Strona głównaGŁÓWNYWstrząsające kulisy śmierci 29-latka w świdnickim szpitalu. "Konsultacja psychiatryczna" zamiast dializy i...

Wstrząsające kulisy śmierci 29-latka w świdnickim szpitalu. „Konsultacja psychiatryczna” zamiast dializy i rażące niespójności w dokumentacji

-

- Reklama -

Śmierć 29-letniego Kacpra w świdnickim szpitalu „Latawiec” odbiła się szerokim echem. Rodzina opowiada o skandalicznych praktykach w placówce, a Prokuratura Rejonowa w Świdnicy wszczęła śledztwo w tej sprawie.

Szokującą sprawę opisał lokalny portal swidnica24.pl. Jak czytamy, po tych publikacjach wydarzeniami w świdnickim szpitalu zainteresowała się prokuratura. Z relacji rodziny wynika bowiem, że 29-latek – zamiast na dializę – został skierowany na „konsultację psychiatryczną” do oddalonego o 20 km szpitala w Wałbrzychu. Ponadto świdnicki szpital usiłował wypisać pacjenta, z którym nie było kontaktu, odwożąc go do domu w samym tylko pampersie i przykrytego folią termiczną.

- Reklama -

Kiedy Kacper miał 10 lat zdiagnozowano u niego cukrzycę typu 1. Z czasem wystąpiły u niego poważne powikłania, w tym niewydolność nerek. Od kilku lat mężczyzna trzy razy w tygodniu przechodził dializę w szpitalu w Wałbrzychu.

- Reklama -

Z relacji rodziny wynika, że dramat rozpoczął się w poniedziałek 31 sierpnia, po powrocie z dializy. – Wrócił w poniedziałek z dializy i wieczorem zaczął strasznie wymiotować. Pił wodę, nie wysikał się, tylko zwymiotował. Przez całą noc wymiotował. Rano o 8:30 dostał drgawek, padaczka go złapała. Przyciskałem go do łóżka i zadzwoniłem zaraz po pogotowie. Przyjechali, zabrali go do szpitala do Świdnicy. Był po spadku cukru. On wtedy traci kontakt, słowa plącze, zawsze tak było przy spadku cukru – opowiadał w rozmowie z lokalnym portalem ojciec zmarłego 29-latka z Milikowic Sylwester Bucki.

- Reklama -

Jeszcze tego samego dnia ojciec otrzymał informację, że 29-latek został wypisany ze szpitala i wraca ambulansem do domu. Z dokumentacji medycznej, którą mężczyzna otrzymał dopiero około trzech tygodni po śmierci syna, wynika, że już 1 września – w pierwszej godzinie po przywiezieniu na świdnicki SOR – podjęto u pacjenta resuscytację. Mimo to lekarze zdecydowali się odesłać go do domu.

– Ja wtedy byłem w pracy, zadzwoniłem do syna Damiana, żeby szybko poszedł pod dom, bo przecież nikogo nie ma – mówił pan Sylwester. Rodzina nie podjęła się przyjęcia Kacpra z uwagi na jego stan. Jego brat Damian udokumentował to na nagraniu. Widać na nim leżącego w karetce 29-latka w samym pampersie, okrytego folią termiczną. Z chorym nie było kontaktu.

– Dostałem wcześniej przykazanie od pani doktor z wewnętrznego, że jak przywiozą go karetką w takim stanie, żeby go nie przyjmować, bo w domu go nie uratuję. On brał leki na ciśnienie, na padaczkę, a przez te wymioty wszystko zwracał. Nie zgodziłem się, żeby go zostawili to powiedziałem drugiemu synowi! Jakby złamał nogę, to bym go doglądał, ale on umierał! – wskazywał pan Sylwester.

