W dniu 21 maja 2026 roku, wraz z moją Żoną Magdaleną Ziętek-Wielomską uczestniczyliśmy w europejsko-chińskiej międzynarodowej konferencji „Przyszłość praw człowieka w zmieniającym się porządku świata”. Konferencja robiła wrażenie swoim rozmachem. Około setki uczestników, w tym dwóch byłych premierów (Grecji i Rumunii), wielu wykładowców, polityków, urzędników rządowych i przedstawicieli organizacji społecznych. Jednak to, co było najważniejsze, to możliwość zapoznania się z chińskim rozumieniem praw człowieka.
W Polsce panuje fundamentalizm prawo-człowieczy, polegający na ślepym i fanatycznym traktowaniu praw człowieka jako ideologii, którą są smagane „rządy niedemokratyczne”. Stąd też w przypadku Chin pisze się ciągle o dysydentach, prześladowanych grupach etnicznych, braku wolności słowa, demokracji etc. Stąd też moje pewne zdziwienie, że Chińczycy zorganizowali konferencję na taki temat nie tylko w Europie, lecz w samym Paryżu – w nieformalnej stolicy praw człowieka. Wcześniej wiedziałem, że główna linia chińskiej krytyki praw człowieka dotyczy ich nadmiernie indywidualistycznego aspektu, pominięcia obowiązków jednostki wobec wspólnoty etc. W literaturze politologicznej od czasu do czasu wspomina się o tej krytyce, ale rzadko. Szczególnie w Polsce. Ku mojemu zaskoczeniu do Paryża przyleciała chyba z połowa kadry chińskiego Instytutu Praw Człowieka Uniwersytetu Południowozachodniego Nauk Politycznych i Prawa, przedstawiając własną i oryginalną ich koncepcję.
Uczestnikom wręczano anglo- lub francuskojęzyczny wybór tekstów Xi Jinpinga „Szacunek i ochrona praw człowieka” (Pekin 2026). W antologii tej czytamy: „Chciałbym tutaj sprecyzować, że rozwój praw człowieka w Chinach nie jest i nie będzie oparty na kryteriach dyktowanych przez Zachód. Jakie by nie było stadium naszego rozwoju, prawa człowieka w Chinach muszą rozwijać się zgodnie z rzeczywistością narodową i wymogami ludu chińskiego. Chcemy osiągnąć cele i poziom, które sami sobie założyliśmy. Nie mamy potrzeby podążać za Zachodem i być przez Zachód sądzeni. Musimy z całą mocą odpowiedzieć na słowa i czyny państw zachodnich dające Chinom i to w sposób upokarzający lekcje w materii praw człowieka” (wersja francuska, s. 21). Jak zatem rozumieją prawa człowieka Chińczycy?
Są dwa zasadnicze prawa człowieka. Pierwszym jest naturalne prawo każdej wspólnoty narodowej do posiadania suwerennego państwa. Jak tłumaczył jeden z chińskich profesorów: co z tego, że masz prawo do własności i wolności słowa, jeśli mieszkasz w państwie, które kierowane jest przez zagraniczne mocarstwa, które dyktują ci prawa dotyczące tejże własności i określają kierunek polityczny państwa? Ten, kto nie definiuje własnych praw, ten nie jest człowiekiem wolnym. Innymi słowy, to podstawowe prawo człowieka w tradycji zachodniej określane jest jako zbiorowe prawo narodów do samostanowienia.
Można je nawet ująć szerzej: jest to nie tylko prawo każdego narodu do posiadania własnego państwa, lecz także do jego suwerenności, w którą nie ma prawa ingerować żadne mocarstwo zewnętrzne. Ważne, aby naród podejmował sam decyzję o ustroju i osobach nim rządzących. Mówiąc „sam”, nie mam na myśli koniecznie drogi wyborczej. Jeśli w jakimś narodzie dojdzie do rewolucji lub zamachu stanu, w wyniku którego ukonstytuuje się taki lub inny rząd, to jest on suwerennym reprezentantem danego narodu, o ile tylko tego rządu nie ustanowiło i nie wspiera siłą zewnętrzne mocarstwo czy sąsiednie państwo. To jest najważniejsze prawo człowieka: do samostanowienia i suwerenności politycznej. Podkreślając tak bardzo to prawo, Chińczycy zrzucają z siebie pył tzw. stulecia upokorzeń, czyli XIX wieku, gdy zachodnie mocarstwa robiły w tym kraju, co chciały, potem to samo czynili Japończycy, a do niedawna próbowali czynić Amerykanie – dopóki na naszych oczach nie utracili hegemonii nad światem.
Drugie prawo człowieka to uprawnienie do rozwoju. Każde państwo ma prawo do rozwoju ekonomicznego, którego celem jest wyjście z biedy i ukonstytuowanie swoich obywateli jako dominującej liczebnie klasy średniej. Chińczycy nie definiują sposobu, w jaki ma się to stać (socjalistyczny, liberalny, libertariański), gdyż swoboda wybrania tej drogi wynika z prawa pierwszego. Jak tłumaczyli chińscy uczestnicy imprezy, co ci po wolnościach liberalnych, gdy nie masz co włożyć do garnka? Chińczycy uważają, że jakieś 400 milionów ich rodaków skorzystało już w pełni z tego prawa, stając się klasą średnią, a pozostały miliard wyszedł już wprawdzie z nędzy, ale jeszcze nie stał się klasą średnią.
Dlatego też Pekin samodefiniuje się nadal jako „państwo rozwijające się”, choć jego gospodarka jest pierwszą (wskaźnik PPP) lub drugą (wskaźnik PKB) na świecie. Tutaj także widać chińskie rozliczenia z wielowiekową biedą tego państwa, z której Chiny wyszły dopiero całkiem niedawno. Z prawa do rozwoju wynikają jeszcze prawa poszczególne: do przemieszania się za pracą, z czego wynika rozwój środków komunikacji; prawo do zdrowia, aby zwiększyć długość i komfort życia; prawo do edukacji etc. Chińscy uczestnicy konferencji o tym nie mówili, ale z antologii Xi Jinpinga wynika, że własność także jest prawem człowieka, gdyż zapewnia rozwój ekonomiczny. Nie jest prawem człowieka samym z siebie – jak u Johna Locke’a – lecz dlatego że za jego pomocą realizowane jest ludzkie prawo do rozwoju.
Wszyscy, którzy mnie znają i czytają, wiedzą, że zawsze byłem sceptykiem co do praw człowieka, widząc w nich ideologię burzycielskich rewolucji – od rewolucji francuskiej po rewolucję LGBT. Ale ta chińska koncepcja jest mi całkiem bliska. W istocie sprowadza się ona do nauki o ludzkim prawie do posiadania własnego suwerennego państwa, w które nie ma prawa wtrącać się ani ambasador Repnin, ani ambasador Rose, ani Ursula von der Leyen. Państwo to ma zarazem stworzyć system ekonomiczny, dający ogółowi obywateli rozwój i poprawę dobrobytu. Można zatem spytać: czego właściwie można więcej chcieć? Prawdziwe konserwatywne państwo.
