Jak co roku trwa dyskusja wokół genezy wybuchu Powstania Warszawskiego, czy ta decyzja była słuszna, czy to powstanie było konieczne. Jak zawsze są dwa obozy, chociaż mam wrażenie, że z roku na rok jest coraz więcej ludzi, którzy są przekonani, że jednak ta decyzja nie była do końca słuszna. Nie ukrywam, też jestem w tej grupie, natomiast żeby oddać sprawiedliwość, najpierw przytoczę argumenty osób, które uważają, że powstanie warszawskie było konieczne i że dobrze przysłużyło się sprawie polskiej na przestrzeni dziesięcioleci, zwłaszcza w okresie PRL.
Problem jest taki, że zabrakło ludzi, którzy walczyliby dalej o Ojczyznę, np. z komuną. Jedynie garstka powstanie warszawskie przeżyła, bardzo wielu żołnierzy i mieszkańców Warszawy poległo i oni już nie mogli dać o nim świadectwa. Cena krwi była straszliwa, więc abstrakcyjne korzyści, które tak naprawdę są nie do udowodnienia – bo czy możemy udowodnić, że dzięki temu, że to powstanie było, patriotyzm Polaków był silniejszy, a bez powstania byłby słabszy? Nie da się tego udowodnić. To są czysto teoretyczne rozważania, więc ja ich nie przyjmuję. Ponieważ to jest analiza o charakterze popularnonaukowym, z naciskiem na naukę, trzeba się opierać na faktach, a nie na domniemaniach. Niestety nasi, polscy historycy, ale też i zagraniczni oceniając powstanie warszawskie, często opierają się na emocjach. To jest złe.
Historyk nie ma prawa kierować się emocjami, nie ma prawa oceniać ludzi, bohaterów tamtych lat, kierując się sympatiami i antypatiami, bo to jest nieprofesjonalne. Sine ira et studio, trzeba oceniać w sposób chłodny bez gniewu i bez emocji. Jeśli tak będziemy oceniać to, co się wówczas wydarzyło, musimy ocenić powstanie warszawskie jako kolejny rozdział niedokończonej jeszcze książki. Na naszych oczach rozgrywa się kolejny rozdział polskiego insurekcjonizmu w kontekście wojny rosyjsko-ukraińskiej.
W powstaniu listopadowym młodzież, nie dowódcy ani nie elita narodu rzuciła się na Rosjan i poniosła klęskę. Oficerowie Szkoły Podchorążych, to byli ludzie bez większego znaczenia w ówczesnym wojskowo-społecznym establishmencie, ewentualnie przyszłe kadry, ale nie aktualne. Oni mieli plan, żeby rozpocząć awanturę, a potem oddać władzę starszym, mądrzejszym, którzy już poprowadzą Polskę do zwycięstwa. Natomiast tutaj było odwrotnie. Tutaj od początku właśnie elity, przywódcy, którzy powinni mieć najwięcej rozsądku i najwięcej rozumu, mogli jeszcze powstrzymywać napalonych młodziaków. Jednym z argumentów, że trzeba było zrobić to powstanie, były nastroje prostych żołnierzy AK-owców czy innych podziemnych organizacji bojowych. Nastroje, których nie dało się powstrzymać, bo ludzie tak strasznie nienawidzili Niemców, że chcieli ich bić.
Chciałbym opowiedzieć trochę o okolicznościach, jak do tego doszło, jak się zachowywały kluczowe osoby. Trzeba przedstawić kilku bohaterów i antybohaterów tej sytuacji. Przede wszystkim należy wymienić generała Okulickiego pseudonim „Niedźwiadek”. Należy wymienić oczywiście generała Bora-Komorowskiego, czyli dowódcę AK. Należy wymienić wicepremiera rządu, Delegata Rządu na Kraj Jana Stanisława Jankowskiego „Sobola” i należy wymienić ówczesnego premiera rządu Stanisława Mikołajczyka. To są osoby, które nas wplątały w całą tę kabałę. Jak to wyglądało? Najpierw opowiem, co się wydarzyło 31 lipca 1944, a potem retrospektywnie opowiem, co poprzedziło wydarzenie tego dnia, którego tak naprawdę podjęto decyzję.
Bohaterowie czy antybohaterowie
31 lipca 1944 r., Warszawa okupowana przez Niemców, siedziba Komendy Głównej AK, zakonspirowany lokal w Śródmieściu Warszawy. Zaczyna się pierwsza odprawa. Jest godzina 10.00 rano, odprawa trwa 3 godziny, kończy się o godzinie 13.00.
