Strona głównaMagazynKoncesjonowany najem krótkoterminowy. Marnowana turystyka

Koncesjonowany najem krótkoterminowy. Marnowana turystyka

-

- Reklama -

Wpływy z turystyki mogą przynosić Polsce setki miliardów złotych rocznie. Kolejne rządy robią jednak wszystko, aby ten potencjał zmarnować.

50 tys. złotych – taką karę będzie musiał zapłacić każdy Polak, który chce zarabiać na krótkoterminowym wynajmie mieszkania, ale nie zgłosi swojego lokalu do specjalnego rejestru. Surowa kara ma odstraszyć wszystkich, którzy chcieliby wynajmować mieszkania na doby poza kontrolą państwa. Oficjalnie chodzi o względy bezpieczeństwa (nie wiadomo na czym polegające) i o walkę z szarą strefą. W praktyce chodzi o pieniądze. Rząd dostrzegł możliwość wyciągnięcia dodatkowych pieniędzy od właścicieli mieszkań. O jakich kwotach mówimy?

- Reklama -

Na popularnym portalu internetowym kojarzącym właścicieli i wynajmujących, na początku lipca zarejestrowanych było 71,3 tysiąca mieszkań na terenie Polski. Jeśli przyjmiemy średnią cenę za dobę na poziomie 200 złotych (oferty są też w mniejszych miastach) i założymy, że każde mieszkanie jest wynajmowane przez połowę możliwych dni (czyli przez 15 dób w miesiącu), daje to 36 tysięcy złotych rocznie przychodu na mieszkanie. Mnożąc to przez ilość mieszkań, otrzymujemy kwotę 2,5 miliarda złotych. Dochód z wynajmu mieszkania teoretycznie objęty jest stawką 19 procent podatku dochodowego, zatem państwo może liczyć na niemal pół miliarda złotych rocznego wpływu. Jest więc o co powalczyć.

Pazerna dyrektywa

6 lipca rząd Donalda Tuska ogłosił, że wycofuje się z pomysłu ograniczenia prawa do krótkoterminowego najmu. Był to pomysł, który pojawił się rok temu pod naciskiem środowisk lewicowych. Argumentowały one, że tzw. krótkoterminowy najem mieszkań zagraża bezpieczeństwu innych lokatorów i ich komfortowi. Lewica proponowała, aby możliwość wynajmu mieszkania na doby była uzależniona od zgody samorządu. Skrajnie faszystowski pomysł zapewne by przeszedł, gdyby nie to, że resort Andrzeja Domańskiego zwietrzył pieniądze w planowanych zmianach. Zamiast wprowadzać absurdalny zakaz najmowania własnego mieszkania, rząd postanowił koncesjonować ten proceder.

Koncesjonowanie najmu krótkoterminowego oznaczałoby gigantyczne perturbacje biurokratyczne, załatwianie zezwoleń, wypełnianie kwitów i wystawanie w kolejkach. Byłby to też cios w branżę turystyczną w Polsce. Taki scenariusz oznaczałby, że do Polski na krótkie wycieczki nie przyjedzie tysiące osób zainteresowanych odwiedzeniem którejś z naszych polskich perełek. A nie przyjedzie, bo hotel będzie albo za daleko albo będzie zajęty. Ostatecznie przyjęte przepisy spowodują tylko sięgnięcie do kieszeni. Kto ma wolne mieszkanie i będzie chciał je wynająć, zyskiem będzie musiał podzielić się z państwem. Jest to więc mniejsze zło. Ale nadal zło.

Nietrudno przewidzieć, że nowe przepisy ograniczą polski potencjał turystyczny. Wśród właścicieli mieszkań z pewnością znajdą się tacy, którzy nie będą chcieli tracić czasu na uporczywe procedury i rejestrować swojego mieszkania w specjalnej bazie. Mogą więc spróbować długotrwałego najmu. A to ograniczy ofertę noclegową dla cudzoziemców. Tym bardziej że pazerność rządu sprawi, że niektórzy właściciele mieszkań zdecydują się je wynajmować po cenach wyższych. Czyli mniej atrakcyjnych dla turystów. I nie jest to żadne usprawiedliwienie, że za „uregulowaniem” rynku najmu krótkoterminowego stoi Unia, która wydała w tej sprawie specjalną dyrektywę.

