Irański reżim wyjdzie z wojny umocniony i jeszcze bardziej brutalny, ale to lepsze, niż dalsze zabijanie – powiedział PAP Roozbeh Farahanipour, irański opozycjonista mieszkający w Los Angeles. Jak przyznał, wielu członków irańskiej diaspory jest jednak zawiedzionych postawą prezydenta Donalda Trumpa.
„POMOC JEST W DRODZE!” – zapewniał jeszcze w styczniu Irańczyków prezydent USA Donald Trump, zachęcając ich do dalszych protestów, krwawo tłumionych przez irański reżim. Pomoc jednak nigdy tak naprawdę nie nadeszła, a wojna rozpoczęta przez Trumpa – ponad miesiąc później, po stłumieniu protestów i zabiciu (według szacunków Trumpa) 40 tys. demonstrantów – nie poprawiła sytuacji Irańczyków przeciwnych rządom Islamskiej Republiki.
Jak uważa Roozbeh Farahanipour, założyciel opozycyjnej partii Marz-e Por Gohar, który zbiegł przed prześladowaniami do Los Angeles, wojna Trumpa jedynie pogorszyła sytuację.
– Jestem pewien, że ta wojna uczyniła Islamską Republikę znacznie silniejszą i bardziej brutalną oraz mocno opóźniła ruch wolnościowy. Teraz nadszedł czas regeneracji dla ruchu i wielka lekcja: powinniśmy polegać wyłącznie na własnej sile – stwierdził działacz w rozmowie z PAP. – Wojna miejmy nadzieję się skończy. To porozumienie to nie był najlepszy scenariusz, ale lepszy, niż gdyby dalej ginęli cywile – dodał.
Farahanipour, jeden z liderów irańskiej społeczności w Los Angeles – największego skupiska diaspory poza Iranem – przyznał, że on sam od początku był przeciwny wojnie, twierdząc że wzmocni i „uratuje” ona reżim. Mężczyzna w 2000 r. uciekł z Iranu z wyrokiem śmierci i otrzymał w USA azyl polityczny, od dekad działa na rzecz obalenia rządu Islamskiej Republiki. Mimo głębokiej wrogości wobec Teheranu od początku amerykańskiej operacji wojskowej konsekwentnie krytykował sam konflikt.
– Nie sądzę, by jakikolwiek amerykański czy zachodni przywódca powinien wszczynać wojnę po to, by zmieniać reżim i pomagać ludziom po drugiej stronie globu. To nie jest jego rola. Jeśli wojna toczy się o broń jądrową lub inne kwestie bezpieczeństwa narodowego – to inna sprawa. Ale od samego początku mówiłem: ta wojna nie zmieni reżimu – zaznaczył. – Wojna prawie nigdy nie przynosi demokracji – dodał.
– Nie lubię wojen, jestem aktywistą antywojennym. Jednocześnie nienawidzę reżimu i całe życie robiłem, co mogłem, by go obalić. To są dwie różne rzeczy — zaznaczył.
Działacz przyznał, że początkowa operacja USA i Izraela była „spektakularna”, lecz jej przedłużanie nie przyniosło żadnych pozytywnych skutków, poza lekcją geografii.
– Teraz wszyscy wiedzą, gdzie leży cieśnina Ormuz, gdzie jest wyspa Chark, dlaczego są takie ważne – gorzko zażartował.
Wojna przyniosła w jego ocenie trzy kategorie szkód. Po pierwsze, dała reżimowi dodatkowy pretekst do prześladowania opozycji wewnętrznej. Po drugie: ofiary cywilne.
– Kiedy bombardowane są szkoły — płaczę. Kiedy pacjenci szpitala w Izraelu zostają trafieni rakietami Islamskiej Republiki – serce mi pęka. Kiedy turyści w hotelach państw Zatoki Perskiej giną od pocisków reżimu, pytam: „dlaczego?”
Po trzecie, zamknięcie cieśniny Ormuz dławiło międzynarodową gospodarkę i amerykańskie małe firmy, w tym jego własne restauracje w Los Angeles.
– Wszyscy walczą o przetrwanie — od wypożyczalni samochodów po gastronomię, łącznie ze mną – powiedział działacz, który sam prowadzi lokale przy bulwarze Westwood w sercu irańskiej dzielnicy Tehrangeles. – Nie mówię już o rodzinie i znajomych w samym Iranie – dodał.
Opozycjonista przyznał, że irańska diaspora była mocno podzielona w sprawie wojny, lecz wielu z jego rodaków w Stanach Zjednoczonych – zwłaszcza tych popierających syna obalonego szacha Rezę Pahlawiego – popierało amerykański atak, wiążąc z nim duże nadzieje.
– Wielu ludzi przekonywało mnie, że reżim już się chwieje, że jego upadek jest już za rogiem. Wielu tutaj świętowało, kiedy Chamenei został zabity. Ale ja im mówiłem: Islamska Republika to nie jest jedna osoba, to nie jest tylko Chamenei. To cały bezlitosny system, który został zbudowany, żeby tylko przetrwać – zauważył.
Przyznał mimo to, że sam popierał w wyborach Donalda Trumpa i był zawiedziony jego postawą.
– Jako jego zwolennik, zawsze myślałem, że prezydent Trump nie popiera wojen. Okazało się inaczej – zakończył.
Zwykle kiedy studentom wyjaśniam, dlaczego czy ktoś przegrał czy wygrał wojnę oceniamy tylko z poziomu politycznego, podaję przykład wojny Yom Kippur.
Militarne błyskotliwe zwycięstwo Izraela ale polityczne – Egiptu który zrealizował swoje cele. Finalnie to Egipt wygrał… pic.twitter.com/up8FPmi5Gb— Jarosław Wolski (@wolski_jaros) June 18, 2026