Skandaliczne traktowanie w świdnickim szpitalu

Ostatecznie 29-latek został ponownie odwieziony na świdnicki SOR. Według rodziny, która odwiedziła chorego następnego dnia, pacjent leżał na sali obserwacyjnej zupełnie nago, bez przykrycia. – Przyniosłem mu dres, majtki, skarpetki. Był na tyle świadomy, że resztkami sił sam ten dres nałożył – powiedział ojciec.

Pan Sylwester relacjonował też, że podczas rozmowy z lekarzem 2 września usłyszał, że „chłopak jest wypisany do domu”. – Zaczął nas straszyć! Powiedział, że jak go nie zabierzemy, to skieruje go do szpitala psychiatrycznego jako bezdomnego i że zgłosili na policję oraz do opieki społecznej, że my niby nie chcemy go przyjąć. Jakie bezdomne dziecko?! Przecież on miał dom, pokój, rodzinę, która się nim opiekowała od lat! – mówiła rodzina. Bliscy pacjenta nie otrzymali wówczas żadnej dokumentacji medycznej z 1 ani 2 września.

Praca zdalna kierownika SOR. Takie rzeczy tylko w polskiej służbie zdrowia

„Konsultacja psychiatryczna” zamiast dializy

Ponadto w środę 2 września 29-letni Kacper bezwzględnie powinien przejść kolejną dializę. Świdnicki szpital jednak pacjenta na nią nie skierował.

– Zadzwoniłem do lekarza do Wałbrzycha, a lekarz powiedział: „Proszę go natychmiast przywozić, zdializujemy go bez problemu”. Przekazaliśmy to w Świdnicy, ale żadnych działań nie było. Powtarzałem, że Kacper dzisiaj musi iść na dializę! Lekarka na SOR-ze powiedziała, że w Świdnicy dializ nie ma. Przecież stacja dializ jest zaraz obok szpitala! Wyszła pielęgniarka i tłumaczyła, że lekarka jest „dojezdna” i ona nie wie, że jest stacja dializ tuż obok – opisywał ojciec mężczyzny.

Świdnicki SOR natomiast skierował Kacpra na… konsultację psychiatryczną w Wałbrzychu. – Pojechaliśmy do Wałbrzycha. Czekaliśmy kilka godzin na korytarzu, a jak zadzwoniłem do szpitala w Świdnicy, gdzie jest syn, to powiedzieli, że czeka na swoją kolej. Kiedy go przywieźli o 15:30, był przypięty pasami do noszy, rozebrany. Podniósł na mnie wzrok i jęczał: „Tato, tato, boli…”. Kręcił się z bólu, próbował się podnieść. Czekaliśmy na korytarzu jeszcze ze 40 minut – mówił pan Sylwester.

– Kiedy weszli do gabinetu, mnie kazali zostać na korytarzu. Słyszałem krzyk syna, a potem ucichło. Potem się dowiedziałem, że lekarz dał Kacprowi zastrzyk na uspokojenie. Nie wiem, jaki to dokładnie był zastrzyk – dodał.

Z relacji rodziny wynika, że psychiatra nie stwierdził żadnych podstaw do hospitalizacji. Co więcej, wskazał, że pacjent jest w ciężkim stanie somatycznym i wymaga natychmiastowej opieki na SOR-ze. 29-latek trafił ponownie do świdnickiego szpitala. Ojciec przyznał, że najbardziej na świecie żałuje tego, że wrócił wówczas do domu.

Dwukrotne zatrzymanie krążenia

Kiedy następnego dnia rano mężczyzna pojawił się w świdnickim szpitalu, dowiedział się, że jego syn przebywa na OIOM-ie. W nocy bowiem dwukrotnie doszło do zatrzymania krążenia, o czym nikt nie poinformował rodziny. Stan 29-latka był krytyczny. Kacper zmarł w sobotę 5 września o godz. 16.30. Do końca nie odzyskał świadomości.

