republikanów skomentował w serwisie X Robert Winnicki, były poseł Konfederacji. Ostro skrytykował próbę budowania przez trumpistów (także polskich) własnej wersji „legendy ciosu w plecy”. Poniżej cały wpis Winnickiego na X.

Trumpiści, również nadwiślańscy, zaczynają bardzo szybko budować swoją wersję <Dolchstoßlegende>. Legenda ciosu w plecy to jeden z najważniejszych mitów politycznych w historii Niemiec XX wieku. Głosiła, że armia niemiecka nie została pokonana militarnie podczas I wojny światowej, lecz została zdradzona od wewnątrz przez polityków, rewolucjonistów, socjalistów i Żydów.

Legenda kolportowana przez trumpistów idzie w dwóch kierunkach. Pierwszy, dominujący nurt, to zmiany demograficzne. Rosnący udział imigrantów i nie-WASPowskich mniejszości miałby stać za pogromem, jakiego doświadczyli Republikanie. Tutaj trzeba zakreślić dwie rzeczy; tak, stopniowo zmieniającą się demografia działa na niekorzyść białej, protestanckiej większości.

Niemniej nie kto inny jak właśnie trumpiści chwalili się dwa lata temu, że ich sukces jest w dużej mierze pochodną poparcia, jakie zdołali uzyskać wśród Latynosów i katolików. Zmiany demograficzne zachodzą w USA od dekad a mimo to w 2024 Republikanie byli w stanie osiągnąć potężny sukces wygrywając prezydenturę i obie izby Kongresu z dużą przewagą.

Obecne, demokratyczne tsunami, idące również przez tradycyjnie republikańskie stany, jest bezpośrednią pochodną polityki Trumpa. Zrobił on dwie rzeczy: zniechęcił sporą część wyborców republikańskich i radykalnie zmobilizował demokratycznych. Opowieść o „radykalnej zmianie demograficznej”, która miałaby się odbyć w dwa lata, jest dla idiotów.

Drugi kierunek legendy brzmi: to nie był prawdziwy trumpizm, to nie było prawdziwe MAGA. Trochę jak „PRL to nie był prawdziwy socjalizm”. No tylko, że innego nie było. I innego trumpizmu też nie ma. Czym się różni druga kadencja Trumpa od pierwszej? Tym, że Trump ma dużo swobodniejsze ręce dla realizacji własnych zachcianek. W latach 2016-2020 był mocno ograniczony przez stare, struktury republikańskie. O których można mówić wiele złego, ale jedno trzeba im przyznać – znały państwo i potrafiły się Trumpowi przeciwstawiać. Ten splot, doświadczenia starej gwardii i bezceremonialnej przebojowości Trumpa dawał ciekawe, niekiedy obiecujące, efekty. Wiele osób, w tym ja, sądziło, że podobnie będzie wyglądała obecna prezydentura.

Przewidywania czy nadzieje tego rodzaju okazały się błędne. Obecna kadencja jest już trumpizmem w czystej postaci. Złotowłosy nasycił kierownictwo swoimi nominatami i na wstępie rozmontował albo nie dopuścił do zainstalowania się układów mogących go krępować. No i ruszył… np. na wojny celne, które okazały się bardzo drogie dla amerykańskiego zjadacza chleba i w których główny rywal, Chiny, co najmniej z Trumpem zremisowały. Ruszył do szarż na… sojuszników USA, od Europy, przez Kanadę po Azję Wschodnią, podkopując jeden z filarów amerykańskiej hegemonii.

Ruszył na Wenezuelę, co dało mu spektakularny sukces. Po tym sukcesie Trump, mam wrażenie, odleciał totalnie. Będąc człowiekiem zbyt ograniczonym żeby pojmować złożoność różnic między systemem wenezuelskim a irańskim dał się namówić Netanyahu na katastrofalną, pod każdym względem, wojnę w Zatoce Perskiej. Mimo ostrzeżeń deep stateu, mimo sprzeciwów w otoczeniu. Ceny benzyny na całym świecie, w tym w USA, poszybowały. Amerykański wyborca, stękający od podwyżek związanych z wojnami celnymi, dostawał w twarz przy każdym tankowaniu.

Nie tak miało być. Miało być tanio, gospodarka miała hulać a Trump miał kończyć wojny, zamiast zaczynać nowe. Dlatego jest demokratyczne tsunami w wyborach połówkowych. Jeśli dołożymy do tego bajońskie kwoty, jakie rodzina i znajomi Trumpa zarabiają na całym świecie, w związku ze sprawowaniem przez niego władzy. Jeśli dodamy, że dzieje się to niekiedy kosztem żywotnych, amerykańskich interesów.

Jeśli dodamy Trumpowy festiwal nieustannego pierdolenia, opowiadania kłamstw i najgorszych możliwych głupot przy wszystkich, możliwych okazjach… to naprawdę, czy kogoś dziwi wynik tych wyborów? Nie demografia i nie żaden deep state. To nie żadna tajemnicza katastrofa ani żaden spisek ciemnych sił – to rezultat.

Najnowsze