Czy upadek moralny kraju, który pogrążył się w permisywizmie i społecznym „postępie”, doprowadził do „wielokulturowości”, relatywizacji wartości, odwrócenia się od wartości życia (aborcje, eutanazja), zezwolił na masową imigrację, może mieć wpływ na ekonomię? W przypadku Francji te nieszczęścia wydają się iść w parze.
Francuzi są już mniej zamożni niż wynosi średnia europejska i dzieje się tak trzeci rok z rzędu. Francja, która przez długi czas była „motorem napędowym” gospodarki Europy, obecnie spada na pozycję obserwatora tego wyścigu. Jest to stopniowy spadek, a nie załamanie, ale kraj ten traci swoją pozycję w stosunku do europejskich sąsiadów i to pod względem wielu wskaźników ekonomicznych i społecznych. Wymienia się tu edukację (w rankingu PISA Francja spada od 2012 roku w czytaniu, matematyce i naukach ścisłych), konkurencyjność, rosnące zadłużenie, produktywność i dezindustrializację. Idą za tym, do niedawna nieznane w tym kraju problemy, takie jak pogarszający się poziom dostępu do opieki zdrowotnej, kryzys mieszkaniowy i rosnący deficyt publiczny.
Ekonomiści wypisują recepty, na których zapisują inwestycje w edukację i produktywność, reindustrializację, poprawę efektywności wydatków publicznych i wzmocnienie konkurencyjności. Jednak najnowsze dane malują dość alarmujący obraz dla Francji, kraju, który kilka dekad temu należał do najbogatszych gospodarek świata.
Rozjazd europejskiego tandemu
Marc de Basquiat, ekspert od finansowania dochodu powszechnego, wskazuje nie tylko na edukację, ale także na dostępność go opieki zdrowotnej („pustynie medyczne”, co dotyczy zarówno obszarów wiejskich, jak i miejskich), rosnące koszty posiadania prywatnego domu, niekontrolowany dług – na poziomie 114 proc. PKB, co przekłada się z kolei na zadłużenie w wysokości ponad 100 tys. euro na gospodarstwo domowe. Wskazuje także, że spadek Francji w rankingach obiektywnie wynika także z podwyższenia się „średniej unijnej” i znaczącego wzrostu w innych krajach (pada tu przykład… Polski), przy słabym wzroście francuskiego PKB.
Fakty są takie, że Francja spadła z czołowej 6–7 pozycji w Europie na początku XXI wieku, na miejsca 11–13 obecnie. Rośnie też różnica w stosunku do Niemiec (+18 proc. PKB per capita), co Paryż niepokoi szczególnie. Słabych się bowiem lekceważy. Ostatnio w „Le Figaro” pojawił się artykuł zatytułowany „Niemcy nie traktują Francuzów poważnie”, w którym Paryż nagle dziwi się, że kanclerz Friedrich Merz „chce faworyzować swój kraj kosztem europejskich partnerów”. Jest nawet o tym, że „stawia na pierwszym miejscu interesy narodowe, bez wspólnej wizji”. Francja do niedawna korzystała na tym partnerstwie, chociaż była trochę słabsza ekonomicznie od partnera zza Renu.
Ze względów historycznych stawiała się przez lata jednak na niemal równej pozycji, z tym że czasy „niemieckiej pokuty” za II wojnę już się skończyły i Berlin nie chce już dalej płacić historycznych długów i zajmować tylnego siedzenia. W taki to sposób ten dawny „tandem europejski” i „siła napędowa” UE powoli się rozjeżdżają. Przyczyną jest jednak przede wszystkim rosnąca dysproporcja gospodarcza.
Miała być ekonomicznym mocarstwem, ale dopuszczono do władzy lewicę
Na początku lat 70. Hudson Institute przewidywał, że Francja stanie się „wiodącą potęgą gospodarczą w Europie”. Wspomniany Marc de Basquiat wskazuje kilka głównych punktów zwrotnych braku ziszczenia się tej prognozy. Podstawowy to „katastrofalne wybory polityczne” Francuzów, co zaczęło się od dojścia lewicy do władzy w 1981 roku. Lewica wprowadziła przechodzenie na emeryturę w wieku 60 lat, podwyższyła też płacę minimalną (obecnie jest relatywnie niska, a coraz większa część populacji tkwi właśnie na jej poziomie, zaś ten, który zarabia jej dwukrotność należy już do 30 proc. mniejszości osób najlepiej zarabiających w kraju).