– Całą rękę miał czarną od siniaków, od szarpania. Zostawili go nago, wozili po psychiatrach i wymazali dwa dni z jego historii. Mnie tak boli serce. Ja wiedziałem, że Kacper kiedyś umrze na tę chorobę i to już długo nie potrwa, ale nie w takich męczarniach. Wozili go jak wariata jakiegoś, zamiast go na dializę wziąć. Nieprzykrytego, bez niczego. Ja cierpię tak jak i cierpiał mój syn… na moich oczach wykończyli mi syna – mówił ojciec.

– I wybaczyć sobie nie mogę, że nie jeździłem za nim krok w krok i nie patrzyłem lekarzom na ręce – zaznaczył mężczyzna.

Braki w dokumentacji

Kontrowersje wzbudza także dokumentacja medyczna, którą rodzina otrzymała dopiero 28 września. Są to m.in. „wypisy” z 1 i 2 września, kiedy szpital próbował oddać pacjenta bez kontaktu rodzinie.

„Przekazane papiery nie są jednak kartą informacyjną z leczenia szpitalnego, jaką – zgodnie z przepisami prawa medycznego i Rozporządzeniem Ministra Zdrowia w sprawie dokumentacji medycznej – placówka ma obowiązek sporządzić i wydać pacjentowi lub jego opiekunom w dniu wypisu bądź przekazania go do miejsca zamieszkania. Karta informacyjna powinna zawierać m.in. opis zastosowanego leczenia, stan zdrowia w momencie wypisu oraz precyzyjne zalecenia co do dalszego postępowania i przyjmowania leków” – podkreśla swidnica24.pl.

Rodzina otrzymała zbiorczy wydruk wygenerowany w systemie 24 września. Ponadto na pierwszej stronie dokumentacji znalazł się nagłówek o przyczynach zgonu, a w dalszej części lekarz napisał, że pacjent został wypisany do miejsca zamieszkania.

Z dokumentacji wynika, że już 1 września o godz. 09.18, czyli niedługo po tym, jak Kacper po raz pierwszy trafił na SOR w Świdnicy, podjęto u niego resuscytację krążeniowo-oddechową z intubacją dotchawiczą, co oznacza, że lekarze przywracali pacjentowi czynności życiowe. W tej samej godzinie wykonano 29-latkowi badania laboratoryjne, a ich wyniki były katastrofalne – wskazywały na skrajną kwasicę metaboliczną, niebezpieczny dla serca poziom potasu, czy schyłkową niewydolność nerek. W dokumentacji nie ma natomiast żadnej wzmianki o dializie czy choćby konsultacji nefrologicznej. Przeprowadzono za to – według dokumentów – konsultację chirurgiczną.

W wydanych rodzinie dokumentach opisano także próbę odwiezienia 29-latka do domu. Według szpitala transport miał odbyć się w godzinach nocnych, a rodzina odmówiła odebrania pacjenta. Jednak – jak widać na wykonanych przez rodzinę nagraniach – transport odbył się w godzinach popołudniowych. Rodzinie nie wydano nawet karty informacyjnej czy zaleceń.

Później, gdy 29-latek ponownie trafił na SOR, uznano objawy za zaburzenia zachowania – a nie efekt niewydolności nerek. W dokumentacji pominięto natomiast kilkugodzinną wyprawę do Wałbrzycha na „konsultację psychiatryczną”.

– Ta karta została sporządzona chyba tylko po to, żeby ukryć, jak naprawdę potraktowali mojego syna – ocenił pan Sylwester.

Szpital pod lupą prokuratury

Po publikacji artykułu na łamach lokalnego portalu sprawą zainteresowała się prokuratura. Wszczęto w tej sprawie śledztwo z urzędu. Śledczy sprawdzają czy mogło dojść do narażenia mężczyzny na bezpośrednie niebezpieczeństwo utraty życia lub zdrowia oraz do nieumyślnego spowodowania śmierci.

