Strona głównaMagazynFrancuzi nie chcą już Unii Europejskiej? Na znak protestu ściągają flagi

Francuzi nie chcą już Unii Europejskiej? Na znak protestu ściągają flagi

-

- Reklama -

Na znak protestu przeciw podpisaniu umowy z Mercosur dziesiątki merostw we Francji pościągało z masztów flagi UE na znak poparcia dla rolników sprzeciwiających się tej umowie o wolnym handlu. Działo się to w czasie, kiedy kilka tysięcy pracowników spoza dużych ośrodków miejskich demonstrowało przed Parlamentem Europejskim w Strasburgu.

Media donosiły, że takiego gestu dokonały dziesiątki merów, zwłaszcza w rolniczych departamentach Gard, Vaucluse, Dordogne, Mayenne i Côtes-d’Armor. Nie muszą się obawiać żadnych sankcji, bo oficjalnie jedyną flagą obowiązkową przed ratuszami jest flaga francuska. W Valence (departament Drôme) mer miasta z Partii Republikanie Nicolas Daragon mówił o „podnoszeniu świadomości obywateli w kwestii suwerenności żywnościowej”. Na tych obszarach wyborcy to rolnicy.

- Reklama -

W tym samym czasie kilka tysięcy rolników z całej UE, w tym i z Polski, demonstrowało przed Parlamentem Europejskim w Strasburgu. W okolicach PE rolnicy ustawili kilkaset traktorów. Miał to być element nacisku na eurodeputowanych, którzy jednak już post factum debatowali nad umową z Mercosurem.

Rolnicy wystawili transparenty o treściach takich jak: „Stop Mercosur”, „Umowa Mercosur to dla rolnika sznur” czy „Plan von der Leyen zagłodzi Europę”. Policja francuska w kilku przypadkach używała siły, odpychając demonstrantów od budynku PE. Te obrazki mocno kłóciły się z wypowiedziami nadkomisarza Ursuli Von der Leyen, która twierdziła, że umowa jest „dobra dla Europy – dla każdego państwa członkowskiego”. Złośliwi twierdzą, że jeśli eurokraci będą robić tak dalej, to niedługo podburzone przez hodowców francuskie byki zamiast na czerwone płachty zaczną też reagować na te… niebieskie.

Francuskie supermarkety obiecują walkę z Mercosurem

Francuski rząd obiecuje rolnikom kontrole towarów z Ameryki Południowej, a powstrzymywanie importu zapowiadają też krajowe sieci supermarketów. „Nie kupimy ich produktów” – twierdzą francuskie supermarkety, które zamykają drzwi przed produktami importowanymi z Mercosuru. Te deklaracje nie uspokoiły protestów.

13 stycznia do Paryża wjechało 350 traktorów. Trwały też blokady dróg i autostrad, akcje przepuszczania kierowców przez bramki na autostradach bez opłat, niszczenie i „oślepianie” radarów, pikiety. Protestowano nie tylko przeciw umowie o wolnym handlu między Unią Europejską a państwami Mercosuru, ale też przeciw Wspólnej Polityce Rolnej (WPR) oraz rządowej strategii walki z chorobą guzowatą skóry bydła (LSD). Formy demonstrowania były bardzo różne, od kontrolowania TIR-ów wjeżdżających i wyjeżdżających z portów, zrzucania opon i wylewania obornika po blokowanie składów paliw i baz logistycznych sieci handlowych (m. in. Auchan i Lidla).

Właśnie takie akcje spowodowały zapewne, że w ramach solidarności z rolnikami zapadła decyzja sieci handlowych o tym, że mięso i drób z umowy z Mercosuremm nie znajdą miejsca na ich półkach sklepowych. Zapowiedział to m.in. Thierry Cotillard, prezes grupy Muszkieterów (Intermarché, Netto itd.). Zapewnił, że Carrefour, Système U i Leclerc będą miały takie samo stanowisko w tej sprawie. Prezes grupy Carrefour, Alexandre Bompard stwierdził, że decyzja grupy Carrefour i jej kontrahentów polega na pozyskiwaniu niemal wyłącznie produktów francuskich, w zależności od sektora” i np. „100 proc. naszego drobiu i wieprzowiny pochodzi z Francji, podobnie jak 97 proc. naszej wołowiny”. Jeszcze w połowie grudnia szef sieci E. Leclerc Michel-Édouard Leclerc, również zamknął drzwi przed produktami ze strefy Mercosur, które jego zdaniem nie spełniają europejskich norm ochronnych. Te zapewnienia handlowców i pewne gesty polityków, rolników jednak nie uspokoiły, a ich protest cieszył się bardzo dużym poparciem społecznym.

