Nadeszła apokalipsa rozrodcza. Postępujący spadek liczby narodzin, narastające wyludnienie, które ma doprowadzić do stopniowego zdominowania liczebnego społeczeństwa przez emerytów, upadku gospodarczego i ostatecznie wymarcia ludzkości, a przynajmniej jej polskiej części.
Wizja ta oparta jest na obserwacji dynamiki wskaźnika TFR, Total Fertility Ratio, czyli przewidywanej ilości dzieci, jaką przeciętna kobieta urodzi w ciągu swojego życia, pod warunkiem jednak, że poziom urodzeń zostanie taki, jaki jest w danej chwili. Wskaźnik ten faktycznie w krajach rozwiniętych, w tym w Polsce, może się wydawać niepokojąco niski, będący na poziomie znacznie poniżej 2,0, który by gwarantował tzw. zastępowalność pokoleń i utrzymywał zaludnienie na stałym poziomie.
O czym już jednak prorocy apokalipsy z reguły nie mówią, wskaźnik TFR jest bardzo wrażliwy na zmianę wieku, w jakim kobiety na dzieci się decydują. W latach 1990–2024 wiek przeciętnej rodzącej matki (dokładnie jego mediana) wzrósł w Polsce z 26 do 31 lat, a w przypadku narodzin pierwszego dziecka z 23 do 29 lat. Sam tylko ten proces, efektywnie obniża publikowany wskaźnik TFR, który, po jego uwzględnieniu, rośnie o ok 20 proc.
Drugi błąd proroków jest znacznie poważniejszy. Obecnie TFR jest niski, ale nie oznacza to przecież, że tak zawsze będzie. Zachowania rozrodcze najmocniej z całego behawioru są przecież kontrolowane przez darwinowski dobór naturalny, przetrwanie najlepiej dostosowanych. Tych, którzy w danym środowisku najskuteczniej powielają swoje geny, nie tylko produkując większą od konkurentów liczbę potomstwa, ale przede wszystkim doprowadzając je w zdrowiu do wieku rozrodczego i tym samym doczekując się wnuków.
Cywilizacja maltuzjańska
Dotychczasowa ludzka strategia rozrodcza, która obecnie tak wyraźnie zawodzi, powstała w środowisku preindustrialnym, stworzonym przez cywilizację rolniczą, maltuzjańską, jaka panowała na świecie przez ostanie dziesięć tysiącleci. Dzieci w tej cywilizacji były inwestycją. Zwiększały zasoby siły roboczej, stanowiły gwarancję trwania rodu i rodowego majątku, były też „zabezpieczeniem emerytalnym” na starość. Była to też inwestycja stosunkowo tania. Najważniejszym kosztem z nią związanym było wyżywienie już urodzonej progenitury. A pracować w polu czy w warsztacie rodziców i dawać tym samym pierwszy zwrot, mogła ona już w wieku kilku lat. Kolejnym stale obecnym w tej cywilizacji czynnikiem była też ogromna, wywoływana głodem i chorobami dziecięca śmiertelność. W rezultacie tych mechanizmów dzieci w dużej ilości płodzili prawie wszyscy, ale bogatsi mieli większe szanse na odchowanie ich do dorosłości i tym samym większy sukces rozrodczy.
W cywilizacji maltuzjańskiej rodzice zwykle mieli więc dużo potomstwa, ale tylko zdecydowana mniejszość z niego dożywała własnej prokreacji, co w teorii ewolucji nazywa się strategią rozrodczą typu r. Kobieta maltuzjańska rodziła w życiu średnio nawet i ośmioro dzieci, dużo więcej niż kobieta łowców zbieraczy, ale nie więcej niż dwoje – troje z nich dawało jej wnuki.
To środowisko natalistyczne zniknęło jednak wskutek nieco myląco tak nazwanej rewolucji przemysłowej albo industrializacji. Rewolucja ta tworzy nową, całkowicie od wcześniejszej maltuzjańskiej odmienną cywilizację, a wraz z nią nowe, nigdy wcześniej w dziejach nie istniejące środowisko bytowania ludzkiego gatunku. Industrializacja, proces przebiegający w ciągu około trzystu lat jest w ewolucyjnej skali czasu wręcz natychmiastowy. Podobnie nietypowo szybka jest więc ewolucyjna odpowiedź na tę zmianę.