Co się dzieje wówczas na froncie? Wiemy, że wcześniej trwa operacja burza. Niestety te operacje czy to w Wilnie, czy w innych miastach, kończą się raczej porażkami. Sowieci te miasta zajmują i dokonują aresztowań działaczy akowskich.
Działacze AK w Warszawie są zdezorientowani, nie wiedzą, jak się zachować wobec Sowietów. Jest koncepcja (nie do końca sprecyzowana), żeby w miarę możliwości opanować miasto. Poczekamy, aż Niemcy uciekną w panice. Jak będą spanikowani uciekać, dyscyplina wojskowa i karność na pewno się rozpręży, więc nie będą przeciwnikiem, który będzie stawiał stanowczy opór. To będzie wojsko w rozsypce i my ich zaatakujemy od tyłu. Opanujemy Warszawę, zanim wkroczą Sowieci i wystąpimy przed Sowietami w roli gospodarza, wywiesimy biało-czerwoną flagę, i Sowieci będą musieli się z nami liczyć.
Oczywiście myślenie dość naiwne, bo nawet gdyby tak się stało (a wiemy, że tak się nie stało), nie sądzę, żeby Sowieci chcieli uhonorować akowców jako gospodarzy. Podejrzewam, że skończyłoby to się szeroko zakrojoną akcją aresztowań. NKWD pewnie by zakasało rękawy i całe dowództwo AK, łącznie z generałem Borem, delegatem rządu, natychmiast by zaaresztowało, wywiozło do Moskwy i tak by się skończyła demonstracja.
Ale jakiś plan mamy, więc musimy dokładnie określić termin, moment, w którym to powinniśmy robić. Dochodzi do narady. W trakcie tej narady zjawia się „Monter”, czyli pułkownik Jan Chruściel, jeden z wysokiej rangi dowódców AK. Monter mówi, że sytuacja jest bardzo dynamiczna, Rosjanie wkraczają i zaraz będą w Warszawie. Bór jest zaskoczony, że to tak szybko idzie, ale mówi: dobrze, poczekajmy. Zarządził jedynie, tak pisze pan Ciechanowski, utrzymanie pogotowia bojowego oraz odłożenie decyzji do czasu wyjaśnienia sytuacji na froncie. Termin kolejnej odprawy wyznaczono na godzinę 18.00. Do godziny 13.00. żadna decyzja nie zapadła, co było, moim zdaniem, bardzo racjonalnym posunięciem Bora.
Decydenci mieli zbyt mało informacji, sytuacja na froncie była zbyt dynamiczna, nie wiedziano, co się dzieje na wschodnim brzegu Wisły. Wiadomo było tylko, że Rosjanie są blisko, ale nie wiedziano dokładnie gdzie.
Wyznaczono termin odprawy na godzinę 18.00. W międzyczasie, około godziny 17.00, 31 lipca, dociera do Kwatery Głównej meldunek „Hellera”, czyli pułkownika Iranka-Osmeckiego, o tym, że Niemcy przerzucają na Pragę elitarną niemiecką dywizję, jedną z najlepszych dywizji wojsk SS – Dywizję Pancerno-Spadochronową „Hermann Göring”.
Była poszlaka, że coś się dzieje, ale dalej za wiele nie było wiadomo. Około 17.30, czyli przed oficjalnym rozpoczęciem odprawy, przybył Antoni Chruściel „Monter”, który poinformował, że Armia Czerwona wkroczyła na Pragę. Później okazało się to być kłamstwem, bzdurą, w lipcu 1944 roku nic takiego nie miało miejsca. W tym momencie, w obecności i za zgodą delegata rządu na kraj pana Jana Jankowskiego, generał Komorowski wydaje pułkownikowi „Monterowi” Chruścielowi rozkaz rozpoczęcia akcji zbrojnej w Warszawie. Następnego dnia o godzinie 17.00. przygotowano zaszyfrowany rozkaz gotowy do rozesłania o godzinie 20.00. Nie dotarł jednak do adresatów, ponieważ była godzina policyjna. Niemniej jednak wówczas zapada ta decyzja. Odbyło się to jeszcze przed godziną 18.00, a jak pamiętamy, o godzinie 18.00 według planów miała się rozpocząć narada.
