Strona głównaMagazynGdy bolszewicy zobaczyli Matkę Bożą. Niezwykłe świadectwa z pola Bitwy Warszawskiej

Gdy bolszewicy zobaczyli Matkę Bożą. Niezwykłe świadectwa z pola Bitwy Warszawskiej

-

- Reklama -

O znaczeniu Bitwy Warszawskiej zwanej także Cudem nad Wisłą nie trzeba nikogo przekonywać. Zwycięstwo odniesione w dniu Matki Bożej Zielnej nad bolszewickimi hordami uratowało niepodległość Polski i odmieniło losy Europy.

Wiktoria polskiego oręża na przedpolu Warszawy nie bez przyczyny nazwana została osiemnastą przełomową batalią świata, wszak w przypadku wygranej bolszewików płomień rewolucji miał zapłonąć w kolejnych krajach Europy Zachodniej. Jaki przebieg miała wielka bitwa i dlaczego polska armia odniosła zwycięstwo?

- Reklama -

O Bitwie Warszawskiej powiedziano już wiele. Twardo stąpający po ziemi uczeni i historycy podnoszą, iż do zwycięstwa Polaków nad bolszewikami pod Warszawą przyczyniło się jedynie szereg czynników dokonanych ręką ludzką, takich jak: świetnie opracowany przez polskich sztabowców plan bitwy, dotarcie na krótko przed batalią broni i amunicji z Węgier i złamanie bolszewickich szyfrów przez polskich szyfrantów. Niewątpliwie to prawda. Nie brak jednak głosów (także wprost z pola bitwy), iż zwycięstwo Polaków nad bolszewikami możliwe było dzięki orędownictwu i pomocy Matki Bożej.

- Reklama -

Niewolnik Moskwy…

Pod koniec lipca 1920 r. wojska polskie znalazły się w krytycznej sytuacji. Bolszewicy szykowali się do zdobycia stolicy dopiero co odrodzonej Polski. Hasło „dajosz, Warszawu!” zwiastować miało jedynie kolejny etap światowej rewolucji, która miała przynieść „oswobodzenie mas robotniczych” w Europie Zachodniej. Jak instruował bolszewicki marszałek Michaił Tuchaczewski – „Po trupie Polski wiedzie droga do ogólnego wszechświatowego pożaru”. Bolszewicy byli tak pewni swego, że zapowiadane na 15 sierpnia zdobycie Warszawy świętowali w wielu miejscach już czternastego wieczorem.
Polacy w tym czasie walczyli w boju na śmierć i życie. Jeszcze 30 lipca 1920 r. ukazała się zagrzewająca do walki odezwa Wincentego Witosa. Apel premiera kończył się proroczymi słowami: „Od Was, bracia włościanie, zależy, czy Polska będzie wolnym państwem ludowym, w którym lud będzie rządził i żył szczęśliwie, czy też stanie się niewolnikiem Moskwy”.

- Reklama -

O to, by Polska pozostała niewolnikiem Moskwy, miały zadbać nowe władze, które składały się ze zdrajców – polskich komunistów. Na szczęście tak się nie stało.

Ksądz Skorupka, porucznik Pogonowski

Szczęśliwie dla naszej armii Tadeusz Rozwadowski – nowy szef Sztabu Generalnego Wojska Polskiego – opracował skuteczny manewr oskrzydlający Armię Czerwoną (ogólną koncepcję opracował Józef Piłsudski). Jednak sam plan pozostałby zapewne jedynie na papierze, gdyby nie wola walki Polaków i kolejne szczęśliwe dla naszego wojska wydarzenia oraz „cuda techniki”.

12 sierpnia 1920 r. (dosłownie w przeddzień rozpoczęcia bitwy), do Warszawy dotarł z Węgier transport 22 mln sztuk nabojów do karabinów „Mauser” i pociski artyleryjskie. Była to pomoc nie do przecenienia i jeden z wielu cudów, który wspomógł polskich żołnierzy. Następnego dnia rozpoczęła się Bitwa Warszawska…

13 sierpnia 1920 r. Armia Czerwona zbliżyła się do Warszawy. Zażarte walki rozgorzały m.in. pod Radzyminem, który przechodził z rąk do rąk. 14 sierpnia Polacy stawili zażarty opór w bitwie pod Ossowem. To wtedy padł od bolszewickiej kuli ksiądz Ignacy Skorupka, który zdołał poderwać do kontrataku polskich żołnierzy. Sytuacja była krytyczna, gdyż od centrum Warszawy Armię Czerwoną dzieliło jedynie 17 km. Bolszewicy nie byli jednak w stanie przełamać polskiej obrony.

