Czy w Polsce będzie można stracić dostęp do własnego majątku za publikowanie treści niewygodnych dla rządzących? Czy o tym, co wolno mówić w internecie, ma decydować minister, a nie niezawisły sąd? Te pytania stały się osią konferencji prasowej w Sejmie poświęconej rządowemu projektowi ustawy o krajowych środkach ograniczających, oznaczonemu numerem druku 3003. Ostrzegamy przed konsekwencjami nowych przepisów dla dziennikarzy, publicystów oraz twórców internetowych. Środowisko „Najwyższego Czasu!” zapowiada dalsze działania i zaprasza na pikietę pod Sejmem 5 listopada o godzinie 16:00.
Sprawa druku nr 3003 może okazać się jednym z najważniejszych sporów o granice wolności słowa w obecnej kadencji parlamentu. Rządowy projekt ustawy o środkach ograniczających ma – według oficjalnego uzasadnienia – uporządkować system sankcji, określić kompetencje organów państwa oraz umożliwić stosowanie ograniczeń wobec podmiotów zagrażających bezpieczeństwu Polski. Kontrowersje budzą jednak nowe przesłanki wpisywania osób i organizacji na listę sankcyjną, powiązane z ingerencją i manipulacją informacjami.
Projekt wpłynął do Sejmu w sierpniu 2026 roku. Po pierwszym czytaniu trafił do komisji, a 23 października został ponownie skierowany do prac komisji po drugim czytaniu. Oznacza to, że na dzień publikacji omawianych relacji proces legislacyjny nie był zakończony.
Największe obawy przeciwników projektu dotyczą pojęcia FIMI (zagranicznej manipulacji informacjami i ingerencji w środowisko informacyjne). Samo przeciwdziałanie działaniom obcych służb nie budzi wątpliwości co do zasady. Państwo ma prawo chronić się przed szpiegostwem, operacjami dezinformacyjnymi i próbami destabilizacji.
Problem pojawia się wtedy, gdy przesłanki zastosowania sankcji są na tyle szerokie, że mogą obejmować również wypowiedzi publicystyczne, komentarze polityczne czy działalność niezależnych mediów. Kto będzie rozstrzygał, gdzie kończy się krytyka władz, a zaczyna manipulacja zagrażająca bezpieczeństwu państwa? Jakie gwarancje otrzyma osoba, której publikację urzędnik uzna za niedopuszczalną?
Właśnie w tych pytaniach tkwi sedno kontrowersji wokół druku 3003. Przeciwnicy projektu ostrzegają, że nieostre kryteria mogą stworzyć instrument pozwalający administracji karać nie tylko rzeczywistych współpracowników obcych służb, ale również osoby prowadzące ostrą, niewygodną dla władzy działalność publicystyczną.
„Topór, który wisi nad głowami wszystkich Polaków”
Podczas konferencji prasowej w Sejmie zabrałem głos w tej sprawie. W swoim wystąpieniu zwróciłem uwagę na konstytucyjne konsekwencje projektu i zagrożenia, jakie może on nieść dla całego środowiska niezależnych mediów.
Muszę powiedzieć, że kiedy po raz pierwszy usłyszałem o procedowaniu tak daleko idących przepisów, sądziłem, iż ta informacja musi być żartem. Po zapoznaniu się ze sprawą doszedłem jednak do wniosku, że parlament rzeczywiście pracuje nad rozwiązaniami, które w mojej ocenie pozostają w jaskrawej sprzeczności z konstytucyjnymi gwarancjami wolności słowa.
Problem nie ogranicza się do tradycyjnych gazet czy stacji telewizyjnych. Potencjalne konsekwencje mogą dotyczyć również twórców cyfrowych, youtuberów, podcasterów oraz osób publikujących komentarze w internecie. Dla tych środowisk groźba wielomilionowych kar oraz sankcji nakładanych w trybie administracyjnym może oznaczać konieczność rezygnacji z części tematów, a nawet zakończenie działalności.
Szczególnie niepokojące jest zjawisko autocenzury. Nie trzeba zamykać redakcji ani oficjalnie zakazywać publikowania określonych poglądów, aby ograniczyć swobodę debaty. Czasami wystarczy stworzyć system, w którym autor nie wie, czy krytyczny artykuł nie stanie się podstawą do wszczęcia postępowania mogącego zagrozić jego finansowej egzystencji.
Warto pamiętać również, że w okresie zaborów polska prasa była poddawana represjom, ale moim zdaniem mechanizmy proponowane w druku 3003 przywodzą na myśl jeszcze bardziej niebezpieczne praktyki administracyjnego zwalczania przeciwników władzy. Można je porównać do metod stosowanych w Związku Sowieckim w latach trzydziestych XX wieku, kiedy o losie osób uznanych za niepokorne decydowały organy podporządkowane aparatowi politycznemu.
