W cieniu zbrodniczych bombardowań Iranu i jego ludności, a także rosnących problemów krajów okolicznych – wynikających z tej żydowskiej wojny, w tym kwestii malejącego wydobycia i transportu ropy naftowej i gazu do krajów UE, co mocno niepokoi niemieckich polityków i szefów firm, doszło w Niemczech do ważnych wyborów parlamentarnych.
Już latem ub. roku na marzec br. zaplanowano wybory parlamentarne w dwóch „zachodnich” krajach związkowych RFN: najpierw w dużej i wciąż jeszcze bogatej Badenii-Wirtembergii (8 marca) i następnie w małej Nadrenii-Palatynacie (22 marca). Kolejne wybory regionalne mają odbyć się we wrześniu br. na obszarze byłej NRD: w Saksonii-Anhalt (6 września) oraz 20 września w landzie Berlin i w Meklemburgii-Pomorzu Przednim. Wszystkie te wybory mogą skutkować znacznymi zmianami polityczno-partyjnymi w ww. landach.
Przede wszystkim w Saksonii-Anhalt i Meklemburgii, gdzie swoje obecne pozycje w parlamentach krajowych zapewne znacząco wzmocni opozycyjna i narodowo-konserwatywna Alternatywa dla Niemiec (AfD). Wedle obecnych sondaży i prognoz AfD osiągnie w obu tych landach po 30–40 proc. poselskich mandatów do landtagów. A jest to partia (jeszcze) opozycyjna nie tylko wobec bieżącej polityki soc-demokratyczno-zielonych władz RFN, władz 16 landów i wobec całego establishmentu, ale też wobec politycznego systemu RFN i władz UE.
Dlatego AfD jest cały czas, już od swego powstania w lutym 2013 r., nieustannie obserwowana i inwigilowana przez „demokratyczną” bezpiekę RFN, tj. przez Urząd Ochrony Konstytucji, często zwany przez durnych funkcjonariuszy lewicowych mediów (tych z Warszawy też) „kontrwywiadem”. AfD ma od lat największe poparcie właśnie w uboższych i bardziej „niemieckich”, tj. mniej „wielokulturowych” i „zielonych” landach wschodnich – oczywiście poza ponad 4-milionowym Berlinem z jego setkami tysięcy przybyszów z dalekich krajów i dominacją wszelakiej lewicy.
W jakim stopniu społeczne nastroje panujące w całych Niemczech odzwierciedlą najbliższe i chyba najważniejsze z tych wyborów – te w Badenii-Wirtembergii? Okaże się to dopiero za niespełna tydzień – po podaniu oficjalnych wyników, zapewne najpóźniej 10 marca rano. W każdym razie 26–28 lutego i 1–2 marca zanosiło się na to, że partie establishmentu RFN, tworzące federalny rząd kanclerza Fryderyka Merza, tj. CDU i przede wszystkim lewicowa SPD, z wyników tych wyborów nie będą specjalnie zadowolone.
Według danych dziennika „Handelsblatt” z 26 lutego, sondażowa średnia z ostatnich 6 miesięcy dawała wprawdzie wygraną postchadeckiej CDU – w sumie i średnio z około 29 proc. ankietowego poparcia. Ale z tych kilkudziesięciu sondaży partyjnych preferencji wynikało też, że drugie miejsce w wyborach w Badenii-Wirtembergii zajmą radykalnie lewicowi Zieloni, którzy współrządzą w tym bogatym i „zielonym” landzie (w ostatnich ponad 9 latach razem z CDU) już od prawie 15 lat. Bo osiągną około 21 proc. wyborczych głosów. Trzecia, z wynikiem około 20 proc. głosów miała być AfD – organizacyjnie dość słaba w tym dużym, 11,5-milionowym landzie i jeszcze kilka lat temu rozdzierana tam konfliktami wewnętrznymi i personalnymi.