Polskie dowództwo wydało wtedy rozkaz kontrataku na 15 sierpnia 1920 r. Jednak z niewiadomych do dzisiaj przyczyn rozkaz ten złamał porucznik Stefan Pogonowski, który kilkanaście kilometrów od Ossowa, w rejonie Kątów Węgierskich w nocy z 14 na 15 sierpnia 1920 r. rzucił się na bolszewickie masy ze swoim 1 batalionem 28 pp. Strzelców Kaniowskich, rozbił silne ugrupowanie wroga pod Mostami Wólczańskimi, następnie zaatakował główne siły bolszewików pod Wólką Radzymińską.

Porucznik Pogonowski zginął w walce, jednak zaskoczeni bolszewicy wzięli nogi za pas i uciekli w popłochu przed wielokrotnie mniej licznymi Polakami. Później rejteradę z pola bitwy tłumaczyć będą obrazem Matki Bożej, którą Polacy wymyślnym „cudem techniki” mieli wyświetlić na niebie, a który to obraz miał wywołać panikę w ich szeregach. Walki pod Ossowem i nocny bój oddziału porucznika Pogonowskiego okazały się preludium do dnia 15 sierpnia 1920 r., kiedy na bolszewików runęli zwycięzcy Polacy.

„Cuda techniki”

W krytycznym dla Polski momencie z pomocą ruszyli polscy kryptolodzy, konstruktorzy i wynalazcy, tworząc kolejne (jak na wojenne warunki) cuda techniki. Z pewnością do takowych można zaliczyć pierwszy polski samochód pancerny opracowany przez inżyniera Tadeusza Tańskiego. Polski wynalazca z własnej inicjatywy opracował projekt budowy opancerzonego samochodu na podwoziu popularnego Forda T, uzbrojonego w karabin maszynowy Maxim, który był zamontowany w obrotowej wieżyczce. Tański znacznie zmodyfikował amerykańską konstrukcję – m.in. wzmocnił tylny most i drążki kierownicze, zmienione zostało położenie zbiornika paliwa, wydłużono korbę rozruchową silnika oraz zmieniono deskę rozdzielczą. Wszystko w ekspresowym czasie. Prototyp pierwszego polskiego samochodu pancernego został zbudowany przez Tańskiego zaledwie w dwa tygodnie, a po kilku dniach prób rozpoczęto „seryjną produkcję”.

Produkcja „szła pełną parą” w Centralnych Warsztatach Samochodowych w Warszawie, z których każdy nowy „pancerniak” wyjeżdżał bezpośrednio na front. Dodatkowo, dla zwiększenia siły uderzeniowej, obsługę wozu zaopatrywano w kilkadziesiąt granatów ręcznych. Okazało się, że polski „cud techniki” jest wyjątkowo skuteczną bronią, m.in. podczas walk z kawalerią Budionnego. Piękny opis skutecznej walki Forda FT-B (jak został nazwany pojazd) z bolszewicką kawalerią przedstawił Józef Mackiewicz w świetnej powieści o wojnie polsko-bolszewickiej „Lewa wolna” (polecam).

Pomoc Matki Bożej

„Maryjność” Polaków w 1920 r. była zjawiskiem powszechnym i wyjątkowym. Polacy zanosili modły do swojej Królowej, prosząc Ją o wstawiennictwo u swojego Syna. Modliła się cała Polska. 8 sierpnia 1920 r., w niedzielę, we wszystkich kościołach Warszawy odbyła się całodzienna adoracja Najświętszego Sakramentu, zakończona 100-tysięczną procesją z relikwiami bł. Andrzeja Boboli i bł. Władysława z Gielniowa. Ojczyzna została oficjalnie zawierzona Sercu Jezusowemu, a na Jasnej Górze ponowiony został akt oddania narodu pod opiekę Maryi Królowej.

Kościół zaapelował o podjęcie modlitwy i postu. Polacy w całym kraju modlili się o cud zwycięstwa. I zwycięstwo przyszło. O tym, że bolszewicy uciekali przed Matką Bożą, która objawiła się na niebie w towarzystwie skrzydlatych hufców, poinformował kardynał Aleksander Kakowski, któremu raportowali z pola bitwy kapelani wojskowi. Taką relację przekazał 20 sierpnia 1920 r. ks. Wiesław Wiśniewski: „Około 20 sierpnia wycofujący się w rozsypce bolszewicy mówili, że do Warszawy szło im się dobrze, jednak miasta nie zdobyli, ponieważ zobaczyli [uwidieli] nad stolicą Matkę Bożą i nie mogli z nią walczyć”.