Strategia typu K
W cywilizacji maltuzjańskiej populacja bytowała w permanentnym, stale o krok od głodu, ubóstwie, zwanym też pułapką maltuzjańską. Industrializacja jednak wytwarza tak wielkie bogactwo, że materialne koszty utrzymania dzieci stają się stopniowo coraz mniej istotne i coraz bardziej pomijalne. Jednocześnie w wyniku rozwoju medycyny drastycznie spada dziecięca śmiertelność. Teraz praktycznie każde dziecko dożywa dorosłości. Ewolucyjna selekcja potomstwa zachodzi więc już nie na etapie urodzenia, walki z głodem i chorobami dziecięcymi, ale w momencie wyboru partnera rozrodczego. Sukces rozrodczy zaczyna być zatem optymalizowany nie poprzez maltuzjańską maksymalizację produkcji potomstwa – strategię r, ale poprzez odpowiednie wychowanie i życiowe zaopatrzenie dzieci już urodzonych tak, aby były one maksymalnie atrakcyjną partią na rynku matrymonialnym, co jest znane jako rozrodcza strategia typu K.
Nieuchronnie zatem wraz z postępem industrializacji współczynnik TFR gwałtownie spada. Spadek ten ogarnia w pierwszej kolejności warstwy zamożniejsze, które wcześniej zaczynają odczuwać presję strategii K. Stąd w społeczności industrialnej odwrotnie niż przed rewolucją przemysłową więcej dzieci mają biedni. Jednak rewolucja przemysłowa generuje z czasem coraz więcej bogactwa i w końcu nawet biedniejsi przechodzą na rozmnażanie typu K. Następuje tzw. przejście demograficzne i zaludnienie, które w pierwszej fazie industrializacji bardzo gwałtownie rosło, stabilizuje się na stałym poziomie. Teoretycznie teraz współczynnik TFR powinien się ustalić na wysokości nieco ponad 2,0, dwoje, wyjątkowo troje dzieci na kobietę, co by właśnie zagwarantowało zastępowalność pokoleń i stabilne utrzymanie liczebności populacji. Praktycznie jednak tak się nie dzieje.
Darwinowskie dostosowanie
W Polsce przejście demograficzne nastąpiło w latach 70. XX wieku i faktycznie przez jakiś czas współczynnik TFR pozostawał na tym teoretycznie optymalnym poziomie. Jednak w latach 90 spadł on zdecydowanie poniżej tej granicy i obecnie balansuje w przedziale 1,2–1,5, znacznie poniżej granicy zastępowalności. Identyczny proces zaszedł na praktycznie całym świecie. Kraje nawet choćby tylko średnio rozwinięte mają wskaźniki TFR na bardzo niskich poziomach, czasami nawet niższych od 1,0. Nawet po uwzględnieniu wzrostu wieku rodzących matek nadal pozostają one poniżej granicy zastępowalności. Kobiety nie chcą mieć dzieci – biadają prorocy apokalipsy. Przyczyn tej mniemanej niechęci zawsze jednak szukają w poprzedniej, już nieistniejącej cywilizacji maltuzjańskiej. Od ulegania antynatalistycznej propagandzie poczynając (tak jakby można było propagandą nakłonić populację do masowego i trwałego działania wbrew własnym, najważniejszym, bo ewolucyjnym interesom), na braku mieszkań i biedzie kończąc (tak jakby siedemdziesiąt lat temu, kiedy polski TFR był najwyższy, społeczeństwo miało lepsze warunki mieszkaniowe niż dzisiaj). Tego, że właśnie trwa niezwykle intensywny proces ewolucyjny darwinowskiego dostosowania do nowego środowiska, dostrzec nie są w stanie.
Dane publikowane przez GUS pokazują nam, jak ta ewolucja dokładnie w Polsce przebiega. Chociaż ogólnie dzieci rodzi się mniej, to w ujęciu względnym, od mniej więcej roku 2010, rodzi się coraz więcej dzieci kolejnych, mających już starsze rodzeństwo. Początkowo efekt ten wywołany był większą ilością urodzeń dzieci drugich, trzecich i czwartych, natomiast po roku 2020 trend ten ogarnął również dzieci od piątego do ósmego (sic!!!) włącznie. Faktycznie mniej kobiet decyduje się na dziecko, ale te, które się jednak zdecydują, robią to od razu z wielkim rozmachem.
