„Wirtualna Polska” nieoficjalnie ustaliła, że sprawców podpalenia fabryki dronów Grupy WB Electronics w Skarżysku-Kamiennej było co najmniej dwóch. Była to przygotowana operacja – sprawcy musieli wcześniej rozpoznać teren oraz poznać zabezpieczenia fabryki. Straty szacowane są na 15 mln zł.
W nocy z niedzieli na poniedziałek wybuchł pożar w hali magazynowo-produkcyjnej Grupy WB Electronics przy ul. Obuwniczej w Skarżysku-Kamiennej. Zniszczenia wyceniono na co najmniej 15 mln zł. Fabryka produkuje drony dla Wojska Polskiego i Sił Zbrojnych Ukrainy.
Prokuratura Krajowa wszczęła śledztwo z art. 130 Kodeksu karnego. Chodzi o udział w działalności obcego wywiadu przeciwko III RP. Podpalenie zostało też zakwalifikowane jako przestępstwo o charakterze terrorystycznym, popełnione poprzez podłożenie ładunku z materiałami łatwopalnymi.
Monitoring uchwycił jednego mężczyznę w kominiarce, który wszedł na teren zakładu i podłożył ładunek. Z nieoficjalnych ustaleń WP wynika jednak, iż śledczy zakładają istnienie co najmniej drugiego sprawcy. Sprawcy bowiem musieli mieć rozpoznany teren i wiedzieć, gdzie przejść przez ogrodzenie, którą halę wybrać i jak działa ochrona.
„To wyklucza przypadek i prowadzi do niepokojącego wniosku — ktoś te informacje wcześniej zebrał na miejscu. Rachunek za jedną noc to co najmniej 15 mln zł strat w magazynach, choć sam ogień ugaszono w dwie godziny, a zakład ma wrócić do pracy po zakończeniu formalności” – czytamy.
WP przywołuje wypowiedź jednej z osób zbliżonych do śledztwa, która przekonuje, że z całą pewnością odpowiedzialna za to jest Rosja. Natomiast niekoniecznie będzie to można udowodnić w sądzie, w razie złapania winnych.
„Ze źródeł zbliżonych do śledztwa 'Wirtualna Polska’ słyszy skargi, że 'panuje bałagan kompetencyjny’. Faktów jest tyle: nadzór i kierunki wyznacza Prokuratura Krajowa, śledztwo prowadzi jej wydział zamiejscowy w Krakowie, dowody zbierają policja i ABW, a w Komendzie Wojewódzkiej Policji w Kielcach powołano do sprawy osobną grupę. Cztery ośrodki, trzy miasta. Kto za co dokładnie odpowiada — tego żadna z instytucji nie chce powiedzieć” – czytamy.
Przytoczono też krótką wypowiedź rzecznika Prokuratury Krajowej prof. Przemysława Nowaka.
– To wewnętrzna sprawa – odparł.
WP zapytała o sprawę byłego oficera ABW ppłk Marka Świerczka. Zajmował się on działaniami rosyjskich służb. Zwrócił uwagę, że agencja musi założyć sabotaż, a następnie odpowiedzieć na pytanie o zleceniodawcę, co nie jest oczywiste.
– Ciekawi mnie, czy moi byli koledzy mają nagrania z kamer, logowania telefonu w miejscu zdarzenia i jego dane rejestracyjne, opisy świadków. Tak prowadzi się rutynowo tego rodzaju działania – powiedział były oficer ABW.
Potwierdził to wysoki rangą oficer policji.
– Dziesiątki, albo i setki godzin analiz, monitoringi i nagrania z kamer. Do tego sieci komórkowe, rozpytania, sprawdzenia w znanych bazach danych. Ale w zasadzie wszystko jest pracą operacyjną i nie możemy powiedzieć nic – podkreślił niepodany z nazwiska policjant.
Świerczek nie ma wątpliwości, że doszło do aktu sabotażu. Jednak odpowiedź na pytanie „kto” go dokonał już taka oczywista dla niego nie jest.
– Trudno założyć, że ktoś z nudów podpala magazyn. Oczywiście, teoretycznie możemy przyjąć, że to nieuczciwa konkurencja, ale to nie lata 90., tylko Polska współczesna, funkcjonująca w realiach państwa przyfrontowego – powiedział ppłk Świerczek.
Ma wątpliwości co do tego, jak sprawa się zakończy. Zwykle rosyjskie służby werbują do takich zadań – co widać po wielu już omawianych u nas sytuacjach – nie Rosjan, tylko Białorusinów, Ukraińców czy inne narodowości z regionu. O wiele łatwiej wprowadzić ich do Polski i ciężej powiązać z Kremlem. Były oficer ABW jest przekonany, że tym razem będzie podobnie.
Należy też pamiętać, że założenie z góry zleceniodawcy może być na rękę ewentualnemu innemu zleceniodawcy.