Z relacji bolszewickich jeńców wojennych wynikało, że Matka Boża objawiła się bojcom Armii Czerwonej dwukrotnie, podczas najbardziej zażartych walk, gdy zwycięstwo mogło się przechylić na stronę Rosjan. 14 sierpnia pod Ossowem, gdy bolszewicy zobaczyli Matkę Bożą nad księdzem Skorupką oraz 15 sierpnia o świcie nad polskim oddziałem, którym dowodził porucznik Pogonowski. Co ciekawe, w obu przypadkach Polacy nie wiedzieli, że otrzymali ratunek z nieba, gdyż Matkę Bożą mogli widzieć tylko bolszewicy, tak jakby „Królowa Polski” wymagała, by Polacy w Jej pomoc uwierzyli.

Pewnego rodzaju potwierdzeniem, iż moment ukazania się Matki Bożej był kluczowy, było stwierdzenie generała Lucjana Żeligowskiego, który stanowczo stwierdzał, iż gdyby nie doszło do straceńczego ataku batalionu Strzelców Kaniowskich, Polacy najprawdopodobniej przegraliby bitwę i wojnę, gdyż bolszewicy niepostrzeżenie przedzierali się już przez lukę w polskich liniach.

„Sztuczka Polaków”

Niezwykłym świadectwem objawienia Matki Bożej jest też list wysłany przez rannego polskiego żołnierza do narzeczonej. Oto jego fragment:

Kochana Stasieńko! Tyle roboty z tymi bolszewikami mieliśmy. Pędziliśmy ich dzień i noc. Trochę poturbowany zostałem i dowódca rozkazał odwieźć mnie do szpitala, bo pod samą Warszawą jesteśmy. Napiszę Ci o cudzie, który się tu zdarzył. (…) Kiedy doktór mnie zawezwał, zapytałem i jego, czy słyszał o cudzie. Powiedział, że słyszał i że w szpitalu mają jednego takiego bolszewika, co to przed znakiem na niebie uciekał i w czasie ucieczki, mur przeskakując, obie nogi połamał.

Doktór powiedział, że tenże bolszewik do Rosji nie wróci już, bo wracać nie ma po co. Po śmierć chyba. Nic nie rozumiem z tej bolszewickiej polityki. Jak to zabijać można za to, że człowiek prawdę mówi? Cud ten w odpust licheński się zdarzył! Przed bitwą kościoły tu pełniutkie były ludzi. Całemi godzinami różańce mówili, Msze odprawiali. Przy kapliczkach zdrowaśki w kółko odmawiali. Po wsiach ludzie po chałupach przed obrazami Matki Boskiej Częstochowskiej klęczeli. Krzyżem leżeli. I gadają, że w całej Polsce tak było. I cud wyprosili. Józek.

W czasach PRL-u niezwykłego odkrycia dokonał Szymon Kazimierski – późniejszy redaktor Kuriera Galicyjskiego. Otóż w popularnym radzieckim magazynie „Tiechnika Mołodioży” (odpowiednik ukazującego się w Polsce „Młodego Technika”) przeczytał artykuł o sztuczkach Polaków. Radziecki dziennikarz „Tiechniki Mołodioży” nie kwestionował samego zdarzenia pojawienia się Matki Bożej nad Warszawą, próbował jedynie wytłumaczyć, jak Polacy tego dokonali przy użyciu olbrzymich przeciwlotniczych reflektorów.

Rosjanie, publikując taki artykuł w młodzieżowym magazynie, niechcący strzelili sobie w kolano. Przyznali bowiem, że objawienie Matki Bożej było faktem, próbując jednocześnie udowodnić, iż nadprzyrodzone zjawisko było oszustwem Polaków. Czy zatem bitwę na przedpolach Warszawy z 15 sierpnia 1920 r. powinniśmy nazywać Cudem nad Wisłą, czy też Bitwą Warszawską? Dzisiaj mówiąc „Bitwa Warszawska” myślimy „Cud nad Wisłą”. I na odwrót.

Tadeusz Płużański

 


Tekst ukazał się w tygodniku „Najwyższy CZAS!” nr 35-36, 24 sierpnia – 6 września 2026 r. Do nabycia w najlepszych salonach prasowych lub w e-wydaniu na stronie Biblioteki Wolności.

Najnowsze