– Pacjent powinien otrzymać kartę informacyjną z leczenia szpitalnego w dniu wypisu ze szpitala. Wskazuje na to jednoznacznie § 21 ust. 6 rozporządzenia Ministra Zdrowia z dnia 6 kwietnia 2020 r. w sprawie rodzajów, zakresu i wzorów dokumentacji medycznej oraz sposobu jej przetwarzania. Nieobecność lekarza prowadzącego leczenie nie ma tu żadnego znaczenia. Opisaną przez Panią sprawę traktujemy poważnie i wezwaliśmy świdnicki szpital do złożenia szczegółowych wyjaśnień. W tej chwili czekamy na odpowiedź placówki – przekazała rzecznik prasowa oddziału regionalnego NFZ we Wrocławiu Anna Szewczuk-Łebska.

Tajemnica lekarska i możliwość „nieuzasadnionej krytyki”

Głos w sprawie śmierci 29-latka zabrała także dyrekcja świdnickiego szpitala.

„Oświadczamy, że w przedmiotowym przypadku w ramach naszego Szpitala prowadzone jest postępowanie wyjaśniające z ustalaniem okoliczności hospitalizacji Pacjenta, ze szczegółową analizą procesu diagnostyczno-terapeutycznego pod kątem obowiązujących standardów i aktualnej wiedzy medycznej. W sytuacji stwierdzenia nieprawidłowości zostaną podjęte stosowne działania przewidziane w przepisach prawach i/lub postanowieniach zawartych z lekarzami umów o udzielanie świadczeń zdrowotnych” – stwierdził w oświadczeniu dyrektor szpitala Grzegorz Kloc.

Nie odniósł się on jednak do decyzji podejmowanych przez lekarzy, zasłaniając się tajemnicą medyczną i innymi ograniczeniami prawnymi. „W związku z powyższym Szpital nie może w korespondencji prasowej ujawniać informacji pozwalających odtworzyć przebieg leczenia konkretnego pacjenta w zakresie objętym ustawową ochroną. Nie będzie też miał możliwości odniesienia się do publikowanych i przekazywanych mediom informacji, nawet jeżeli mogłyby one wymagać sprostowania lub uzupełnienia” – stwierdził.

„Ograniczenie to może powodować, że przedstawienie sprawy w przestrzeni publicznej przy wykorzystaniu wyłącznie informacji pochodzącej od jednej strony będzie niepełne, nieodzwierciedlające stanu faktycznego. Przekaz z jednej perspektywy może też niesłusznie kształtować negatywną opinię odbiorców o Szpitalu i narazić personel medyczny na nieuzasadnioną krytykę” – dodał.

„Chcę, żeby ludzie usłyszeli, jak został potraktowany mój syn”

W sprawie pojawia się także inny wątek. Po śmierci syna pan Sylwester zwrócił się o pomoc w wyjaśnieniu sprawy do działającego w szpitalu rzecznika praw pacjenta. Jak się jednak okazało, to obsługa ambulansu złożyła zawiadomienie o znieważeniu podczas próby odwiezienia 29-latka do domu, która miała miejsce 1 września.

– Wszystko policjantom wytłumaczyłem, pokazałem im nagranie. Przecież mnie tam nie było i szpital o tym wiedział! A po drugie, na nagraniu widać, jak wyglądało to przywiezienie mojego niekontaktującego dziecka! – podkreślał mężczyzna.

– Chcę, żeby ludzie usłyszeli, jak został potraktowany mój syn. To było takie dobre dziecko. Mówił, tato, kupimy „piecyk” i zagram ci na gitarze. Chciał iść na grzyby, atlasy zamówił przez internet. Mimo wszystko miał plany. A teraz tylko ciągle słyszę ten jego głos: tato, tato, boli… – dodał ojciec zmarłego.

Nie jest to pierwszy głośny przypadek śmierci w świdnickim szpitalu. Wiosną ubiegłego roku zmarła tam 30-letnia kobieta, ponieważ zbyt długo czekała na transport do innej placówki. Zapowiadano wówczas szczegółowe kontrole w szpitalu.

Tak (nie) działa państwowa opieka zdrowotna. Nie żyje 30-latka

Najnowsze