W grudniu 2025 roku aż 66,46 proc. wytworzonej w Polsce energii elektrycznej, czyli dokładnie jej 2/3, pochodziło wyłącznie ze spalania węgla (kamiennego i brunatnego), co można wywnioskować z rys. 1. Dodatkowo 15,06 proc. wytworzonej wówczas energii elektrycznej pochodziło ze spalania gazu ziemnego, czyli łącznie paliwa kopalne pokryły 81,52 proc. grudniowego zapotrzebowania na energię elektryczną w naszym kraju. Jedynie 18,48 proc. energii elektrycznej zostało wytworzone przez tzw. odnawialne źródła energii, przy czym największe znaczenie miały tutaj siłownie wiatrowe, których udział w miksie energetycznym wyliczonym za grudzień 2025 roku wyniósł 14,49 proc.
Dodatkowo 1,59 proc. wytworzonej w grudniu energii elektrycznej pochodziło z elektrowni wodnych, aczkolwiek w tym miejscu należy poczynić konieczną uwagę, że do wymienionej kategorii zaliczane są także elektrownie szczytowo-pompowe, które w swej istocie nie są bezpośrednim źródłem energii, lecz służą jedynie do jej magazynowania, a pierwotnie rozważana energia musiała i tak zostać wytworzona przez źródła innego typu, czyli głównie przez elektrownie węglowe. Na uwagę zasługuje także fakt, że wszystkie pozostałe typy źródeł odnawialnych (fotowoltaika, biomasa i biogaz) wytworzyły w grudniu zaledwie 2,40 proc. wyprodukowanej w Polsce energii elektrycznej.
Niestety grudzień jest najgorszym miesiącem dla fotowoltaiki, ponieważ dzień trwa wówczas zaledwie około siedmiu godzin, Słońce jest zawieszone bardzo nisko nad horyzontem, a nieco większa generacja mocy w panelach fotowoltaicznych może mieć miejsce przez zaledwie około cztery godziny w pobliżu południa słonecznego, pod warunkiem iż w owym czasie nie występuje silne zachmurzenie, a zwłaszcza opady śniegu, odcinające skutecznie dopływ światła słonecznego.
Prosty wniosek z zamieszczonych powyżej wyliczeń jest taki, że bez węgla w krajowej elektroenergetyce nie bylibyśmy zdolni przetrwać zimy na poziomie charakterystycznym dla cywilizacji technicznej, a być może niektórzy nie byliby w stanie przetrwać jej w ogóle. Mam tutaj na myśli osoby, które swego czasu wzięły od państwa dopłaty na zainstalowanie pomp ciepła i fotowoltaiki, która w zasadzie w ogóle w zimie nie pracuje, a warunkiem tego była uprzednia likwidacja posiadanego dotąd paleniska węglowego, pieca kaflowego, kominka bądź tzw. piecokuchni.
We wcale nie lepszej sytuacji byliby także mieszkańcy budynków wielorodzinnych (kamienic, bloków i apartamentowców), a tego rodzaju lokali mieszkalnych mamy w Polsce już grubo ponad 15 milionów, gdzie po wyłączeniu dopływu energii elektrycznej przestaje działać dosłownie wszystko, odcięty zostaje również dopływ wody bieżącej, a kaloryfery szybko stają się dosłownie zimne jak lód.
Niestety tego rodzaju czarny scenariusz wręcz jak z jakiegoś horroru już wkrótce może stać się dla nas jak najbardziej realną rzeczywistością, ponieważ swego czasu nasi umiłowani przywódcy lekką ręka podpisali całkowicie nierealistyczne zobowiązania, w myśl których w trosce o tzw. „klimat” do roku 2035 mamy w zasadzie całkowicie pozbyć się węgla z krajowej elektroenergetyki, co będzie skutkowało tym, że z naszego miksu energetycznego dosłownie „wyparuje” 2/3 energii, a pozostała 1/3, która będzie do dyspozycji, będzie miała w połowie niezwykle kapryśny i niestabilny charakter, ponieważ w zdecydowanej większości będzie pochodziła z siłowni wiatrowych. Ostateczny skutek będzie taki, że podczas trwania tzw. Dunkelflaute będziemy mieć do dyspozycji zaledwie 1/6 dotychczas wytwarzanej w naszym kraju w rozpatrywanym miesiącu energii elektrycznej, co musi nieuchronnie skończyć się jedną wielką katastrofą, czy wręcz narodową tragedią, a co gorsze nikt zadaje się tego niebezpieczeństwa w ogóle nie dostrzegać, a pojawiające się tu i ówdzie głosy rozsądku, są wciąż bardzo nieliczne. (Czego się, do cholery, boicie? Nieco więcej odwagi! Jak ogłoszą dwudziesty stopień zasilania, to też wam prąd w domu wyłączą…).

