Po pierwsze samo określenie średniowiecze jest bardzo złe, krzywdzące i fałszujące. Ono fałszuje naszą historię, ponieważ słowo „średniowiecze” to jest kalka z języka niemieckiego, podchwycona później niż przez inne języki. W języku niemieckim Mittelalter to średni czas, średni okres, coś, co się pojawiło między wspaniałymi okresami w historii naszej cywilizacji – jak antyk, starożytność, czyli wspaniały rozwój cywilizacji starożytnych: Egipt, Grecja, Rzym, Persja – a czasem renesansu, odrodzenia. Samo określenie „renesans” z języka francuskiego la Renaissance, oznacza powrót, odrodzenie i nawiązanie do antyku. Między nimi natomiast – fatalny czas kompletnego upadku, zacofania zabobonów, upadku nauk, który wówczas panował. To średniowiecze: wieki ciemne. Tak to jest przedstawiane w podręcznikach historii.
A ja mówię: nie! To nie są wieki ciemne, to są wieki jasne! Stawiam tezę, że był to jeden z najwspanialszych okresów w naszej historii pod wieloma względami, przede wszystkim pod względem rozwoju myśli, siły moralnej ludzi, którzy wówczas zamieszkiwali Europę i pod kątem również rozwoju ówczesnej filozofii scholastyki i licznych nauk, w tym wyzwolonych, jak wówczas mówiono.
Dowodem na poparcie moich słów – a dowodów znaleźlibyśmy dziesiątki, jeśli nie setki – że nie można krzywdząco traktować tych czasów – jest to, że wszystkie książki, rękopisy klasyków starożytności, jak Klaudiusz Ptolemeusz, Horacy, Wergiliusz, dzieła filozofów greckich, które przetrwały do naszych czasów, to są manuskrypty, które bardzo pracowici, cisi mnisi, głównie benedyktyńscy, przepisywali na początku średniowiecza, w VII–X wieku.
To, co mamy dzisiaj w naszych bibliotekach, na podstawie czego powstają przedruki, to jest właśnie owoc ich pracy – dziedzictwo średniowiecza. Nie zachowały się papirusy egipskie czy zwoje pergaminowe z czasów starożytnych. Na szczęście dzięki mrówczej, no właśnie – nomen omen – benedyktyńskiej pracy dzieła te mogły dotrwać do naszych czasów.
Jesteśmy ofiarą mitów!
Pierwszy mit opowiada o tym, że w okresie średniowiecza mieliśmy sztywne stany. W szkole uczyli nas, że mamy króla – osobę, która jest absolutnym tyranem; następnie mamy duchowieństwo jako najważniejszy stan w średniowieczu – nieprzystępna elita, najwyższa kasta niczym bramini w hinduizmie; potem jest rycerstwo, szlachta – stan, który ma określone kompetencje i jest nieprzenikniony, nikt nie może z niego wyjść ani nikt nie może do niego wejść.
Stan trzeci, to jest też ahistoryczne, bo to dopiero w XVIII wieku we Francji, za czasów rewolucji francuskiej rozróżniano stan trzeci, również mieszczaństwo jako oddzielną grupę społeczną i chłopstwo. Te stany wówczas zdecydowanie się przenikały, to była struktura społeczna Europy, wszystko było ustanowione na zasadzie chrześcijańskiej rodziny. Stany się przenikały, kompetencje tych stanów się przenikały. Na przykład duchowny często był również panem feudalnym, panował nad terytorium i sprawował władzę również świecką. Był miecz duchowny, ale i miecz świecki.
Rycerstwo nie było stanem nieprzeniknionym, ponieważ wówczas rozróżniano w ramach tego rycerstwa dwa takie podzbiory. Rycerstwo wywodziło się przede wszystkim ze szlachty, ale nie wyłącznie, ponieważ człowiek nie rodził się rycerzem, co bardzo podkreślali wówczas pisarze. W piśmiennictwie, które przetrwało do naszych czasów rycerzem stawał się ten, który z bronią w ręku był gotów bronić swojej małej czy też większej ojczyzny. To mógł być równie dobrze mieszczanin, mógł to być chłop. Jeśli on się wykazał, stawał się też najpierw rycerzem, a potem był uszlachcany, a nawet czasami nie był, bo to nie było automatyczne.