Zdaję sobie sprawę, że to bardzo mocna historyczna analogia. Oddaje jednak istotę obaw – jeśli administracja uzyska możliwość nakładania dotkliwych sankcji bez wcześniejszego rozstrzygnięcia niezawisłego sądu, granica między ochroną państwa a politycznym wykorzystywaniem aparatu urzędniczego może stać się niebezpiecznie cienka. Pamiętajmy, że bez niezależnych mediów jakość życia publicznego ulegnie znacznemu pogorszeniu.
Sankcje bez wcześniejszego wyroku. Największe obawy krytyków
Najbardziej kontrowersyjny aspekt projektu stanowi możliwość stosowania środków ograniczających na podstawie decyzji administracyjnej. Wpis na listę sankcyjną może wiązać się z zamrożeniem środków finansowych i zasobów gospodarczych, a skarga do sądu administracyjnego nie musi automatycznie wstrzymywać skutków takiej decyzji.
To właśnie ten mechanizm budzi szczególne obawy. W klasycznym ujęciu państwa prawa obywatel, któremu zarzuca się poważne naruszenie przepisów, powinien mieć możliwość obrony przed niezależnym sądem. Tymczasem w przypadku sankcji administracyjnych dotkliwe konsekwencje mogą pojawić się jeszcze przed sądowym rozpatrzeniem sporu.
Krytycy wskazują także na przewidziane w projekcie wysokie kary pieniężne, sięgające 20 milionów złotych, oraz sankcje karne związane z naruszaniem lub obchodzeniem zastosowanych ograniczeń. Szczegółowe konsekwencje zależą od rodzaju naruszenia i konkretnych przepisów projektu, dlatego nie należy utożsamiać wszystkich tych sankcji z karą za samą krytyczną wypowiedź.
Z punktu widzenia wolności słowa nie wystarczy jednak argument, że przepisy mają służyć wyłącznie walce z zagraniczną ingerencją. Istotne jest to, jak zdefiniowano przesłanki odpowiedzialności, kto podejmuje decyzję i jakie środki ochrony przysługują osobie objętej sankcjami.
Niepokój budzi zwłaszcza możliwość objęcia restrykcjami osób, które pośrednio miałyby wspierać zakwestionowane działania informacyjne. Jeżeli zakres tego pojęcia nie będzie dostatecznie precyzyjny, może powstać ryzyko, że sankcje obejmą także działalność legalnych organizacji, redakcji oraz komentatorów.
W debacie publicznej trzeba zatem rozdzielić dwie kwestie: uzasadnioną potrzebę przeciwdziałania obcym operacjom wpływu oraz znacznie bardziej sporną metodę, w jaki sposób państwo miałoby identyfikować naruszenia i karać za nie obywateli. Krytyka druku 3003 dotyczy przede wszystkim tej drugiej kwestii.
Wolność słowa to także prawo do krytyki rządu
Wolność wypowiedzi ma znaczenie szczególnie wtedy, gdy dotyczy tematów wywołujących polityczne emocje. Debata o relacjach z Ukrainą, polityce klimatycznej, migracji, Unii Europejskiej czy działaniach rządu nie zawsze jest spokojna i merytoryczna. Pojawiają się w niej uproszczenia, ostre oceny oraz twierdzenia, z którymi można się nie zgadzać.
Nie oznacza to jednak, że każda kontrowersyjna wypowiedź powinna być traktowana jako zagrożenie dla bezpieczeństwa narodowego. W demokracji obywatele muszą mieć możliwość kwestionowania oficjalnej narracji, domagania się dowodów i rozliczania rządzących.
Państwo może reagować na konkretne naruszenia prawa, ale powinno robić to w sposób proporcjonalny, przejrzysty i podlegający niezależnej kontroli. Jeżeli urzędnik otrzymuje szerokie uprawnienia, a konsekwencje jego decyzji mogą być natychmiastowe i wyjątkowo dotkliwe, konieczne są szczególnie mocne gwarancje proceduralne.
Na potencjalne zagrożenia związane z projektem zwracano uwagę również w opinii Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji. Nie chodzi więc wyłącznie o interes jednej redakcji czy jednego środowiska politycznego. Spór dotyczy zasad, na jakich państwo może ingerować w działalność informacyjną. Przepisy przyjęte dziś przez jedną większość parlamentarną mogą być w przyszłości wykorzystywane przez kolejne rządy – również przez takie, których poglądy i cele będą zupełnie inne. Dlatego ocena projektu powinna uwzględniać nie tylko intencje jego autorów, lecz przede wszystkim ryzyko nadużyć oraz możliwości skutecznego odwołania się od decyzji.