Czwarta SPD miała zdobyć około 10 proc. głosów, Lewica 7 proc., a demo-liberałowie z FDP tylko 5 proc. Udziały poselskich mandatów w parlamencie w Stuttgarcie miały być zbliżone i niemal całkiem proporcjonalne do ww. wyników. CDU miałaby 31 proc. ogółu posłów, Zieloni 24 proc., a AfD 22 proc. A ponieważ wyniki faktycznych wyborów w dniu 8 marca będą prawie na pewno bardzo zbliżone do tych sondażowych prognoz z ostatnich miesięcy i socjaliści z SPD zapewne nie będą mieć więcej niż około 11–12 proc. poselskich mandatów, więc najbardziej prawdopodobna jest i będzie ponowna rządowa koalicja centrowo-lewicujących postchadeków z euro-komunistycznymi Zielonymi. Super!
Bardzo doświadczony polityk Zielonych, blisko 78-letni Winfried Kretschmann, w latach 60. i 70. zdeklarowany i radykalny młody komunista, to od 1979 r. ważny działacz partii Zielonych. Kieruje on kolejnymi rządami w Badenii-Wirtembergii już od maja 2011 r. (!). Najpierw w koalicji z lewicową SPD, a od 2016 r. w koalicji z trochę bardziej rozsądnymi „demokratami” z CDU. Winfried Kretschmann zapowiedział już latem ub. roku, że na stanowisku premiera rządu Badenii-Wirtembergii pozostanie tylko do końca tej kadencji i już nie będzie ubiegał się o reelekcję.
Należy przypomnieć i przyznać, że ten pierwszy w historii RFN „zielony” premier rządu ważnego kraju związkowego w okresie swoich pierwszych prawie dwóch kadencji, tj. do początku roku 2020, zanotował jednak kilka znaczących sukcesów politycznych i gospodarczych swego rządu. I osobiście bardzo wzmocnił popularność partii Zielonych w Badenii-Wirtembergii. Ta partia np. w roku 2016 zdecydowanie wygrała tam wybory, zdobywając aż 30,3 proc. wyborczych głosów. A 5 lat później, tj. w marcu 2021 r., partia Zielonych zdobyła w tym przemysłowym i bogatym landzie (od wielu lat najbogatszym w Niemczech po Bawarii i obok Hamburga) aż blisko 1/3 wszystkich wyborczych głosów (!).
Teraz następcą Kretschmanna w landtagu i rządzie krajowym w Stuttgarcie zostanie być może były współprzewodniczący partii Zielonych w całych Niemczech w latach 2008–2018 – obecnie 60-letni Cem Özdemir. Ten urodzony już w Niemczech (w grudniu 1965 r.) syn imigrantów z Turcji i ostatnio m.in. federalny minister „rolnictwa i polityki żywnościowej”, a także minister od „edukacji i badań naukowych” w gabinecie kanclerza Olafa Scholza w latach 2021–2025 (do maja ub. roku), teraz ma szansę zostać premierem lub co najmniej wicepremierem rządu jednego z pięciu największych i najważniejszych landów Niemiec. Turek niemieckim premierem (!). Wunderbar!
Warto też przypomnieć, że w poprzednich wyborach w Badenii-Wirtembergii, tj. w marcu 2021 r., zwyciężyli właśnie Zieloni pod wodzą Winfrieda Kretschmanna, którzy dostali aż 32,6 proc. wyborczych głosów. CDU otrzymała wówczas tylko 24,1 proc., SPD zaledwie 11,0 proc., demoliberalna FDP 10,5 proc., a opozycyjna AfD tylko 9,7 proc. głosów. Teraz, tj. 8–9 marca br., będzie oczywiście trochę inaczej, ale stery władzy w tym ważnym landzie pozostaną prawie na pewno w rękach euro-komunistycznych Zielonych i „postępowych” postchadeków. Schlimm!
Koniec zakazu kotłów gazowych i olejowych w domach?