Węgiel, gaz albo atom
Węgla w krajowej elektroenergetyce nie da się zastąpić w pełni energetyką wiatrową, chociażby z tego prostego powodu, że jeśli dotychczas z wiatru pochodzi około 14 proc. wytwarzanej w grudniu energii elektrycznej, a z węgla około 66 proc., to odwrócenie tych proporcji jest po prostu absolutnie niemożliwe, gdyż nie pozwalają na to najzwyczajniej w świecie prawa fizyki, których nie jesteśmy w stanie w jakikolwiek sposób zmienić.
Przede wszystkim podwojenie mocy zainstalowanej w energetyce wiatrowej nie spowoduje automatycznie podwojenia jej udziału w krajowym miksie energetycznym. Widać to najlepiej na przykładzie Niemiec, gdzie gigantyczne wręcz przewymiarowanie energetyki wiatrowej, zainstalowano tam w niej już ponad 75 GW mocy, skutkowało wzrostem jej udziału w niemieckim miksie do nieco ponad 30 proc., a co gorsze, dalsze zwiększanie mocy zainstalowanej nie znajduje już praktycznie żadnego odzwierciedlenia we wzroście udziału energii wiatrowej w miksie energetycznym. Osiągnięto zatem w tym wypadku stan swego rodzaju nasycenia, a budowa kolejnych wiatraków nie ma w takiej sytuacji już absolutnie jakiegokolwiek sensu, o czym jednakże nie chcą w ogóle nawet słyszeć zapaleni entuzjaści transformacji energetycznej, napędzanej szaloną w swej istocie ideologią Zielonego Ładu.
Tymczasem prawda jest taka, że jeśli chcemy na dobre pozbyć się węgla z krajowej elektroenergetyki, to zastąpić go można jedynie gazem ziemnym albo energetyką jądrową, ponieważ do tej pory ludzkość niczego innego nie zdołała wymyślić, a opowiadanie o syntezie termojądrowej, a zwłaszcza o tzw. zimnej fuzji, to wyłącznie pomysły z krainy powieści science fiction, co wcale nie przeszkadza osobom piastującym ministerialne stanowiska wygłaszać publicznie na ten temat jakichś niestworzonych bredni, czego sam niejednokrotnie byłem świadkiem.
Niestety pomysł całkowitego zastąpienia w polskiej elektroenergetyce węgla gazem ziemnym bądź energią jądrową nie jest w naszym przypadku realizowalny. W wypadku gazu ziemnego trzeba byłoby wybudować bloki gazowo-parowe o mocy przynajmniej 20 GW. W tym celu trzeba byłoby pozyskać około 1/3 rocznej światowej produkcji turbin gazowych. Zakładając bardzo optymistycznie, że jesteśmy w stanie pozyskiwać rocznie około 1 proc. światowej produkcji turbin gazowych (jest na nie bardzo wielu chętnych, a na świecie jest tylko trzech liczących się producentów: Siemens, GE i Mitsubishi), to wybudowanie wszystkich potrzebnych do zastąpienia węgla elektrowni gazowych zajęłoby nam około 30 lat.
Podobnie, zainstalowanie około 20 GW w blokach jądrowych jest absolutnie nierealne, ponieważ oznaczałoby to konieczność wybudowania aż siedmiu elektrowni atomowych tej wielkości co planowana pierwsza polska elektrownia jądrowa w Lubiatowie-Kopalinie (3 GW mocy netto). Zakładając niezwykle optymistycznie, że elektrownię taką jesteśmy w stanie wybudować w ciągu 15 lat (Francuzi swoje najnowsze bloki EPR-1600 w Olkiluoto i Flameville budowali, każdy z nich po równe 18 lat), to wszystkie potrzebne nam elektrownie jądrowe byłby gotowe dopiero po 105 latach, zakładając, że elektrownie te byłby budowane jedna po drugiej – niestety z powodów zarówno finansowych, jak i logistycznych nie jesteśmy w stanie tego typu prac zrównoleglić. Na dodatek perspektywa uruchomienia z pełną mocą pierwszej polskiej elektrowni jądrowej przesuwa się obecnie w czasie daleko poza rok 2040, gdyż jeszcze nie zostało nawet wydane ważne pozwolenie na jej budowę, a w związku z tym jakiekolwiek prace nie ruszą wcześniej niż dopiero w roku 2028.