Ruszył proces apelacyjny Marine Le Pen

W Paryżu rozpoczął się proces apelacyjny Merine Le Pen. Wcześniejszy wyrok odebrał tej polityk bierne prawa wyborcze, co uniemożliwia jej start w wyborach prezydenckich w 2027 roku.

Rozprawa apelacyjna rozpoczęła się 13 stycznia o 13:30 w obecności Marine Le Pen, która ryzykuje w sądzie swoją polityczną przyszłość. Sala sądowa w Paryżu była wypełniona po brzegi. Proces dotyczy asystentów europosłów Frontu Narodowego (FN) w Brukseli, którzy byli w rzeczywistości zatrudniani do prac partyjnych w kraju. Była to wówczas częsta praktyka. Proces potrwa około miesiąca i rozstrzygnie, kto będzie kandydował na prezydenta kraju z ramienia partii narodowej.

57-letnia Marine Le Pen ubrana w granatową marynarkę i różową bluzkę weszła na salę sądową na wyspie Cité, w towarzystwie dwóch prawników. W tym procesie występuje w sumie 11 oskarżonych i potrwa on do 11 lutego. Na sali przebywały setki dziennikarzy z całego świata. Składowi sędziowskiemu przewodniczy sędzia Michèle Agi. Zjednoczenie Narodowe (dawniej Front Narodowy) to obecnie duża partia parlamentarna, a Marine Le Pen jeszcze nigdy nie była tak blisko prezydentury.

W przypadku potwierdzenia poprzedniego wyroku i zablokowania jej startu do Pałacu Elizejskiego, zastąpi ją zapewne Jordan Bardella. Zdaje się, że oficjalne media na wszelki wypadek postanowiły się zająć i nim i rozpoczęły proces podkopywania wizerunku tego polityka. Lewicowy dziennik „Le Monde” opublikował np. artykuł na temat życia prywatnego Jordana Bardelli, co wywołało oburzenie w partii narodowej. „Le Monde” sugerował romans Bardelli z Marią Karoliną z dynastii Burbonów-Sycylijskich. Uważa się, że to naruszenie prywatności życia polityka.

13 stycznia, przy wyjściu z paryskiego Grand Palais, gdzie miała miejsce feta z okazji 200. rocznicy powstania „Le Figaro”, przewodniczący Zjednoczenia Narodowego został zauważony w towarzystwie włoskiej dziedziczki rodziny królewskiej, córki Karola Burbon-Sycylijskiego. To był fakt, ale interpretacja tego wydarzenia zirytowała narodowców, którzy krytykują „brukowe dziennikarstwo” w wydaniu znanego dziennika.

Alexandre Loubet, poseł RN z Mozeli, uważa, że artykuł ten ma charakter „aktywistyczny” i „jest przesiąknięty społeczną pogardą dla Jordana Bardelli”, a także „chce wywołać sensację, depcząc życie prywatne polityka”. Jej zdaniem gazeta stawia się w roli „rzecznika ludu” i kreuje Bardellę na celebrytę, który „kręci się w towarzystwie dziedziczki fortuny wynoszącej kilkaset milionów euro”, podczas gdy we Francji trwał m.in. protest rolników i pozostawały nierozwiązane ważne problemy społeczne. To zapewne element strategii komunikacyjnej lewicy, która chce poszarpać wizerunek polityka RN i powoli przygotowuje się do kampanii wyborczej.

Sama Le Pen ma jednak nadzieję wyjść zwycięsko z sali sądowej. Poprzedni wyrok z 31 marca 2025 roku skazał ją na cztery lata więzienia, z czego dwa lata w areszcie domowym z elektronicznym dozorem, na grzywnę w wysokości 100 tys. euro oraz, co najważniejsze, pięcioletni zakaz pełnienia funkcji publicznych ze skutkiem natychmiastowym.

