Obcokrajowcy, którzy zostali w Polsce dopuszczeni wykonywania zawodu lekarza, nie musieli znać języka polskiego, ponieważ nie było realnej weryfikacji. Nie sprawdzano także ich kwalifikacji. Teraz ma się to zmienić. Czy pacjenci w Polsce wreszcie będą mieli fachową opiekę?
– Przez lata lekarze mogli pracować bez weryfikacji znajomości języka. Mało tego — bez weryfikacji tego, czy są rzeczywiście lekarzami – ujawnił cytowany przez portal „Dziennika Gazety Prawnej” rzecznik prasowy Naczelnej Izby Lekarskiej Jakub Kosikowski.
Od 1 maja 2026 r. imigranci pracujący w Polsce jako lekarze będą musieli udowodnić, że znają język polski – ale wymagany będzie certyfikat zaledwie na poziomie B1. Inaczej mogą stracić prawo wykonywania zawodu. Chodzi o grupę, która uzyskała to prawo w uproszczonej procedurze. Natomiast lekarze, którzy złożyli wniosek po 24 października 2024 r. muszą mieć certyfikat przy ubieganiu się o prawo wykonywania zawodu.
Według Naczelnej Rady Lekarskiej poziom B1 to zbyt niski stopień znajomości języka polskiego dla lekarzy leczących ludzi w Polsce. Odpowiedni – ich zdaniem – byłby co najmniej poziom B2, a docelowo nawet C1.
– B1 to tzw. poziom „turystyczny”. Nie oszukujmy się, znając język w stopniu średnio zaawansowanym można sobie pozwiedzać, porozmawiać z kimś o pogodzie, dogadać się w hotelu i tak dalej, ale nie jest to poziom rozmowy w specjalistycznym języku medycznym – wskazał Kosikowski.
Portal przypomniał też, że procedura uproszczona powstawała w nadzwyczajnych warunkach – tzn. w dobie ogłoszonej pandemii, a później napływu uchodźców wojennych z Ukrainy. „Państwo potrzebowało personelu medycznego. Szpitale potrzebowały lekarzy. System miał działać szybko i sprawnie. Tyle że szybka ścieżka miała też swoją cenę” – czytamy na łamach gazetaprawna.pl.
Dla porównania, istnieje także „normalna” ścieżka, na której lekarze spoza Unii Europejskiej mogą nostryfikować dyplom lub zdać Lekarski Egzamin Weryfikacyjny. To ogólny egzamin z medycyny. Jest on organizowany w Łodzi, prowadzony w języku polskim i corocznie zdaje go mniej niż 10 proc. kandydatów.
Tragiczne błędy
Rzecznik NIL przywołał kuriozalne sytuacje, do których dochodziło w związku z nieznajomością języka przez lekarzy z zagranicy. Niektóre z nich zakończyły się tragicznie. – Mieliśmy sytuacje, gdy na egzamin z języka, który organizowaliśmy w izbie, lekarz przychodził z zaświadczeniem, że umie mówić po polsku i przychodził… w obecności tłumacza. I to nie była jednostkowa sytuacja – ujawnił.
Według Kosikowskiego spośród ok. 7 tys. lekarzy dopuszczonych do pracy w specjalnym trybie izby odmówiły ok. 10-15 proc. ze względu na niedostateczną znajomość języka polskiego. Oznacza to zatem, że o ile większość lekarzy spełniała wymagania, o tyle system przepuszczą także osoby, które nie były w stanie porozumieć się z pacjentami, co mogło stworzyć poważne zagrożenie.
– Mieliśmy takie przypadki, które doprowadziły do spraw sądowych — one wynikały przede wszystkim z tego, że ci lekarze nie mówili zupełnie po polsku – ujawnił Kosikowski.
Chodziło m.in. o problemy z opisaniem badania, odesłanie pacjenta do domu – pomimo stanu zagrożenia życia, czy wielogodzinne przetrzymywanie na SOR, zakończone zgonem pacjenta.
Luki w systemie
Kolejną kwestią była autentyczność dokumentów potwierdzających kwalifikacje. Jak powiedział rzecznik NIL, zdarzały się sytuacje, że imigranci przedstawiali sfałszowane dokumenty. Kiedy pojawiły się wątpliwości wobec jednej z takich osób, samorząd lekarski zwrócił się do resortu zdrowia z prośbą o weryfikację. Ministerstwo odpowiedziało zaś, że… nie zajmuje się sprawdzaniem dokumentów. Nie jest jasne, kto w Polsce miałby za to odpowiadać.
Takich przypadków było więcej, jak choćby ten związany z podejrzeniami wobec jednego z obywateli Ukrainy. Inni lekarze z tego kraju mieli zgłosić, że nie jest on tak naprawdę kolegą „po fachu”. – Twierdzili, że on nie jest lekarzem. Ale nic nie możemy na razie z tym zrobić – wskazał Kosikowski.
Skutki funkcjonowania tak skonstruowanego systemu ponoszą jak zwykle pacjenci. Państwo de facto ryzykuje życiem obywateli, żeby załatać braki kadrowe.

