Komisarz wyborczy w Krakowie skierował do prokuratury zawiadomienie w sprawie list poparcia zebranych przez komitet Bartosza Bocheńczaka, niedoszłego kandydata Konfederacji na prezydenta miasta. Jak ustalił Kanał Krakowski, wśród podpisów figurujących na listach znalazły się dane osób, które w chwili ich zbierania już nie żyły.
Cała sprawa jest pokłosiem nieudanej batalii o rejestrację kandydatury Bartosza Bocheńczaka, który ostatecznie nie zdołał zebrać wymaganych trzech tysięcy ważnych podpisów poparcia. Tym samym nie wystartuje w wyborach na prezydenta Krakowa.
Jego komitet wyborczy złożył w sumie ponad pięć tysięcy podpisów, ale Miejska Komisja uznała zaledwie 2745 z nich. 2289 zakwestionowano i odrzucono. Wśród najczęstszych powodów dyskwalifikacji urzędnicy wskazywali niezgodność adresów zamieszkania z Centralnym Rejestrem Wyborców, błędne lub nieczytelne numery PESEL, brak praw wyborczych na terenie Krakowa oraz wielokrotne udzielanie poparcia przez te same osoby.
Okazało się także, że na listach poparcia dla Bocheńczaka zidentyfikowano 37 przypadków podpisów rzekomo złożonych przez osoby zmarłe. Ponadto w trzech przypadkach dopatrzono się wykorzystania cudzego numeru PESEL po śmierci danej osoby.
Analogiczna sytuacja miała miejsce w przypadku komitetu wyborczego Mariana Banasia, byłego prezesa Najwyższej Izby Kontroli, który przez dużą liczbę odrzuconych podpisów również nie zdołał zarejestrować swojej kandydatury. Podczas sprawdzania jego list wykryto 32 przypadki poparcia udzielonego przez osoby zmarłe oraz cztery przypadki użycia numeru PESEL nieżyjącego obywatela.
Zawiadomienia o możliwości popełnienia przestępstwa trafiły już na biurka śledczych z Prokuratury Rejonowej Kraków-Krowodrza, która zadecyduje o dalszych krokach procesowych.
Umieszczenie na liście wyborczej danych osoby zmarłej podchodzi pod art. 270 kk, który mówi o fałszowaniu dokumentów, za co grozi kara nawet do pięciu lat pozbawienia wolności. Prokuratorzy będą teraz ustalać, kto faktycznie odpowiadał za zbieranie i weryfikację podpisów w obu sztabach. Od wyników tego dochodzenia zależy, czy zarzuty usłyszą szeregowi wolontariusze bezpośrednio pozyskujący poparcie na ulicach, czy też osoby zasiadające w ścisłym kierownictwie kampanii wyborczych. A być może sprawa rozejdzie się po kościach, bo sprawcy nie uda się wykryć.
Sytuację skomentował Krzysztof Stanowski, który mierzył się z systemową zbiórką podpisów podczas wyborów prezydenckich w 2025 roku.
„Przepisy są tak idiotyczne, że kandydat nie ma zielonego pojęcia, kto mu się wpisał / kto kogo mu wpisał na listę poparcia. Otrzymujesz całe wypełnione kartki pełne podpisów, przysyłają ci to pocztą albo przynoszą wolontariusze i musisz z góry zakładać, że część jest fałszywa / dotyczy nawet osób zmarłych. (…) A sam kandydat nawet nie ma nawet narzędzi, żeby to własnoręcznie zweryfikować. Idealny mechanizm do zakłócania efektywności zbierania podpisów i kompromitowania kandydatów” – napisał na X Stanowski.