Sędziowie uznali ją winną stworzenia w latach 2004–2016 „systemu” defraudacji funduszy wypłacanych przez Parlament Europejski na wynagrodzenia dla asystentów eurodeputowanych. Prokuratorzy argumentowali, że asystenci w rzeczywistości pracowali wyłącznie dla Frontu Narodowego i jego liderów. „Straty” wyceniono na 3,2 mln euro i argumentowano, że środki wypłacane na asystentów są przeznaczone dla posła, a nie dla partii.

W tamtych czasach, FN nie posiadał posłów w parlamencie krajowym, ale miał ich sporo w PE, gdzie obowiązuje ordynacja proporcjonalna. Partia pokrywała z takich pieniędzy część swoich wydatków. Obok Marine Le Pen, rozprawa apelacyjna objęła także dawnych eurodeputowanych FN Louisa Aliota, Juliena Odoula, Nicolasa Baya i Bruno Gollnischa. Była to jednak praktyka, z której korzystały też inne partie.

Rodzi się mało dzieci!

W 2025 r. liczba zgonów we Francji przewyższyła liczbę urodzeń, co jest pierwszym takim wynikiem od zakończenia II wojny światowej. Według raportu demograficznego opublikowanego przez INSEE (Krajowy Instytut Statystyki), we Francji urodziło się w ubiegłym roku 645 tys. dzieci, ale jednocześnie zmarło 651 tys. osób. Media stwierdzają wprost, że te dane demograficzne są alarmujące i dzieje się to po raz pierwszy od 1945 roku.

Liczba urodzin jest o 24 proc. mniej niż w 2010 r. Raport INSEE przypisuje wysoki wskaźnik śmiertelności epidemii grypy zimowej oraz lokalnym okresom intensywnych upałów w lecie, ale negatywny wynik przyrostu demograficznego to jednak niski wskaźnik narodzin. Całkowity współczynnik dzietności jest na poziomie roku… 1918 i stale spada. W 2025 roku wynosił on 1,56 dziecka na kobietę w wieku rozrodczym, w porównaniu z 1,61 w 2024 roku. W 1918 roku, zaraz po wojnie, gdy brakowało mężczyzn, także osiągnął 1,56. Do niedawna taki współczynnik we Francji przekraczał 2 dzieci, co oznaczało zastępowalność pokoleń.

Dane INSEE wskazują natomiast, że średnia długość życia od chwili urodzenia we Francji wzrasta. Średnia długość życia wynosi obecnie 85,9 lat dla kobiet i 80,3 lat dla mężczyzn i jest to historycznie wysoki poziom. Oznacza jednak starzenie się społeczeństwa i problemy dla tubylczego ZUS… Może stąd pomysł przyspieszenia prac na eutanazją?

Większość mówi „nie” ustawie o eutanazji

Do Senatu wróciła debata nad eutanazyjną ustawą o eufemistycznej nazwie „prawo do godnej śmierci”. Większość Francuzów sprzeciwia się obecnej formie ustawy, chociaż trudno w tym kraju mówić o potępieniu eutanazji z powodów religijnych czy moralnych.

Bardziej chodzi tu o sprawy „techniczne” – ochronę osób najsłabszych oraz poczucie politycznego pośpiechu w forsowaniu tego prawa. Obawy dotyczą też banalizacji eutanazji, co uderzy z czasem w osoby najsłabsze i niesamodzielne. Pokazuje to przykład krajów, które już zalegalizowały eutanazję i z czasem ta praktyka jest tam nadużywana. Udokumentowane przykłady z Belgii, Holandii i Kanady pokazują bardzo realne nadużycia, jak eutanazję bez informowania o niej krewnych, eutanazję potajemną i stopniowe rozszerzanie kryteriów dopuszczających zadawanie śmierci, w tym także nieletnim.

Przeciw ustawie w obecnym kształcie jest w sumie 51 proc. ankietowanych. Osoby w wieku 50–64 lat wyrażają sprzeciw w 50 proc., a osoby w wieku 25–34 lat sprzeciwiają się na nawet na poziomie 53 proc. Największy sprzeciw wobec tego projektu ustawy zgłaszają ludzie młodzi, zwłaszcza w wieku 18–24 lat, a także osoby religijne.

Najnowsze