Strona głównaMagazynBRICS w windzie w górę

BRICS w windzie w górę

-

- Reklama -

Odwołanie manewrów amerykańsko-koreańskich w Azji świadczyć może tylko o jednym: Stany Zjednoczone nie chcą eskalować napięć w relacjach Waszyngton – Pekin. Zresztą w ostatnich miesiącach konfrontacyjny wcześniej ton Jankesów wobec Chińczyków w zasadzie przestał być zauważalny. Prezydent Donald Trump już nie powtarzał frazy ze swojej pierwszej kadencji, iż Chińska Republika Ludowa jest „strategicznym konkurentem” dla USA. To zresztą jedyna w zasadzie linia polityki zagranicznej Białego Domu z czasów Trumpa 1.0, całkowicie i bezdyskusyjnie przejęta przez prezydenta Józefa Bidena. Tylko że teraz republikańska administracja woli fronty nie tyle zamykać – to niemożliwe na long term – ile je zawieszać. W ramach „Wielkiej Gry” (mocarstw) na odcinku północno-amerykańsko-chińskim nastąpił swoisty appeasement, choć mniej spektakularny niż ten z Monachium z 1938 roku. No i zapewne z mniej tragicznymi konsekwencjami.

W polityce międzynarodowej często najciekawsze jest to, czego nie ma, a nie to, co jest. To casus owych manewrów w Azji, które miały być, ale je anulowano, bo Waszyngton potrzebuje wstrzemięźliwości Pekinu w sprawie Iranu (na więcej niż wstrzemięźliwość liczyć nie może, a i ona jest wątpliwa). Jednak czasem ważne jest i to, co jednak się wydarza. Na pewno takim wydarzeniem jest szczyt BRICS w Indiach (w ubiegłych latach były w Brazylii i Rosji, a odbywają się co roku). Struktura ta liczy ledwie dwie dekady, przyjmując za jej początek spotkanie ministrów spraw zagranicznych Brazylii, Indii, Chin i Rosji. Nazwa wzięła się rzecz jasna od pierwszych liter nazw tych czterech państw. Po czterech latach dołączyła Republika Południowej Afryki – stąd litera „S” na końcu skrótu (South Africa).

- Reklama -

Po następnym półtora dekady na pokład BRICS weszło kolejnych szesnaście państw. Pięć z nich dostało pełne członkostwo, a jedenaście uzyskało status członków (partnerów) stowarzyszonych.

- Reklama -

Szczególnie mocna ekspansja BRICS nastąpiła w Azji i Afryce. W ten sposób BRICS coraz bardziej staje się alternatywą dla Zachodu. Dobrze to widać przy porównaniu z BRICS-em nieformalnej struktury – wizytówki Zachodu, jaką jest od pięćdziesięciu lat grupa G7. Gdy struktura ta – grupująca USA, Kanadę (doszła rok po powstaniu G7), Japonię (sic!) oraz cztery, wówczas potężne państwa Europy Zachodniej: Wielka Brytania, Francja, Niemcy i Włochy – rodziła się, miała zagwarantowany prymat polityczny i gospodarczy na świecie połowy lat 70. Natomiast z czwórki krajów, które później były „ojcami chrzestnymi” BRICS, status mocarstwa miała wtedy tylko Rosja Sowiecka (ZSRR). Tymczasem dziś państwa owej antyzachodniej struktury mają w sumie dwie piąte światowego GDP (PKB) – a więc więcej niż marniejąca w oczach, coraz słabsza demograficznie na tle czołowych państw innych kontynentów, wreszcie od lat będąca na równi pochyłej wpływów gospodarczych i geopolitycznych – G7.

- Reklama -

Świat się zmienia, Zachód odstaje, choć oczywiście wciąż, zwłaszcza gdy chodzi o handel, ma pozycję szczególną (w tej sferze BRICS ma udział w jedynie nieco ponad 26 procentach globalnego handlu).

Na naszych oczach na świecie – poza Europą, bo ze Starego Kontynentu do tej struktury należą tylko Rosja oraz jako członek stowarzyszony Białoruś – rośnie nowa siła geopolityczna. Przy czym, uwaga, mylnie przypisuje się jej znaczenie głównie gospodarcze. Coraz bardziej organizacja pomyślana już w roku 2006 jako stricte polityczna nabiera takiego właśnie charakteru. Lepiej tu nawet pasuje przymiotnik „geopolityczna”. W jakiejś mierze sprzyjają temu dość ekspansjonistyczne działania prezydenta USA, którego nagły, zupełnie nieoczekiwany zwrot anty-Indie, w ubiegłym roku, spowodował równie zaskakujące zbliżenie na linii New Delhi – Pekin. Warto powiedzieć, że akurat Indie były jedynym „ojcem założycielem” BRICS, który miał ze Stanami Zjednoczonymi Ameryki więcej niż poprawne relacje. Ta próba polityki balance of power ze strony azjatyckiego państwa- subkontynentu zakończyła się nagłym zwrotem Waszyngtonu w kierunku… Islamabadu! Było to o tyle niespodzianką, że przecież Islamska Republika Pakistanu od lat znajdowała się i dalej znajduje pod specjalnym parasolem gospodarczym i militarnym Chińskiej Republiki Ludowej (do tego stopnia że chińskie samoloty bojowe w służbie sił powietrznych Pakistanu udzieliły srogiej lekcji francuskim samolotom w służbie Indii, w kilkudniowym konflikcie zbrojnym w 2025 roku). Ten geopolityczny „zwrot przez rufę” Białego Domu paradoksalnie (a może i nieparadoksalnie) scementował azjatycką część BRICSu (i dlatego o tym w tym miejscu piszę): po swojej sześcioletniej nieobecności w ChRL premier Indii Narendra Modi zjawił się na szczycie Szanghajskiej Organizacji Gospodarczej w Tienzinie, we wrześniu ubiegłego roku.

Skądinąd nieco przypomina to dość podobne, zapewne taktyczne i czasowe, zbliżenie między Unią Europejską a Chinami, które miało miejsce również w roku 2025 (lipcowy szczyt UE-ChRL, który odbył się po latach przerwy, choć de facto był bezkonkluzywny oraz ponowne otwarcie gmachów instytucji unijnych dla chińskich dyplomatów wiosną ubiegłego roku).

BRICS systematycznie rośnie. Z częścią jego głównych „udziałowców” (Chiny, Rosja) nawet Waszyngton Donalda Trumpa chcąc nie chcąc, musi negocjować.

Najnowsze