Strona głównaGŁÓWNYTryumf Farage’a! Prognostyk wielkich zmian w UK

Tryumf Farage’a! Prognostyk wielkich zmian w UK

-

- Reklama -

7 maja br. mieszkańcy samej tylko Anglii ruszyli do urn, by obsadzić ponad 5 tys. mandatów w 136 samorządach lokalnych. Głosowanie przyniosło spektakularny triumf formacji „Reform UK”, która bezpardonowo zepchnęła do defensywy dotychczasowy duopol – rządzącą Partię Pracy oraz opozycyjnych konserwatystów.

Według oficjalnych danych ugrupowanie Nigela Farage’a zdobyło aż 1453 mandaty (27 proc. głosów) i przejęło kontrolę nad 14 radami. Sam lider uznał ten wynik za „historyczną zmianę”. Reform UK zdołało bowiem odbić dużą część tzw. Czerwonego Muru (Red Wall) – terenów w północnej i centralnej Anglii (Midlands), które tradycyjnie głosowały na laburzystów. Partia Farage’a triumfowała głównie w okręgach silnie pro-brexitowych oraz wśród wyborców kulturowo konserwatywnych i antyimigranckich.

Co ciekawe, całkowity udział głosów oddanych na „Reform UK” był nieco niższy niż w ubiegłym roku, kiedy wynosił 30 procent. Skąd ten regres? Wynika on min. z głosowania taktycznego na bogatym Południu. Część sympatyków laburzystów i Liberalnych Demokratów poparła tam ugrupowanie Kemi Badenoch, aby – jak pisał m.in. „The Guardian” – „zatrzymać skrajną prawicę”.

Poważnym wyzwaniem dla „Reform UK” może okazać się powstała w lutym br. partia „Restore Britain”. Jej założyciel Rupert Lowe opuścił Farage’a po konflikcie ideologicznym. Lowe uważał dotychczasowy program swej byłej formacji za zbyt centrowy. Sam postuluje powrót do chrześcijańskich korzeni mocno zlaicyzowanego dziś kraju. Wzorując się na polityce USA, żąda masowych deportacji nielegalnych imigrantów, a w gospodarce domaga się drastycznego obniżenia podatków. W minionej elekcji ludzie Lowe’a – startujący pod szyldem Great Yarmouth First – wygrali wszystkie 10 obsadzonych mandatów (9 do rady hrabstwa Norfolk i jeden w głosowaniu uzupełniającym do samorządu Great Yarmouth). Czy to tylko lokalny incydent? A może zapowiedź szerszej tendencji, która ujawni się, gdy Restore Britain zawalczy o mandaty na poziomie krajowym?

Przyczyny przegranej Partii Pracy

Na osobną analizę zasługuje klęska Partii Pracy. Mimo uzyskania 1068 mandatów (20 proc. poparcia), formacja ta poniosła potężne straty, tracąc aż 1496 miejsc w radach. Brytyjscy komentatorzy i politolodzy wskazują na kilka głównych przyczyn tego tąpnięcia:

1. Gospodarcza stagnacja: Rząd Keira Starmera notuje fatalne wyniki. Mimo szumnych deklaracji, że wzrost gospodarczy jest priorytetem, brytyjskie PKB nie przekroczyło w tym czasie 1 procenta wzrostu.

2. Drożyzna i kryzys energetyczny: Konflikt na Bliskim Wschodzie podbił ceny surowców, windując inflację do poziomu 3,3 procenta. Brytyjski przemysł i konsumentów dobijają jedne z najwyższych stawek za prąd na świecie. To bezpośredni skutek restrykcyjnej polityki klimatycznej, która ambicjami wyprzedza nawet cele stawiane przez Unie Europejską.

3.Uderzenie w biznes i rolnictwo: Decyzja o podniesieniu płacy minimalnej mocno obciążyła małe i średnie firmy. Z kolei wprowadzenie podatku spadkowego dla rolników wywołało fale masowych protestów na wsi. Wysokie stopy procentowe i koszty pracy powiększone o wyższy podatek dla pracodawców skutecznie zdusiły inwestycje w wielu sektorach.

