Burza po decyzji polskiego jury, które podczas finału Eurowizji, jako jedyne, przyznało reprezentacji Izraela maksymalną liczbę punktów. Głos zabrał jeden z jurorów.
W sobotę wieczorem odbył się finał jubileuszowego 70. konkursu Eurowizji. Wiele kontrowersji wzbudzał w tym roku udział Izraela, oskarżanego m.in. o ludobójstwo na Palestyńczykach i prowadzącego wojny na Bliskim Wschodzie. Cześć państw zbojkotowała konkurs. Publiczni nadawcy z Hiszpanii, Irlandii, Holandii, Islandii i Słowenii nie pokazali Eurowizji, w której nie było reprezentacji tych krajów.
Ostatecznie Izrael zajął drugie miejsce. Duży wpływ na to miały głosy od widzów, bowiem w części, w której punkty przyznawały krajowe jury, Izrael wcale nie był wysoko w rankingu. Maksymalną liczbę – 12 punktów – przyznało tej reprezentacji jury z Polski w składzie: Eliza Orzechowska, Filip Kuncewicz, Viki Gabor, Staś Kukulski, Wiktoria Kida, Jasiek Piwowarczyk i Maurycy Żółtański.
Oświadczenie w sprawie punktów dla Izraela zamieścił w mediach społecznościowych jeden z członków jury Filip Kuncewicz. Wyjaśnił, jak wyglądała procedura głosowania.
„Wynik głosowania polskiego jury w finale Eurowizji 2026 nie jest wspólną decyzją siedmiu jurorów” – zastrzegł.
„Każdy juror głosuje indywidualnie i w tajemnicy. Końcowy wynik to efekt działania algorytmu EBU, który łączy siedem niezależnych list w jeden ranking” – wyjaśnił.
„Przyznanie 12 punktów nie oznacza, że jurorzy wybrali daną piosenkę jako numer 1. Zasady działania algorytmu EBU są publicznie dostępne. Każda osoba, która wysłała w ostatnich godzinach groźby lub hejt, mogła je sprawdzić w minutę. Nie zrobiła tego” – napisał Kuncewicz.