Dalszych wskazówek dostarcza wykres 1 pokazujący odstęp między kolejnymi urodzinami, o ile lat młodszy jest właśnie przyszły na świat noworodek od swojego kolejnego w starszeństwie rodzeństwa.

Najczęściej występujący przedział czasu między kolejnymi porodami to obecnie dwa lata, a w miarę wydłużania tego czasu odsetek porodów stopniowo maleje. Jednak przy przekroczeniu 10 lat przerwy nagle następuje wyraźne ożywienie i polskie matki rodzą kolejne dzieci po 10, a nawet i 15 latach od poprzedniego porodu. Obecnie aż 8 proc. wszystkich „kolejnych” porodów to takie właśnie przypadki, przy czym najsilniej efekt ten występuje w przypadku trzecich dzieci.
Macierzyństwo po czterdziestce
Większość zatem, zapewne nawet ponad 90 proc. kobiet, dzieci faktycznie albo nie chce mieć w ogóle, albo ma co najwyżej jedno. Jest to dominujący obecnie model (0–1). Mniejszość jednak, choćby i jeszcze nieliczna, nie tylko chce wychowywać dzieci, ale i chce ich wychować dużo. We względnie młodym wieku, przed trzydziestką, mają owe panie średnio dwójkę potomstwa, a kiedy ten „pierwszy rzut” zostaje z grubsza odchowany, decydują się, będąc już w okolicach czterdziestego roku życia, na powtórzenie macierzyństwa, rodząc dziecko trzecie, czwarte i kolejne. Wobec postępów medycyny i znacznie zdrowszego niż jeszcze 1–2 pokolenia temu trybowi życia macierzyństwo po czterdziestce, zwłaszcza ponowne, nie stanowi już takiego wyzwania zdrowotnego. Jest to więc obecnie zdecydowanie mniejszościowy model 4+. Dlaczego jednak mniejszościowy?
Zbliżający się już w Polsce koniec industrializacji ponownie odwraca zależność pomiędzy ilością potomstwa a statusem społecznym. W społeczeństwie dobrobytu, w którym materialne środki konieczne do wychowania dzieci nie stanowią już problemu, barierą limitująca ilość potomstwa staje się czas, jaki rodzice dzieciom muszą poświęcić, aby zmaksymalizować swój sukces rozrodczy, czyli wartość swojego potomstwa na rynku matrymonialnym, tam, gdzie przebiega teraz selekcja. Wszyscy potencjalni rodzice mają do dyspozycji tyle samo czasu, 24 godziny na dobę i 7 dni w tygodniu, ale daleko nie wszyscy potrafią nim tak samo efektywnie gospodarować.
Zwycięzcą w ewolucyjnej rywalizacji zostaną zatem rodzice zamożni, bo oni mogą do pewnego stopnia substytuować czas pieniędzmi, mający największe zdolności menedżerskie, organizacyjne oraz przede wszystkim ci, którzy po prostu preferują ten rodzaj konsumpcji ponad wszystkie inne jej rodzaje, tzw. „rozpraszacze”. Ci, którzy zwyczajnie lubią mieć dzieci, zajmować się nimi, poświęcać im czas i je wychowywać.
Dziecko jako przykład luksusowej konsumpcji
Tak jest, konsumpcji. Dziecko ekonomicznie nie jest już bowiem inwestycją, a właśnie konsumpcją. Ostentacyjną konsumpcją luksusową, symbolem statusu. W społeczeństwie postindustrialnym liczba wychowywanych dzieci świadczy o pozycji społecznej. Nasza rodzina jest tak bogata i świetnie zorganizowana, że stać nas nawet na pięcioro dzieci. Umiejętność zarządzania czasem na poziomie strategicznym już widoczna jest w danych w postaci opisanej już 10–15 letniej luki czasowej między rodzeństwem. W tym czasie rodzice opiekując się tylko dwójką małych dzieci, rozwijają równocześnie swoją karierę zawodową, a kiedy dzieci już się w części usamodzielnią, a pozycja zawodowa i biznesowa rodziców ulegnie stabilizacji, można rodzicielstwo powtórzyć, dodatkowo korzystając z pomocy starszego rodzeństwa w opiece nad młodszym. Nie jest też przypadkiem, że szczyt urodzin pokolenie temu przypadający na wiosnę (marzec–kwiecień) obecnie przesunął się na lato (lipiec–wrzesień) wraz z pojawieniem się drugiego, węższego szczytu przypadającego dokładnie na styczeń. Dzieci urodzone w styczniu są bowiem najstarsze w swoim roczniku i z tego tytułu mają w nim naturalną przewagę konkurencyjną nad rówieśnikami, choćby w szkole. Dzieci urodzone latem mają z kolei najmniej kłopotów zdrowotnych i są najzdrowsze (por. wykres 2).