Sprawa wykracza poza interes dziennikarzy
W dyskusji o druku 3003 łatwo sprowadzić konflikt do kolejnego starcia rządu z krytycznymi wobec niego mediami. Byłoby to jednak uproszczenie. Wolność słowa nie jest przywilejem redakcji ani prawem zarezerwowanym dla zawodowych dziennikarzy. Jest podstawowym warunkiem demokratycznej kontroli władzy.
Jeśli państwo chce walczyć z dezinformacją, powinno precyzyjnie określić, jakie działania są zakazane, wykazać ich związek z rzeczywistym zagrożeniem i zapewnić niezależną kontrolę nad stosowanymi środkami. Bez takich zabezpieczeń nawet regulacja przedstawiana jako narzędzie ochrony bezpieczeństwa może stać się źródłem nowych problemów.
Nie przesądza to automatycznie, że każda decyzja wydana na podstawie proponowanych przepisów byłaby bezprawna. Pokazuje jednak, dlaczego szerokie kompetencje administracji, możliwość zamrażania majątku oraz wysokie sankcje wymagają szczególnie dokładnej analizy.
Najważniejsze pozostaje pytanie, czy obywatel będzie mógł skutecznie bronić się przed decyzją, która zagraża jego finansom i działalności zawodowej, zanim szkody staną się nieodwracalne. Równie ważne jest to, czy krytyka polityki państwa pozostanie normalnym elementem debaty publicznej, czy też będzie obarczona ryzykiem, które skłoni wielu ludzi do milczenia.
5 listopada: sprawdzian dla obrońców wolności słowa
Konferencja prasowa w Sejmie i zapowiedziana pikieta pokazują, że wokół druku 3003 narasta spór o fundamentalne zasady funkcjonowania państwa. Nasze środowisko ostrzega dziś przed skutkami, jakie nowe przepisy mogą mieć dla niezależnych mediów.
W najbliższych dniach kluczowe będą dalsze prace parlamentarne, analiza konkretnych zapisów projektu oraz odpowiedź na pytanie, czy zgłaszane zastrzeżenia zostaną uwzględnione. Samo zapewnienie, że nowe uprawnienia będą wykorzystywane wyłącznie w uzasadnionych przypadkach, nie zastąpi jasnych przepisów i skutecznej kontroli sądowej.
5 listopada o godzinie 16:00 przed Sejmem przy ulicy Wiejskiej w Warszawie odbędzie się pikieta organizowana przez dwutygodnik „Najwyższy Czas!” pod hasłem „STOP CENZURZE!”. Zapraszamy wszystkich, którym zależy na wolności słowa i zachowaniu niezależnej debaty publicznej.
To spór, którego nie powinno się rozstrzygać wyłącznie według podziałów partyjnych. Niezależnie od poglądów politycznych warto wymagać, by władza dysponująca narzędziami ingerencji w majątek i działalność obywateli podlegała ścisłym ograniczeniom. Wolność słowa najłatwiej deklarować wtedy, gdy wypowiadają się ludzie, z którymi się zgadzamy. Jej prawdziwym sprawdzianem jest jednak gotowość do ochrony prawa do krytyki także wtedy, gdy ta okazuje się niewygodna dla rządzących.
Pikieta ma być okazją do zamanifestowania sprzeciwu wobec rozwiązań, które zdaniem organizatorów mogą doprowadzić do ograniczenia niezależnej debaty publicznej. To również apel o to, by parlamentarzyści potraktowali wątpliwości dotyczące projektu poważnie i zapewnili obywatelom realną ochronę przed arbitralnymi decyzjami administracyjnymi.
W sytuacji, gdy projekt prawdopodobnie zostanie przyjęty przez Sejm i Senat, jedyną nadzieją na odrzucenie tego szkodliwego i skandalicznego prawa będzie prezydenckie weto. Dlatego tak ważne jest, aby Prezydent RP stanął w obronie wolności słowa i zablokował te przepisy.
Marek Skalski
Tekst ukazał się w tygodniku „Najwyższy CZAS!” nr 45-46, 2 – 15 listopada 2026 r. Do nabycia w najlepszych salonach prasowych lub w e-wydaniu na stronie Biblioteki Wolności.
Czytaj także: Stop cenzurze Tuska! „Najwyższy CZAS!” zaprasza 5 listopada pod Sejm