W tej nieciekawej, a można wręcz powiedzieć, że dramatycznej sytuacji, w której obecnie się znajdujemy (z powodu niekompetencji, nieuctwa i totalnej ignorancji polityków), jedynym wyjściem jest przedłużenie agonii starych bloków węglowych wybudowanych w zamierzchłej epoce komuny (niektóre z nich stawiał jeszcze towarzysz Wiesław) tak długo, jak tylko jest to jeszcze technicznie możliwe, ponieważ w przypadku przeciwnym w okresie od listopada do lutego zostaniemy dosłownie z niczym – z pewną wstydliwą częścią ciała w garści, jak obrazowo opisuje to zwykle redaktor Stanisław Michalkiewicz.
Import ratunkiem?
Niestety proces likwidacji polskich elektrowni węglowych zdaje się nabierać tempa, ponieważ w sierpniu bieżącego roku mają zostać wyłączone w sposób trwały dwa ostatnie bloki o mocy 225 MW w elektrowni Dolna Odra. Również w tym roku ma definitywnie zakończyć pracę relatywnie nowy blok na węgiel brunatny (pochodzący z 2008 roku) o mocy 474 MW w elektrowni Pątnów. Analogicznie do końca 2028 roku ma zakończyć pracę ponad 30 bloków o mocy 200 MW w elektrowniach, takich jak Łaziska, Jaworzno, Rybnik, Kozienice, Połaniec, Ostrołęka i Turów. Z kolei w roku 2030 ma ruszyć wyburzanie 11 bloków o mocy 360 MW w elektrowni Bełchatów, a ostatni jej blok nadkrytyczny o mocy 858 MW ma pracować jedynie do końca roku 2035.
W odpowiedzi na przytoczone powyżej fakty można często usłyszeć, że brakującą nam energię elektryczną w okresie jesienno-zimowym będziemy sobie po prostu importować z krajów sąsiednich. Oczywiście tego rodzaju import będzie odbywał się po bardzo wygórowanych cenach, ale w takiej sytuacji lepiej mieć przecież drogą energię elektryczną niż żadną. Czyli będzie tak, że ludzie będą przeklinać, na czym świat stoi, płacąc za energię elektryczną jak za przysłowiowe woły, ale ostatecznie prąd w swoich domach będą mieli.
W tym kontekście warto jest zauważyć, że już obecnie jesteśmy pokaźnym importerem energii elektrycznej w czasie trwania tzw. wieczornego szczytu obciążenia, czego przykład możemy zobaczyć na rys. 2. Powodem takiego stanu rzeczy jest przewymiarowanie mocy zainstalowanej w krajowej fotowoltaice. Gdy Słońce zaczyna chylić się ku zachodowi, moc generowana przez fotowoltaikę zaczyna gwałtownie maleć, w krajowym systemie elektroenergetycznym powstaje wówczas bardzo duży gradient mocy, który nie może zostać skompensowany przez elektrownie cieplne, ponieważ nie są one w stanie podnosić swej mocy w aż tak zawrotnym tempie i właśnie z tego powodu praktycznie na wszystkich naszych połączeniach transgranicznych pojawią się wieczorową porą bardzo wysokie przepływy mocy. Bez wspomnianego importu energii elektrycznej nie bylibyśmy zdolni zapewnić koniecznego stanu równowagi mocy w krajowym systemie elektroenergetycznym, co musiałoby zakończyć się nieuchronnym blackoutem na terenie całej Polski.

Przedstawiona na rys. 2 wartość importu mocy elektrycznej, wynosząca 3104 MW, nie jest jeszcze rekordowa, choć jesteśmy już relatywnie blisko jej granicznej wartości, uwarunkowanej technicznymi możliwościami rozpływu mocy w sieciach krajowych, szacowanej na nieco ponad 5000 MW. Z kolei na rys. 3 przedstawiona została mapa połączeń transgranicznych, które posiadamy praktycznie ze wszystkim swoimi sąsiadami oprócz Rosji i Białorusi.
Ze Szwecją jesteśmy połączeni kablem podmorskim pracującym pod napięciem stałym 450 kV o maksymalnej przepustowości 600 MW. W tym wypadku wykorzystanie napięcia stałego podyktowane zostało nie tylko faktem braku synchronizacji systemu skandynawskiego z systemem europejskim, ale także zwiększeniem przepustowości łącza w porównaniu z analogiczną linią prądu zmiennego o ponad 30 proc.