Dziecko nie jest już więc, jak kiedyś, ubocznym rezultatem wakacyjnej przygody, ale starannie, strategicznie zaplanowanym projektem, tylko dla odpowiednio ogarniętych i zasobnych. GUS nie podaje danych dotyczących zamożności rodziców, ale są te dotyczące ich wykształcenia. W roku 2024 aż 64 proc. rodzących matek i ponad 60 proc. świeżo upieczonych ojców posiadało wyższe wykształcenie. Obie te liczby są znacznie większe niż średnia dla całej odpowiedniej wiekowo polskiej populacji, a w przypadku ojców ta różnica jest szczególnie jaskrawa. Jeszcze pokolenie i mężczyzna bez wyższego wykształcenia w ogóle zapewne nie będzie miał szansy na ojcostwo.
Ten model rodzicielstwa iterowanego, starannie zaplanowanego, z 10–15 letnią przerwą między poszczególnymi jego etapami, jak wynika z tych danych, byłby zatem w środowisku postindustrialnym optymalny, dając największą wartość dostosowawczą.
Dziedziczenie preferencji rodzicielskich
Cechy lubienia dzieci przed rewolucją przemysłową były neutralne. Czy je lubili, czy nie lubili, dzieci i tak mieli (prawie) wszyscy. Jednak w cywilizacji postindustrialnej geny te nabrały potężnej wartości dostosowawczej. Ci, którzy dzieci nie lubią i mieć nie chcą, dzieci nie mają lub mają najwyżej jedno. Ci którzy dzieci lubią, chcą i potrafią je wychowywać, testują górną granicę swoich możliwości w modelu +4. Potomstwo obu tych rozdzielnych typów rodzin będzie w dużym stopniu powielać zachowania rozrodcze swoich rodziców. Albo dziedzicząc ich preferencje rodzicielskie bezpośrednio genetycznie, albo odtwarzając model rodziny, w którym sami zostali wychowani. Dziedziczenie to nie jest oczywiście stuprocentowe. Jakaś część dzieci z rodzin wielodzietnych, zwłaszcza tych, w których rodzice nie stanęli jednak organizacyjnie na wysokości zadania, porzuci ten model, a jakaś część jedynaków odkryje w sobie jednak powołanie do multirodzicielstwa. Dziedziczenie genetyczne i środowiskowe dzietności jednak jest na tyle duże, żeby jego ewolucja przebiegała w piorunującym tempie.
W kolejnych pokoleniach udział cech/genów nielubienia dzieci będzie więc gwałtownie wykładniczo malał. A udział genów lubienia dzieci równie gwałtownie rósł. TFR najpierw przestanie spadać, a w perspektywie 20–30 lat zacznie ponownie rosnąć. Kiedy w populacji zostaną już tylko potomkowie rodzin wielodzietnych, TFR osiągnie swoje maksimum, po czym, w wyniku narastającej konkurencji wewnątrzgatunkowej, ponownie spadnie i ustabilizuje się, jak przewiduje teoria na poziomie w okolicach 2,0. Liczebność populacji najpierw być może nawet drastycznie spadnie, potem jednak nadrobi straty i ustabilizuje się na tzw. asymptocie logistycznej.
O liczebności potomstwa w rodzinie będą już wtedy decydować wyłącznie kompetencje osobiste rodziców w zarządzaniu czasem. Ktoś, kto wychowuje czworo dzieci, na pewno jest, co będą bez wątpienia brać pod uwagę działy HR w procesie rekrutacji na stanowiska zarządcze, bardziej zorganizowany i kompetentny niż ten, kto ledwo radzi sobie z dwójką. Rola dzieci jako wyznacznika statusu i przynależności do elity intelektualnej, a zatem w cywilizacji postindustrialnej, również finansowej, zostanie ostatecznie przypieczętowana. Przetrwają najbardziej kompetentni i zorganizowani.


