Mój dom to moja twierdza? Z urzędniczego punktu widzenia to hasło staje się właśnie nieaktualne. Ministerstwo Sprawiedliwości planuje prawną rewolucję, która uderzy w fundamenty własności prywatnej. Twój balkon, loggia czy taras mają wkrótce stać się własnością wszystkich sąsiadów. To nie kiepski żart – to nowy projekt ustawy, który pod pretekstem „rozwiązywania sporów” oddaje naszą prywatną przestrzeń we władanie wspólnot mieszkaniowych.
W rządzie trwają zaawansowane prace nad nowelizacją ustawy o własności lokali. Cel, który przyświeca urzędnikom, jest teoretycznie pragmatyczny: uregulowanie trwających od lat sporów między właścicielami a wspólnotami o to, kto odpowiada finansowo za stan techniczny i remonty. Jednak sposób, w jaki państwo chce ten węzeł gordyjski przeciąć, przypomina najgorsze tradycje centralnego planowania.
Ministerstwo Sprawiedliwości postuluje, żeby balkony, loggie i tarasy we wszystkich budynkach wielorodzinnych „zostały zaliczone w całości do nieruchomości wspólnej”.
W praktyce oznacza to absolutną zmianę statusu prawnego. Balkony, loggie i tarasy przestałyby one stanowić „część składową nieruchomości” przypisanej do konkretnego właściciela.
Mieszkańcowi, który przecież za metraż tego balkonu słono zapłacił przy zakupie lokalu z własnych, ciężko zarobionych pieniędzy, przysługiwałaby w stosunku do niego wyłącznie „służebność”. Zamiast świętego prawa własności, państwo w swej szczodrości pozwoli łaskawie na przebywanie na dawniej naszym, a wkrótce „wspólnym” terenie.
Zakaz palenia a nawet prania
Obawy, które już teraz budzi ten projekt, są w pełni uzasadnione. Przekazanie balkonów do definicji części wspólnej to otwarcie puszki Pandory. Oznacza to oddanie ogromnej władzy nad naszym codziennym życiem w ręce administracji i sąsiadów.
Skoro balkon staje się własnością wspólną, wspólnoty mieszkaniowe zyskają potężny oręż do narzucania rygorystycznych regulaminów. Zacznie się od spraw prozaicznych.
Najczęściej mówi się o ustanawianiu „zakazów palenia papierosów czy wywieszania na nich (balkonach) prania”. Dzisiaj to zakaz wywieszenia własnej koszuli na sznurku na świeżym powietrzu, jutro może to być zakaz uprawy konkretnych roślin, trzymania roweru, a może nawet ograniczenie godzin, w których można na balkonie przebywać. Brzmi absurdalnie, ale komuś takie pomysły do głowy prędzej czy później przyjdą i będzie je próbował przeforsować.
Wolność dysponowania własnym mieniem zostaje tu brutalnie zdeptana. Kupujesz mieszkanie, płacisz podatki, ponosisz koszty kredytu, ale o tym, czy możesz za oknem własnego salonu zapalić papierosa albo wysuszyć ubrania, zdecyduje odgórnie narzucony regulamin albo głosowanie kolektywu.
To niebezpieczny precedens wywłaszczenia w białych rękawiczkach, który krok po kroku odbiera nam prawo do decydowania o sobie i o tym, co robimy na własnym terytorium. Rozwiązywanie sporów budowlanych nigdy nie powinno odbywać się kosztem wolności jednostki.
