2 lipca 2027 roku Rzym ogłosił ekskomunikę tradycjonalistów katolickich z FSSPX, popularnie zwanych lefebrystami, w związku z wyświęceniem przez biskupów Alfonsa de Galarretę i Bernarda Fellay’a czwórki nowych biskupów: Pascala Schreibera, Michaela Goldade’a, Michela Poinsinet de Sivry’ego i Marca Hanappiera. Jakkolwiek z punktu widzenia prawa kanonicznego akt ten sam w sobie był ważny, to miał miejsce wbrew Biskupowi Rzymu.
Długo nie wypowiadałem się w tej sprawie, aby nie podkręcać emocji, które nikomu i niczemu nie służą. Spór tradycjonalistów z Watykanem postrzegam jako konflikt tych, którzy całą Tradycję katolicką traktują bardzo serio i literalnie (tradycjonaliści) z tymi, którzy patrzą na nią nieco przez palce, wychodząc z założenia, że najprawdopodobniej zbawionym można być z Tradycją, bez Tradycji, w Kościele i poza Kościołem – i tylko jeden Bóg wie coś pewnego na ten temat. Nie jest to spór dogmatyczny, gdyż Sobór Watykański II nie zdefiniował jakiegokolwiek dogmatu, lecz spór o postrzeganie całej nauki jako bezwzględnie prawdziwej lub jednak (mniej lub bardziej) relatywnej. Stąd posoborowa skłonność do ekumenizmu, dialogu międzyreligijnego i ze „wszystkimi ludźmi dobrej woli”, co bulwersuje tradycjonalistów.
Z punktu widzenia współczesnej większości tradycjonaliści stanowią problem w „dialogowaniu” i nie chcą pogodzić się z liberalnym i relatywistycznym światem, z którym episkopaty już dawno się pogodziły. Nie jest to zatem spór dogmatyczny, lecz o podejście do prawdy i jej realizacji w świecie. Dlatego też Rzym nie ogłosił, że tradycjonaliści popadli w herezję, a jedynie w schizmę, czyli w spór prawno-instytucjonalny.
Tak, mamy do czynienia ze schizmą i nie zgadzam się z tymi głosami tradycjonalistów, którzy wyszukując prawne kruczki, próbują jej zaprzeczyć. Schizmatyk to ten, kto nie pozostaje „w łączności” z Rzymem, a zatem to do Rzymu należy określanie, kto z nim w tej łączności pozostaje, a kto nie i jest schizmatykiem. Skoro Leon XIV wskazał duchownych z FSSPX jako schizmatyków, to w kwestii tej do niego należy decyzja o takiej denominacji. O ile w stanie herezji być może droga do zbawienia byłaby dla nich zamknięta, gdyż „nie ma zbawienia poza Kościołem”, o tyle nie jest zamknięta w stanie schizmy.
Kościół prawosławny pozostaje w stosunku do rzymskiego w stanie schizmy od 1054 roku i jakoś nie wierzę, że od prawie tysiąca lat żaden prawosławny chrześcijanin nie miał szansy zostać zbawionym. Podobnie nie wierzę, że w czasie Wielkiej Schizmy Zachodniej (1378–1417) wszyscy ci, którzy uznawali „złego” papieża (przy czym do dziś nie wiadomo, który nim był), automatycznie zostali wykluczeni z Raju, o ile tylko mieli nieszczęście umrzeć w tym czasie. Tradycjonaliści zostali już uznani za schizmatyków przez Jana Pawła II (1988), aby zostać ponownie przywróconymi do jedności z Kościołem przez Benedyka XVI (2009). Teraz znowu zostali uznani za schizmę i zapewne – mam co do tego głęboką nadzieję – za ileś lat wrócą do jedności z Rzymem.
Przyczyny interesujących nas wydarzeń są proste i mają swoje źródła w polityce kościelnej. Dominująca dziś w Kościele większość miała nadzieję, że problem tradycjonalizmu katolickiego zlikwiduje biologia. Alfonso de Galarreta i Bernard Fellay nie są jeszcze wprawdzie starzy (odpowiednio mają 69 i 68 lat), lecz czas biegnie nieubłaganie. Rzym nie pozwalał im na wyświęcenie następców, licząc, że któregoś dnia problem rozwiąże się sam i po ich śmierci tradycjonaliści utracą ciągłość apostolską. Nie będą mieli biskupów, ci nie wyświęcą niższych duchownych i za kilkadziesiąt lat problem rozwiąże się sam z siebie i wierni wrócą do parafii posoborowego Kościoła.
Los taki spotkał mało znaną w Polsce grupę rozłamową Petite Eglise. Była to grupa radykalnych gallikanów, która nie uznała konkordatu Napoleona z Piusem VII (1801), gdy papież niezgodnie z prawem kanonicznym odwołał legalnych biskupów, aby wybrać nowych, uzgodnionych z państwem. Grupa nie zdecydowała się jednak wyświęcać własnych biskupów, mając kilku przedkonkordatowych. Ci jednak po kolei poumierali, nie konsekrując następnych. Nie miał kto wyświęcać księży i w 1852 roku zmarł ostatni z nich. W tej sytuacji licząca do 90 tys. osób schizma zaczęła rozchodzić się po parafiach, a grupka sama zaczęła odprawiać „nabożeństwa”. Dziś zostało ich ok. 4000, podzielonych na kilkanaście grupek, z których część odprawia nabożeństwa sama, część chodzi do parafii, a część w ogóle odeszła od religii i problem rozwiązał się samoistnie. Jak się wydaje, w Watykanie ten sam manewr próbowano powtórzyć wobec współczesnych tradycjonalistów. Ci jednak zdecydowali się na wyświęcenie własnych biskupów, powołując się na „stan wyższej konieczności”.
Tradycjonaliści są przekonani, że któryś z kolejnych papieży uzna te święcenia i kiedyś ich do pełni łączności z Kościołem przywróci. Dlatego wyświęceni biskupi mają od 36 do 53 lat. Chodzi o uniknięcie kolejnych „stanów wyższej konieczności” dopóki nie dojdzie do pojednania z Rzymem, gdyż akt taki zaogniłby jeszcze bardziej stosunki.
Jest to taktyka słuszna. Ktoś powie, że nie ma na to żadnych szans, ponieważ w przewidywalnym horyzoncie czasowym papieża-tradycjonalisty raczej nie będzie. Zapewne nie. Lecz w sumie wystarczy autentyczny papież-liberał, który dosłownie potraktuje posoborową naukę o wielonurtowości w Kościele. Skoro mówi się, że w Kościele mieszczą się kard. Ryś, ojcowie występujący w TVN, piszący do GW i kardynałowie Raymond Burke i Robert Sarah, to dlaczego nie mieliby się w nim mieścić tzw. lefebryści? Papież konsekwentnie uznający zasadę teologicznego i liturgicznego „pluralizmu” musi uznać, że zasada ta rozciąga się aż po zadeklarowanych tradycjonalistów i wyciągnie do nich rękę, legalizując obecną konsekrację biskupów. Przypominam, że pomiędzy obecnym większościowym Kościołem – nawet kardynałem Rysiem – a czterema wyświęconymi biskupami z FSSPX nie istnieją różnice natury dogmatycznej. Cały czas jest mowa jedynie o organizacyjnej schizmie…