4. Kryzys imigracyjny: Wyborcy zarzucają Starmerowi całkowity brak kontroli nad granicami. W okresie jego niemal dwuletnich rządów migracja netto wyniosła aż 204 tysiące osób.

5. Konsekwencje polityki zagranicznej: Ogromne niezadowolenie wywołała strategia dyplomatyczna rządu wobec wojny w Strefie Gazy. Zdaniem krytyków premier nie odciął się dość stanowczo od działań Izraela. Efekt? W miastach o dużym odsetku ludności muzułmańskiej oraz wśród lewicowych intelektualistów laburzyści masowo stracili poparcie na rzecz Zielonych oraz radykalnie propaletyńskich kandydatów niezależnych.

Dotkliwa porażka laburzystów natychmiast wywołała wewnętrzne dyskusje o zmianie przywództwa. Partyjni krytycy żądają od Keira Starmera rezygnacji i oczekują, że premier wskaże konkretny termin swego odejścia. Starmer jednak ucina te żądania. Choć przyznaje, że ponosi odpowiedzialność za przegraną, odmawia ustąpienia ze stanowiska, tłumacząc, że jego dymisja pogrążyłaby ugrupowanie w chaosie.

Liberalni Demokraci i Partia Konserwatywna poniżej oczekiwań

Umiarkowane powody do świętowania mają Liberalni Demokraci. Choć zdobyli solidną pulę 844 mandatów w radach, to ich realne procentowe poparcie (12 proc.) wyraźnie odstawało od wyników pozostałych kluczowych graczy. Mimo to lider ugrupowania Ed Davey, nie krył zadowolenia, głośno akcentując odbicie lokalnej władzy z rąk torysów. Co ciekawe, formacja konsekwentnie buduje narrację jedynej siły zdolnej zatrzymać polityczny radykalizm – zarówno ten z lewicy w wydaniu Zielonych, jak i z prawicy spod znaku partii Nigela Farage’a.

Niewiele dobrego można natomiast powiedzieć o wynikach Partii Konserwatywnej. Choć ugrupowanie to zdołało wyszarpać 801 miejsc w radach, to bilans zamyka się gigantyczną stratą aż 563 foteli. Mimo to partyjni rzecznicy z zaklinania rzeczywistości uczynili swoją główną strategię, uparcie wmawiając opinii publicznej, że te fatalne rezultaty to pierwsze oznaki odrodzenia torysów po sromotnej klęsce z 2024 roku. Co więcej, ich liderka, wspomniana Kemi Badenoch, ogłosiła wręcz wielki sukces, pękając z dumy z powodu odebrania laburzystom prestiżowej rady w Westmnisterze.

To jednak czysta iluzja. Konserwatyści wciąż tkwią w głębokim kryzysie, osaczeni z obu stron: po prawej flance podgryza ich partia Nigela Farage’a, a z centrum wypychają Liberalni Demokraci.

Sam „sukces” w Westminsterze nie wynikał bynajmniej ze wzrostu zaufania do torysów. Był jedynie efektem tego, że poparcie dla Partii Pracy tąpnęło jeszcze gwałtowniej (notując spadek rzędu 17 proc. przy zaledwie 5-procentowej stracie torysów).

Wzrost Zielonych

Obok wspomnianej wcześniej „Reform UK”, drugim największym beneficjentem majowych wyborów lokalnych zostali „Zieloni”. Choć sam wynik w postaci 587 mandatów radnych nie rzuca na kolana, to już 18-procentowe poparcie w tzw. głosowaniu powszechnym stawia tę formację na mocnej, czwartej pozycji w kraju. Co więcej, ugrupowanie przejęło kontrolę nad pięcioma samorządami oraz sięgnęło po fotele burmistrzów w londyńskich dzielnicach Hackney i Lewisham.