Od rządów lewicy nastąpił też rozkwit programów socjalnych (w połączeniu z coraz większą ilością imigrantów była to bomba z opóźnionym zapłonem), a później doszedł jeszcze 35-godzinny tydzień pracy. De Basquiat zauważa, że „ideologiczna dominacja lewicy umieściła redukcję nierówności społecznych na czele celów polityki publicznej”, a produkcja, inwestycje prywatne, efektywność, wyniki, wysiłek, rygor budżetowy, sukces, bogactwo – stały się „brzydkimi słowami”. Jego zdaniem „we Francji ten ideologiczny kataklizm pogłębia instytucjonalny impas: absolutny system prezydencki, wymyślony przez generała de Gaulle’a, skrojony na jego miarę, ale kontrproduktywny w przypadku następców, którzy nie podzielali jego wzniosłych ambicji budowy kraju”.
Ekonomista i specjalista ds. konsultingu Michel Ruimy twierdzi, że w latach 60. i 70. XX wieku Francja spełniała jeszcze wszystkie kryteria wschodzącej potęgi: „strategie, planowanie, elitarny korpus menadżerski, ogromne inwestycje (energia jądrowa, infrastruktura) i dynamicznie rosnąca, młoda populacja”. Dla niego punktem zwrotnym był rok 1974 i pierwszy kryzys naftowy, który odsłonił „dwie francuskie słabości: rynek pracy (stały spadek stopy zatrudnienia z powodu wczesnych emerytur) i wybór modelu społeczno-fiskalnego”. Od lat 80. XX wieku Francja przedkładała redystrybucję nad produkcję, a wydatki publiczne gwałtownie rosły. Trzeci element kryzysu to deindustrializacja, Francja stopniowo traciła bazę przemysłową, co skutkowało chronicznym deficytem handlowym. Wszystkie te słabości pogłębiło wejście do strefy euro, która była ich „katalizatorem”. Francuski „model nie eksplodował, ale powoli ulegał erozji”.
W przyszłość bez optymizmu
Regres ekonomiczny Francji trwa od 40 lat, a dominujące czynniki strukturalne to wysokie wydatki publiczne (już około 57 proc. PKB), związane z tym wysokie podatki, duże koszty pracy i produkcji, czy „podwójny rynek pracy” z „chronionymi pracownikami” sektorów publicznych i silnym wpływem w tych przedsiębiorstwach i całym sektorze związków zawodowych. Kolejne rządy przekładały spokój społeczny nad konkurencyjność i efektywność, ale dokąd można tak jechać?
Ekonomiści francuscy są raczej pesymistami i na pytanie, jak może wyglądać ich gospodarka w latach 2035–2036, mówią o dalszym relatywnym ubożeniu gospodarstw domowych, wzroście zadłużenia kraju, utracie światowych wpływów gospodarczych. Ruimy dodaje, że „jeśli nic się nie zmieni, trajektoria jest stosunkowo przewidywalna: powolny wzrost (około 1 proc. PKB), zadłużenie bliskie lub przekraczające 130 proc. PKB”. Dodaje, że podstawowe ryzyko to nie załamanie, lecz stagnacja, bo Francja pozostaje bogata, ale proporcjonalnie w mniejszym stopniu niż inne kraje. Do 2035 roku Francja może przypominać już gospodarkę „środka Europy”, czyli ani w kryzysie, ani w czołówce, ale będzie to kraj „marginalizowany”. „Bez reform Francja nie upadnie, lecz zaniknie, a w gospodarce globalnej zanikanie jest formą cichego upadku” – gorzko stwierdzają ekonomiści.
Republika potrzebuje bardzo silnego bodźca politycznego i w perspektywie wyborów prezydenckich w 2027 roku może to być ostatnia szansa na jego wywołanie. Swoją drogą V Republika na swoją sytuację pracowała i pracuje od lat, a „różowi politycy” sprawili, że „różowej przyszłości” raczej nad Sekwaną nie będzie.
Bogdan Dobosz
Tekst ukazał się w tygodniku „Najwyższy CZAS!” nr 35-36, 24 sierpnia – 6 września 2026 r. Do nabycia w najlepszych salonach prasowych lub w e-wydaniu na stronie Biblioteki Wolności.



