Podczas gdy szpitale w całej Polsce odwołują i przekładają planowane operacje oraz zabiegi z powodu chronicznego braku pieniędzy w NFZ, Ministerstwo Zdrowia ogłasza kolejną rundę podwyżek dla lekarzy rezydentów. Najwyraźniej lekarzom brakuje pieniędzy na najnowsze samochody i egzotyczne wakacje.
Od 1 lipca 2026 r. lekarze i lekarze dentyści w trybie rezydentury w dziedzinach priorytetowych (m.in. anestezjologia, chirurgia dziecięca, chirurgia onkologiczna) dostaną 11 654,76 zł brutto w pierwszych dwóch latach i 12 714,29 zł później. W „zwykłych” specjalizacjach – odpowiednio 10 595,24 zł i 10 913,10 zł.
Resort zapewnia, że „nie generuje to dodatkowych kosztów” – środki już zabezpieczone w budżecie. Jak miło. Tymczasem pacjenci słyszą: „przepraszamy, limit wyczerpany”. Szpitale w Lublinie, Gdańsku, na Pomorzu czy Mazowszu od miesięcy przesuwają terminy planowych zabiegów nawet na 2027 rok.
Nadwykonania nie są płatne, NFZ tonie w długach, a dyrekcje „łatają” budżety, odmawiając przyjęć. Chorzy na raka, ortopedyczni czy kardiologiczni czekają miesiącami – bo „nie ma kasy”. Ale dla medyków zawsze się znajdzie.
A ile oni naprawdę zarabiają? Minimalne stawki to jedno – lekarz specjalista od lipca dostanie co najmniej 12 910 zł brutto na etacie. Rzeczywistość jest jednak kosmiczna. Media ujawniły rekordy: ortopeda w Ciechanowie zgarnął 316 tys. zł w jeden miesiąc, kardiochirurg na Śląsku 172 tys., inni w Warszawie i Rybniku po 100–150 tys. miesięcznie. Ponad 430 lekarzy inkasuje 100–300 tys. zł miesięcznie z kontraktów B2B, a rekordowe umowy sięgają 2,4 mln zł za pół roku pracy. To nie wyjątki – to system, w którym publiczna służba zdrowia finansowana z naszych składek tworzy lekarzy-milionerów.
W relacji do średniej krajowej (ok. 8900 zł brutto w 2025 r.) medycy zarabiają średnio 2,9 razy więcej – jeden z najwyższych wskaźników w Europie. Specjaliści na kontraktach i dyżurach spokojnie przekraczają 20–25 tys. zł, a najlepsi żyją jak górna klasa średnia Zachodu, tylko bez zachodnich podatków i kosztów życia.
Czy to normalne, że w kraju, gdzie kolejki do specjalistów liczy się w miesiącach a nawet latach, a szpitale bankrutują, resort zdrowia priorytetowo dokarmia i tak hojnie opłacaną kastę? Pieniądze na podwyżki dla rezydentów są, na zabiegi dla pacjentów nie ma. Państwowe płace lekarzy zaburzają cały rynek – prywatna służba zdrowia musi dawać konkurencyjne stawki żeby ściągnąć do siebie medyków.
To nie jest ochrona zdrowia. To ochrona interesów lekarskiego lobby kosztem chorych polskich podatników. Czas skończyć z tym skandalem i całkowicie urynkowić polska służbę zdrowia. Prawdziwa konkurencja uzdrowi system i odciąży nasze kieszenie.