Na godzinę 18.00 w lokalu Komendy Głównej AK stawia się pułkownik Szostak pseudonim „Filip”, szef oddziału operacyjnego, pułkownik Iranek-Osmecki pseudonim „Heller” i pułkownik Pluta-Czachowski pseudonim „Kuczaba”, szef wydziału łączności. Przybyli na naradę, okazało się jednak, że decyzja już została podjęta przez generała Bora. Pułkownik Szostak „Filip”, kiedy się o tym dowiedział, był zdumiony i pytał się generała Bora, czy do podjęcia tej decyzji nie potrzebował konsultacji ze swoimi współpracownikami. Generał Bór odparł, że obawia się, czy oddziały AK zdążą rozpocząć walkę przed wejściem wojsk radzieckich. Czyli Bór podjął tę decyzję przerażony faktem, że Rosjanie zaraz wejdą. Zaskoczony był także pułkownik Iranek, kiedy przybył. Poinformował, że w rejonie Jabłonna–Wyszków koncentruje się niemiecka 19. Dywizja Pancerna, która szykuje się do kontrnatarcia, czyli odrzucenia Rosjan z okolic Warszawy. Kiedy generał Bóg to usłyszał, popatrzył na zegarek, mówiąc: stało się, już jest za późno, aby odwołać decyzję. Później przybył jeszcze pułkownik Pluta-Czechowski i mniej więcej powtórzył to, co mówił Iranek. Potwierdził, że wcześniejsze informacje były przesadzone, a Niemcy trzymają się mocno i szykują się do kontrnatarcia. Na to generał Bór odparł, że za późno na zmianę wydanego rozkazu. Mimo perswazji najbliższych współpracowników, mimo jawnej opozycji naczelnego wodza, który wielokrotnie przestrzegał ludzi w Polsce, że nie powinni takich decyzji podejmować, klamka zapadła.
To pokazuje poziom, jak to dzisiaj młodzi ludzie mówią, odklejki tych ludzi. 27 lipca ambasador Rzeczpospolitej przy rządzie jego Królewskiej Mości w Londynie Edward Raczyński spotkał się z ministrem spraw zagranicznych Wielkiej Brytanii Sir Antonym Edenem. Poinformował go o planach AK i poprosił Brytyjczyków, aby w momencie wybuchu powstania umożliwili przerzucenie do Polski pierwszej samodzielnej brygady spadochronowej, czyli brygady generała Sosabowskiego, a także oddali do dyspozycji AK cztery polskie dywizjony lotnicze stacjonujące w Wielkiej Brytanii i zbombardowali niemieckie lotniska w pobliżu Warszawy. To był ambasador, nie wojskowy, nie wiedział, jakie są realia, czy to w ogóle było realne. Ktoś jednak tego ambasadora wysłał i ktoś powinien go ostrzec, że takie pomysły spotkają się co najmniej ze zdziwieniem Anglików.
Anthony Eden grzecznie przyjął pana ambasadora, podziękował mu, nie wyraził swojej opinii na ten temat. Wiadomo – dyplomaci. Przekazał to brytyjskim sztabowcom, którzy nie kryli konsternacji. W jaki niby sposób mieliby oni wówczas przerzucić kompletną brygadę spadochronową na teren Warszawy? Przecież z bazy brytyjskiej oni musieliby przelecieć w samolotach transportowych. Przypominam, że samoloty transportowe do transportu spadochroniarzy to nie są myśliwce, które się szybko poruszają po niebie i atakują. To są ciężkie, powolne samoloty, których celem jest dotarcie, zrzucenie ładunku i powrót. 1700 km, 1750 km linii prostej od tej bazy do Warszawy, ponad 1000 km nad wrogim terytorium albo Niemcami, albo terytoriami okupowanymi przez Niemców, przecież to by była krwawa jatka.
Krwawy zryw polskiego żołnierza, potężna ofiara, która skutkowała śmiercią 200 tysięcy mieszkańców wielkiego miasta i jego całkowitym zniszczeniem zapadła w wyniku uporu i braku wyobraźni wąskiej grupy polityków, oficerów wojskowych. Do dziś trudno to racjonalnie wytłumaczyć.
Marek Skalski
Tekst ukazał się w tygodniku „Najwyższy CZAS!” nr 33-34, 10 – 23 sierpnia 2026 r. Do nabycia w najlepszych salonach prasowych lub w e-wydaniu na stronie Biblioteki Wolności.