Idiotyczne zakazy

Nikt nie ma wątpliwości, że Polska jest turystyczną potęgą. Mamy nie tylko miasta z oszałamiającą architekturą (Kraków, Sandomierz, Toruń), ale również piękne pojezierze, pasma górskie, skały wspinaczkowe i światowe unikaty (kopalnia soli w Wieliczce). Te zasoby zdolne są generować gigantyczne zyski z wpływów od turystów zainteresowanych oglądaniem piękna Polski. A jednak kolejne rządy robią wszystko, aby zagranicznych turystów zniechęcić, choćby wprowadzając durne zakazy. Weźmy przykład. Kto na polskiej plaży zdecyduje się napić alkoholu, ten ryzykuje mandat. A kto puszkę piwa weźmie do kajaku, by napić się podczas spływu, ten przy dużym pechu może trafić do więzienia za prowadzenie kajaku czy łodzi pod wpływem alkoholu. Jest to oczywisty idiotyzm, który z jednej strony ogranicza obroty sprzedawców i producentów, a z drugiej angażuje policjantów i strażników miejskich do ścigania tych głupot, odciągając ich od spraw ważnych (np. zapewniania bezpieczeństwa). Takie przepisy nie mają też żadnego sensu. Okres urlopu jest właśnie po to, by móc odpocząć, napić się, zrelaksować. Po co te wszystkie ograniczenia? Fan kajakarstwa może więc zniechęcić się do polskiego spływu i wybrać inny kraj.

Rozwojowi turystyki nie sprzyjają też uchwalone niedawno przepisy drogowe, przewidujące astronomiczne kary za wykroczenia. Kto przekroczy prędkość o ponad 50 km/godz, nawet poza terenem zabudowanym, może stracić prawo jazdy. Ponieważ znaczna większość ograniczeń ustawiona jest tylko po to, aby policjanci poprawiali statystyki i łatali dziury budżetowe, kierowca planujący przejazd z jednego krańca Polski na drugi musi liczyć się z tym, że straci prawo jazdy, co zamieni jego wakacje w koszmar. Tego samego musi być świadomy kierowca zagraniczny. Może więc dla świętego spokoju wybrać wczasy gdzie indziej.

Kto zresztą na wakacje będzie chciał się wybrać samochodem, będzie musiał zmierzyć się z jeszcze jednym problem. To brak infrastruktury parkingowej. W rezultacie zostawienie auta w pobliżu największych turystycznych atrakcji (np. w Krakowie) graniczy z cudem. Tak samo jest w wielu kurortach morskich i górskich. Idiotyczna polityka walki z kierowcami doprowadziła do tego, że w najpiękniejszych turystycznie polskich miejscach brak jest możliwości zaparkowania. To zaś zniechęca tysiące wczasowiczów. Państwo mogłoby ten problem rozwiązać, budując systemy podziemnych parkingów. Byłoby to uzasadnione nie tylko ekonomicznie, lecz również ekologicznie (kierowca nie musiałby jeździć wokół przez wiele minut i szukać miejsc parkingowych, emitując przez to do atmosfery znienawidzony dwutlenek węgla). No i państwo miałoby swoją dolę z opłat parkingowych…

Pomniki wstydu

Państwo zawiodło na całej linii w jeszcze jednym aspekcie: w ogóle nie interesuje się zabytkami położonymi daleko od wielkich miast. Weźmy przykład mojej rodzinnej Małopolski. Nakładów finansowych wymaga tu nie tylko Wawel, lecz także dziesiątki zabytkowych budowli i zamków, np. w Ogrodzieńcu, Teczynku, Lipowcu. Osoby wjeżdżające do Nowego Sącza witają ruiny zamku króla Jagiełły. Zachowała się jedna ściana tego zamku. Tymczasem polskie państwo dysponuje dokumentami pozwalającymi odtworzyć dawny wygląd zamków oraz wykwalifikowanymi kadrami konserwatorów, których praca mogłaby doprowadzić do restauracji budynków i przywrócenia im dawnego piękna.

Przykład z Białorusi

Co ciekawe: wzorem dla polskiego rządu w kwestii ochrony dziedzictwa narodowego może być prezydent Białorusi Aleksandr Łukaszenko. W ciągu minionych lat, na jego polecenie i z jego inicjatywy, odrestaurowano zabytki, w tym m.in. zamki Radziwiłłów w Nieświeżu i Mirze. Odrestaurowano wyjątkowo profesjonalnie. Wchodząc do zamku w Nieświeżu, można się poczuć jakby przeniesionym w czasie o kilkaset lat, na kolacji u księcia Janusza. Pięknie odrestaurowane zabytki przyciągają tysiące turystów, także z Polski. Dlaczego w naszym kraju nie da się wprowadzić tych rozwiązań?

Najnowsze