Z pozostałych naszych połączeń transgranicznych największą rolę odgrywają dwie dwutorowe linie pracujące pod napięciem 400 kV, które łączą nas z systemem niemieckim. Są to odpowiednio połączenia: Krajnik-Vierraden (połączenie północne) oraz Mikułowa-Hagenwerder (połączenie południowe). Każde z wymienionych połączeń transgranicznych zostało docelowo wyposażone w cztery przesuwniki fazowe (rodzaj transformatorów), których zadaniem jest ograniczenie przepływu mocy, co ma zapobiegać tzw. przepływom kołowym z północnych do południowych obszarów Niemiec z wykorzystaniem polskich i czeskich elektroenergetycznych sieci przesyłowych. W związku z powyższym maksymalna przepustowość połączenia północnego wynosi około 900 MW, a połączenia południowego około 1400 MW. Swego czasu rozważane były plany budowy trzeciego tego rodzaju połączenia transgranicznego, aby umożliwić zwiększenie wymiany mocy, jednak jego realizacja, gdyby doszła kiedyś do skutku, zajęłaby co najmniej dekadę. Za pomocą dwutorowych linii 400 kV jesteśmy także połączeni z Czechami, Słowacją i Litwą.

Ponadto na napięciu 220 kV połączeni jesteśmy linią dwutorową z Czechami oraz linią jednotorową z Ukrainą. Przepustowość jednego toru linii 220 kV wynosi zaledwie około 350 MW, nie odgrywają one zatem w wymianie transgranicznej większej roli. Na koniec warto wspomnieć o jedynej wybudowanej w Polsce linii pracującej pod napięciem 750 kV, która została uruchomiona w 1985 roku, jednak pracowała ona jedynie do roku 1993, gdy z powodów politycznych i ekonomicznych (rozpad Związku Radzieckiego) została wyłączona na ponad 30 lat. W roku 2023 rozważane połączenie transgraniczne zostało przebudowane do standardu 400 kV, wymieniono transformatory, natomiast słupy linii i wiązkowe przewody zostały bez zmian, co można zobaczyć na rys. 4. Przepustowość rozważanego połączenia transgranicznego Rzeszów-Chmielnicka ograniczona jest ze względów bezpieczeństwa do 425 MW w przypadku eksportu do Ukrainy i zaledwie 200 MW w przypadku importu do Polski.

Warto jeszcze wspomnieć, że dawniej istniało także połączenie jednotorową linią 220 kV z Białorusią (Białystok–Roś), jednak w 2017 roku zostało ono fizycznie zdemontowane, a w obecnej sytuacji geopolitycznej jego przywrócenie nie wchodzi na razie w ogóle w rachubę, a trzeba wiedzieć, że Białoruś dysponuje sporymi nadwyżkami energii elektrycznej, pochodzącymi z tamtejszej elektrowni atomowej w Ostrowcu o mocy 2400 MW (dwa bloki typu WWER-1200).
Jak już uprzednio wspomniano, techniczne możliwości importu energii elektrycznej od krajów ościennych są ograniczone do niecałych 6 GW. Tymczasem ostatni rekord zapotrzebowania mocy w krajowym systemie elektroenergetycznym z dnia 3 lutego 2026 roku wyniósł 29,3 GW brutto i w przyszłości zostanie z pewnością jeszcze pobity, do czego przyczyni się przede wszystkim elektryfikacja ciepłownictwa, transportu, a także dynamiczny rozwój systemów teleinformatycznych, chmur obliczeniowych, centrów danych, a ponadto wykorzystywanie superkomputerów o wielkich mocach obliczeniowych na potrzeby treningu systemów uczenia maszynowego (sztuczne sieci neuronowe), związanych z różnorodnymi zastosowaniami dynamicznie rozwijającej się obecnie sztucznej inteligencji.
Jak widać, importem mocy elektrycznej od państw sąsiednich jesteśmy w stanie pokryć niecałe 20 proc. naszego zapotrzebowania. Oczywiście jest to możliwe jedynie pod warunkiem, że nasi sąsiedzi byliby skłonni w chwili próby udzielić nam aż tak wielkiego wsparcia, z czym jednakże podczas mroźnej zimy mogłyby być w praktyce spore problemy.
Co oprócz importu?
Jeszcze nieco ponad 1,5 GW mocy możemy dodatkowo pozyskać po uruchomieniu z pełną mocą wszystkich naszych elektrowni szczytowo-pompowych, ale po maksymalnie czterech godzinach pracy ich zbiorniki górne i tak całkowicie by się opróżniły, wszak pod warunkiem, że uprzednio były pełne. Ale niby skąd wcześniej wzięlibyśmy energię potrzebną do ich napełnienia, skoro wcześniej pozbyliśmy się stabilnych elektrowni węglowych, będących w stanie tę energie wytworzyć?