Tymczasem 25 lutego okazało się, że w celach przede wszystkim wyborczych, aby zyskać trochę dodatkowych głosów dla CDU i SPD przed ww. wyborami w pięciu landach, federalny rząd CDU-CSU i SPD przyjął projekt nowelizacji „ustawy grzewczej” – od roku 2023 fatalnej w skutkach dla milionów Niemców. Ta mocno kontrowersyjna euro-komunistyczna ustawa z lutego 2023 r., przeforsowana przez rząd Zielonych i SPD, wprowadziła bowiem obowiązek stopniowego wycofywania wszelkich kotłów na „paliwa kopalne” i nakaz montowania pomp ciepła nawet tam, gdzie te pompy nie powinny być instalowane. Ale niebawem ta ustawa ma zostać zniesiona.
Wedle projektu jej nowelizacji niemieckie gospodarstwa domowe nadal będą mogły instalować w swoich domach nowe ogrzewanie olejowe i gazowe, czego wyraźnie zakazywała ustawa z 2023 r. Będą też mogły utrzymywać dotychczasowe ogrzewanie olejowe czy gazowe. Jest to szczególnie ważne dla kilkudziesięciu milionów Niemców, bo obecnie prawie 80 proc. wszystkich w Niemczech budynków mieszkalnych ma właśnie ogrzewanie olejowe lub gazowe. A ci, którzy będą woleli kupić sobie nowe i bardzo kosztowne tzw. pompy ciepła, nadal będą mogli ubiegać się o dofinansowanie tego „klimatycznego” wynalazku przez urzędy (na koszt ogółu podatników).
Do projektu noweli ww. ustawy dodano jednak niekorzystny dla właścicieli domów i mieszkań nakaz i znaczne ograniczenie: nowo instalowane systemy grzewcze na olej opałowy i gaz będą musiały być jednak w coraz większym stopniu zasilane paliwami „zielonymi” – takimi, jak np. biometan. A od roku 2029 wszystkie przedsiębiorstwa użyteczności publicznej, w tym te gminne, będą musiały dodawać biopaliwa do swoich paliw ropopochodnych i gazowych – stopniowo, ale w coraz większych ilościach. Krytycy tego podkreślają, że wpłynie to znacząco i negatywnie na ceny paliw gazowych i innych.
W tym wszystkim najważniejsze jednak wydaje się to, że z obowiązującej ustawy ma być wykreślony cały fragment nakazujący wykorzystywanie w celu ogrzewania domu wyłącznie tzw. energii odnawialnej (tej z wiatraków itd.). Zniesiony ma być nakaz 65 proc. minimalnego udziału „energii odnawialnej” w nowym ogrzewaniu, co w praktyce uniemożliwiało instalowanie jakichkolwiek kotłów na olej i gaz. Miało to doprowadzić i częściowo rzeczywiście doprowadziło do masowego instalowania w Niemczech drogich i ryzykownych pomp ciepła – dotowanych przez rząd na wielki koszt ogółu podatników.
Większość wpływowych gazet, jak np. „Stuttgarter Zeitung”, krytykuje te nowe i generalnie korzystne dla ludzi plany rządu, bo uważa między innymi, że ww. „reforma prawa grzewczego będzie katastrofalna dla ochrony klimatu”. Plusy w decyzji rządu CDU-CSU i SPD dostrzegł natomiast między innymi komentator dziennika „Münchner Merkur”. Stwierdził on, iż „Wymuszanie działań na rzecz ochrony klimatu jest skazane na porażkę. W najgorszym przypadku doprowadzi bowiem do upadku całych gospodarek. Albo co najmniej do upadku rządu [SPD i Zielonych po wyborach do Bundestagu w lutym 2025 r.], jak to się już stało w Niemczech. Koalicja dwóch głównych partii powinna zatem pozwolić, aby w kwestii prawa grzewczego pragmatyzm wziął górę nad zieloną ideologią […]”. Richtig!


