Ponieważ WSZYSCY (poza partią KORWiN) politycy zaczęli nagle popierać rolników, zabrałem głos w Sieci: Dziesiątki tysięcy rolników na ulicach! I dziesiątki milionów Polaków, którzy chcą mieć tańsze befsztyki i tańszy chleb. Oraz sadownicy pragnący eksportować swe jabłka do Brazylii. Oraz hodowcy bydła pragnący mieć tańszą paszę. Nikt nie dba o ICH interes! Bo nie ma ich na ulicy!
Na co mi odpowiadano, że „ludzie chcą jeść zdrową polską żywność, a nie syf zza oceanu”. Spytałem więc GROKa, czym żywione jest bydło w Argentynie. Odpowiedział tak, jak oczekiwałem – bo całe życie uczyłem się o zdrowym wypasie na rozległych pampasach:
„Dominujący system żywienia? Pastwiskowy przez większość cyklu: Bydło spędza większość życia (często 18–24 miesiące) na wypasie na rozległych naturalnych pastwiskach Pampy – bogatych, żyznych łąkach. Dieta opiera się wyłącznie na trawie i roślinach pastwiskowych, bez hormonów wzrostu czy antybiotyków profilaktycznych. To zapewnia charakterystyczny smak, soczystość i wyższą zawartość korzystnych kwasów tłuszczowych (np. omega-3). Finiszowanie zbożowe (grain finishing): W ostatniej fazie (zazwyczaj 30–120 dni, ok. 3–4 miesiące) znaczną część zwierząt (ok. 40–45 proc. uboju) przenosi się do feedlotów (zagrodowych systemów intensywnego opasu). Tam dokarmiane są zbożami – głównie kukurydzą, czasem soją lub sorghum – co zwiększa marmurkowatość mięsa, przyspiesza przyrosty i poprawia jakość dla eksportu.
Ze względu na rozwój upraw soi (zastępującej część pastwisk) i zapotrzebowanie rynkowe, udział feedlotów wzrósł w ostatnich dekadach (z ok. 10–20 proc. dawniej do 40–50 proc. obecnie). Jednak nadal większość produkcji pozostaje oparta na pastwiskach, a czysto pastwiskowa wołowina jest promowana jako premium (np. grass-fed beef). W porównaniu z Polską (gdzie dominują kiszonki, siano i pasze treściwe, z mniejszym naciskiem na całoroczny wypas), argentyński system jest bardziej ekstensywny i naturalny, co wpływa na unikalny profil smakowy mięsa. Bydło osiąga masę ubojową później (ok. 20–24 miesiące), ale mięso jest chwalone za naturalność i jakość”.
Problem w tym, że 38 milionów konsumentów w Polsce nie zdaje sobie sprawy, że są robieni w Bambuko przez Ludzi Pracy – a nie ma Króla, który by się ujął za zwykłym Szarym Człowiekiem i zrobił z Ludźmi Pracy porządek. Teraz właśnie Ludzie Pracy na traktorach mówią nam, co mamy jeść i nikt tym bezczelnym dyktatorom nie poprzecina opon w tych traktorach (bo policja zaniedbała swych obowiązków i ich nie pozamykała dla otrzeźwienia).
PRECZ Z SOCJALIZMEM! Połóżmy kres rządom Ludzi Pracy. Szewc i Rolnik muszą konkurować z innymi Ludźmi Pracy o względy Pana Konsumenta. Ale za to Szewc, Rolnik, Nauczyciel, Lekarz czy Młynarz jadąc koleją, będą czuć, że oni są tu najważniejsi, a nie Kolejarze! I nikt nie nakaże im chodzić w polskich butach, bo polscy Szewcy zażądali ochronnych ceł na buty z Włoch, z Anglii czy z Wietnamu!
Musi rządzić Rynek – bo „Rynek” to my wszyscy: 38 milionów Konsumentów. To jest swoista d***kracja, gdzie 38 milionów Zjadaczy Chleba zwalcza dyktaturę 6 milionów Rolników. Nas, Konsumentów, jest ZNACZNIE WIĘCEJ – i to MY mamy rację, a nie ci rozzuchwaleni Ludzie Pracy.
Na co odpowiedział p. Stanislaw Kopciewicz:
„Ma Pan rację, ale generalnie wasze środowisko atakuje umowę z Mercosur. Rolnicy mają warunki, jakich nie mają inne zawody. Inni mają obowiązek np. ubezpieczenia się od OC z racji wykonywanego zawodu, nikt im nie funduje maszyn lub stanowisk pracy. Rolnicy lekceważą konsumentów”.
Najbardziej zdumiewa stanowisko Lewicy, która popiera zamożnych kapitalistów (jakimi są rolnicy – proszę popatrzeć na ich traktory!) przeciwko biednym np. emerytom, którzy dzięki Mercosur mogliby miesięcznie zjeść nie 4, a 5 befsztyków – zdrowych, na naturalnej paszy z Argentyny.
To zresztą jest normalne. 3/4 Wall Street popiera Lewicę. To Szarzy Ludzie i drobni przedsiębiorcy popierają Prawicę. Jeżeli rozumieją, o co w tej grze chodzi.
Tu do dyskusji włączył się kol. Krystian Kamiński, b. poseł z Ruchu Narodowego z Zielonej Góry; człowiek na ogół rozsądny:
„Wojna konsumentów z ludźmi pracy” to wygodna bajka, która całkowicie zasłania realny konflikt nie między grupami społecznymi, lecz między państwami silnymi a słabymi, zdolnymi narzucać reguły i tymi, które muszą je przyjmować. Bez własnej produkcji, rolnictwa i przemysłu nie ma”.
Na co odparłem:
„Panie Krystianie: Wielka Brytania zniosła chyba w 1863 wszelkie cła na żywność i ani rolnictwo brytyjskie nie zdechło, ani Imperium Brytyjskie nie upadło. A w Europie cła były minimalne. Dopiero w 1924 partia Ludzi Pracy doszła do władzy i zrujnowała wszystko”.
Na co p. Kamiński:
„Panie Januszu: »realny konflikt nie między grupami społecznymi, lecz między państwami silnymi a słabymi, zdolnymi narzucać reguły i tymi, które muszą je przyjmować« i Pan w tym momencie porównuje Imperium Brytyjskie z 1863 do Polski 2025. Przecież dobrze Pan wie, że to porównanie jest intelektualnie nieuczciwe”.
Niestety: nie wyjaśnił, dlaczego to porównanie jest nieuczciwe. Przecież dałem przykład „silnego państwa, zdolnego narzucać reguły gry”, które dobrowolnie, opierając się na naukach śp. Adama Smitha, otworzyło swój rynek przed całym światem – i dobrze na tym wyszło. Gdyż jeśli Brytyjczyk mógł kupić befsztyk taniej, to miał pieniądze na zakup np. talerzy, co rozwinęło brytyjskie zakłady robiące porcelanę.
Bo było to silne państwo, które potrafiło wziąć za mordę swoich farmerów, którzy na pewno woleliby nie widzieć na rynku konkurencyjnych produktów. Natomiast dzisiejsze państwa są słabe i sprzedają interes 38 milionów „obywateli” agresywnym bandytom żądającym ochrony celnej.
I tak w każdej sprawie. Ludzie Pracy są uzbrojeni klucze francuskie i traktory, a Ludzie Konsumpcji nie. Powtarzam: potrzebujemy Króla. Silnego Króla. Bez tego rozdziobią nas kruki i wrony.