Nic więc dziwnego, że lider partii Zack Polanski okrzyknął ten rezultat historycznym sukcesem. Warto zauważyć, że ten spektakularny awans dokonał się głównie kosztem Partii Pracy, co mocno zachwiało dotychczasowym układem sił na brytyjskiej lewicy.

Polityczne trzęsienie ziemi w Szkocji i Walii

Podczas gdy uwaga większości komentatorów skupiała się na wyborach lokalnych w Anglii, prawdziwa rewolucja rozegrała się na obrzeżach Zjednoczonego Królestwa. Oczy całej Wielkiej Brytanii z niepokojem zwróciły się ku Szkocji i Walii. Tamtejsze elekcje parlamentarne przyniosły polityczne trzęsienie ziemi, które na nowo zdefiniuje układ sił w Londynie i poza nim. W obu krajach zwycięskie laury przypadły partiom narodowym: Szkockiej Partii Narodowej (SNP) oraz walijskiemu Plaid Cymru.

Jaki jest profil ideowy tych ugrupowań? W przeciwieństwie do swoich – w większości konserwatywnych czy wręcz prawicowych – odpowiedników z kontynentu europejskiego, SNP i Plaid Cymru to formacje jednoznacznie socjaldemokratyczne i społecznie progresywne. Za fundament swojej działalności uznają dążenie do pełnej niepodległości, które nierozerwalnie łączą z planem powrotu w struktury Unii Europejskiej. To nacjonalizm spod znaku ,,otwartych drzwi”, budowany w kontrze do polityki Westminsteru.

Wyniki wyborcze potwierdzają polityczny status quo na północy. Szkocka Partia Narodowa udowodniła swoją bezkonkurencyjność, wygrywając wybory po raz piąty z rzędu. W tamtejszych realiach politycznych to wyczyn bez precedensu, potwierdzający dominację narodowców. SNP uzyskała 58 mandatów w 129 osobowym Holyrood, zostawiając konkurencję daleko w tyle. Partii Pracy i Reform UK wprowadziły do parlamentu po 17 posłów, a szkoccy Zieloni będą w nim mieli 15 foteli.

Historyczny wynik

Prawdziwy wstrząs dokonał się jednak w Walii. Po raz pierwszy w historii miano pierwszej siły politycznej wywalczyła narodowa Plaid Cymru. To koniec pewnej epoki. Od momentu powstania walijskiego parlamentu (Sennedu) w 1999 roku – a historycznie rzecz ujmując, od ponad stulecia – w tym dawnym celtyckim królestwie niepodzielnie rządziła Partia Pracy.

Dla laburzystów tegoroczna elekcja okazała się katastrofą. Partia ta utraciła aż 35 mandatów, zdobywając zaledwie 9 z 96 miejsc w Seneddzie, co zepchnęło ją na upokarzającą trzecią pozycję. Sukces Plaid Cymru (43 deputowanych) to jednak niejedyne zaskoczenie. Prawdziwym ,,czarnym koniem” i drugą siłą w Walii stała się partia Reform UK. Zdobywając 34 miejsca, ugrupowanie to wbiło klin między dotychczasowych rywali, zapowiadając nową burzliwą erę w lokalnej polityce.

Obraz sytuacji dopełniają deklaracje liderów zwycięskich ugrupowań w obu celtyckich krajach. Zapowiedzieli oni, że rzucą wyzwanie unionistom – czyli niemal wszystkim kluczowym siłom w Wielkiej Brytanii – poza Zielonymi i będą dążyć do referendów niepodległościowych. Dla Edynburga byłoby to drugie podejście po dwunastu latach od poprzedniego głosowania.

Co dalej

Zjednoczone Królestwo, jakie znaliśmy, przechodzi do historii. Czy Londyn zdoła utrzymać jedność państwa w obliczu tak silnych tendencji odśrodkowych? Odpowiedź na to pytanie poznamy w najbliższych miesiącach.

Najnowsze