Natomiast bardzo często to się przenikało. Chłopi mogli dostąpić zaszczytu stania się rycerzem, czyli obrońcą ojczyzny. Mogli to być mieszczanie, mogli być to również duchowni. Bardzo często było tak, że duchowny z bronią w ręku stawał na czele i bronił swoich poddanych, bo czuł się za nich po prostu odpowiedzialny. Podobnie jeśli chodzi o przenikanie się między stanami niższymi i wyższymi, chociaż tak wówczas nie myślano, czyli między mieszczaństwem a rycerstwem. Dość często szlachta brała się za zajęcia miejskie i nie było to dla nich żadną hańbą. I jak wchodziła do tego stanu mieszczańskiego, żyła jak mieszczanie, nie tracąc prestiżu, przywileju związanego z przynależnością do stanu szlacheckiego.
Piękna, skomplikowana mozaika!
Duchowni nie byli wysoko urodzeni, którzy niejako tylko z urodzenia mogli dostąpić zaszczytu, żeby zostać biskupem. Biskupem, opatem zostawali ludzie urodzeni w gminie, niskiego urodzenia, którzy się rodzili w bardzo biednych rodzinach, ale dzięki swoim zdolnościom, dzięki swojej pobożności, dzięki swoim cnotom dostępowali tych zaszczytów. Mamy mnóstwo takich przykładów. W polskiej historii to choćby postać pierwszego Prymasa Polski Mikołaja Trąby. Pochodził z nieprawego łoża, nie był człowiekiem szlachetnego urodzenia, ze znamienitego rodu, co jest wielokrotnie podkreślane. Jego wrogowie i przeciwnicy polityczni (bo wiadomo, że takich miał, wszyscy wybitni ludzie prędzej czy później mają wrogów) zarzucali mu niskie pochodzenie, że był bastardem. Ludzie są okrutni, w tamtych czasach to wcale nie wyglądało inaczej. Takich przykładów można by znaleźć mnóstwo.
To, że papiestwo cieszyło się autorytetem, było bardzo ważne, ale autorytet papieża rodził się stopniowo. Na mapie polityczno-ekonomicznych zależności Europy XI–XII wieku rysuje się skomplikowany obraz niczym kobierzec z kwiatów o różnych kolorach. Wszystko się miesza: tu jest opactwo, tu księstwo duchowne, hrabstwo, tu jakieś królestwo. To, że Polska była podzielona, nie było wyjątkiem. Cała Europa była wówczas podzielona. Państw unitarnych, jakie my dziś znamy, praktycznie nie było. To była Europa małych ojczyzn. Potrzebny był autorytet i on się stopniowo wykuwał.
Kiedy patrzymy na historię Europy, widzimy nieustanne konflikty, wojny. Rzeczywiście tak było. Od okresu starożytnego nie było żadnych humanitarnych zasad pod tym względem. Dopiero papiestwo w wieku X–XI wypracowało pewne zasady, które należało przestrzegać i które sprawiały, że te konflikty stawały się dużo mniej krwiożercze, krwawe, bezwzględne i okrutne, jak to miało miejsce w starożytności.
Rzymianie nie mieli żadnych względów na przykład dla ludności cywilnej, prowadząc swoje podboje. Nie było rozróżnienia: tych zabijać nie można, zabijano wszystkich jak leci. Dopiero chrześcijaństwo i Europa średniowiecza wypracowała coś takiego jak Pokój Boży, który polegał na tym, że pewne grupy ludności były nietykalne, nie można było ich zabijać, mordować. Walczyć mogli tylko ci, którzy byli przygotowani do walki, którzy mieli odpowiednie wyszkolenie i ekwipunek, czyli miecz, zbroję i tak dalej. Nie można było zabijać ludności cywilnej, księży, duchownych, dzieci, kobiet, starców, ludzi nieuzbrojonych. To było zakazane.
Tekst jest fragmentem książki Marka Skalskiego pt. „Historia bez kłamstw”. Książka do nabycia w księgarni internetowej „Najwyższego Czasu!” – www.bibliotekawolnosci.pl


