Czy algorytmy nawigacji mogą skutecznie ograniczyć korki bez ingerencji w miejską infrastrukturę? Z opublikowanych w „Nature Cities” badań Google Research wynika, że rozproszenie ruchu na poziomie zaledwie 2 proc. przejazdów pozwala zauważalnie rozładować zatory na najbardziej obciążonych odcinkach.
Przez pół roku w 10 amerykańskich miastach trwał cichy eksperyment badaczy z Google Research, którego wyniki trafiły na łamy „Nature Cities”. Pod lupę wzięto po sto najbardziej newralgicznych, wiecznie zakorkowanych „wąskich gardeł” w każdej aglomeracji.
Gdy główna arteria była blisko całkowitego paraliżu, algorytm zaczynał przekierowywać część aut na inne, zazwyczaj dłuższe odcinki trasy.
W tekście podano m.in. przykład z San Francisco. Samochody z zatłoczonej US 101 przekierowano na równoległą autostradę I-280. Kierowcy, którzy dostali alternatywę, praktycznie nie odczuli straty czasowej. Ci, którzy zostali na głównej drodze, zyskali „kilkadziesiąt sekund”. Co najważniejsze jednak, nie doszło do całkowitego paraliżu US 101.
Liczby z testów pokazują, jak cienka bywa granica między płynną jazdą a kompletnym paraliżem. Na newralgicznych odcinkach średnia prędkość wzrosła o 2 proc., ale w wiecznie zakorkowanym Los Angeles skok sięgnął aż 4,6 proc., a w Atlancie – 3,3 proc.
W skali całej miejskiej sieci podróże skróciły się średnio o 0,7 proc. Badacze zapewniają, że nie przekierowywali aut w ciche, osiedlowe uliczki, lecz jedynie na drogi o podobnej klasie przepustowości.


