Łukasz Warzecha opowiedział o jego zatrzymaniu na granicy z Ukrainą i przetrzymywaniu przez ukraińskich funkcjonariuszy. – Nawet nikt nie przyszedł i nie zaproponował mi – bo ja wiem – kubka kawy. […] Po interwencji dopiero jeden ze strażników granicznych się pojawił i zapytał, czy ja bym się nie napił. To było tak mniej więcej po 5,5 godz. siedzenia w tym pokoiku – relacjonował publicysta.
Łukasz Warzecha wraz z grupą dziennikarzy zmierzał na Ukrainę na wyjazd studyjny. Wydarzenie organizowane było przez rządowe organizacji z Polski i Ukrainy.
Mimo tego, że sprawa była organizowana na poziomie rządowym, publicysta został zatrzymany i godzinami trzymany w izolacji na granicy przez ukraińskie służby. W tym samym czasie masy Ukraińców mają wolny wjazd do Polski jak do siebie.
Więcej o skandalu na granicy przeczytacie w artykule poniżej.
Łukasz Warzecha z zakazem wjazdu na Ukrainę. Mentzen: „To skandal!”
Dzisiaj Warzecha na swoim wideoblogu przekazał szczegóły dotyczące incydentu na granicy z Ukrainą.
– Przejechaliśmy na stronę ukraińską. I tam biorąc nasze paszporty podeszliśmy do okienka, gdzie odbywała się kontrola paszportowa. Każdy pokazywał tam swój paszport, pokazywał swoją facjatę pani strażniczce i dostawał paszport z powrotem. Z wyjątkiem mnie – powiedział Łukasz Warzecha.
– Ja paszportu nie dostałem. Pani wzięła mój paszport i wyszła z tej kabiny, która jest przy pasach drogowych do głównej strażnicy. I tutaj zaczęło się czekanie – kontynuował.
– Żarty, rozmowy, stoimy przy tym busie, czekamy. W pewnym momencie pojawił się jakiś pan, taki dosyć młody ukraiński strażnik graniczny i zaprosił mnie do tego głównego budynku, gdzie zaczęła się rozmowa, jakieś takie przepytywanie. Chociaż to przepytywanie było dosyć absurdalne, no bo pan pyta mnie, czy ja pierwszy raz jadę na Ukrainę? No domyślam się, że oni mają to w swoich rejestrach, więc po co on mnie o to pyta? No ale zgodnie z prawdą odpowiedziałem, że „tak, pierwszy raz”. Potem pada pytanie, po co ja jadę? Domyślałem się, że również ta informacja musiała się gdzieś tam znaleźć czy przewinąć, skoro jest to – podkreślam – oficjalna wizyta dziennikarzy organizowana przez dwie rządowe organizacje. Po polskiej stronie Centrum Miroszewskiego, po stronie ukraińskiej Instytut Ukraiński – wyjaśnił publicysta i dodał, że „oczywiście wyjaśniłem panu, że to jest wizyta studyjna dziennikarzy, że będziemy się spotykać w Kijowie z politykami”.
– Na tym ta rozmowa się skończyła. Pan, zachowując mój paszport, powiedział, że mogę wrócić do busa. Wróciłem, czekamy dalej. Minęło może jakieś 40 minut, było już na pewno przed godziną 14, kiedy przyszedł kolejny, inny jeszcze strażnik graniczny ukraiński. Kazał mi wziąć moje rzeczy i przeprowadził mnie do wspomnianego budynku głównego straży granicznej ukraińskiej, gdzie usadził mnie w takiej salce ze stołami i krzesłami i powiedział, że mam tam czekać – powiedział.
– I tu zaczęło się czekanie, było to około godziny 14. Ale jednocześnie wiedziałem, że organizatorzy wizyty podejmują – coraz bardziej potem intensywne – wysiłki na rzecz spowodowania, żebym mógł na Ukrainę wjechać. No bo jasne już było oczywiście w tym momencie, że nie chodzi tu raczej o jakąś pokazówkę, jakieś przetrzymanie tylko że rzeczywiście jest problem z moim wjazdem na Ukrainę – mówił Łukasz Warzecha.
– Ja byłem cały czas w kontakcie, m.in. z p. Łukaszem Adamskim, wicedyrektorem Centrum Miroszewskiego, który mówił mi, co tam się dzieje, jakie są poruszane te najważniejsze czynniki. I tak czekałem i czekałem. Po mniej więcej w sumie 2,5 godz. od naszego przyjazdu na przejście graniczne dostałem informację, że niestety bus dłużej już czekać nie może, ponieważ kierowca ma również swoje ograniczenia. Oczywiście to rozumiałem, liczyłem się z tym. Zatem ekipa pojechała w tym momencie już dalej do Kijowa, ale ja już też wiedziałem, że jeżeli mój wjazd zyska akceptację jakichś tam koniecznych ukraińskich czynników, to przecież Centrum Miroszewskiego też nie zostawi mnie samego na tej granicy, tylko że zorganizuje mi transport – kontynuował.
Zaznaczył też, że dostał propozycję pomocy od konsula w organizacji noclegu we Lwowie.
– To wszystko sprawiało takie wrażenie, że naprawdę jest chęć ze strony bardzo wielu ludzi, żebym ja na Ukrainę mógł wjechać – zaznaczył.
– Siedziałem w tej salce, czas mijał, robiło się ciemno. Nikt oczywiście do mnie nie przyszedł, w ogóle stracono jakiekolwiek zainteresowanie mną. Ja miałem świadomość, że tam coś się odbywa gdzieś w tych kręgach politycznych, że poruszane są jakieś ważne struny, polska ambasada w Kijowie, MSZ polski, ukraiński. Natomiast na poziomie tej strażnicy granicznej nie działo się kompletnie nic, nawet nikt nie przyszedł i nie zaproponował mi – bo ja wiem – kubka kawy – podkreślił Warzecha.
– Po interwencji dopiero jeden ze strażników granicznych się pojawił i zapytał, czy ja bym się nie napił kawy czy herbaty. To było tak mniej więcej po 5,5 godz. siedzenia w tym pokoiku – mówił publicysta.


