Krzysztof przez ponad 30 lat patrolował ulice Warszawy. 10 marca przyszedł na zmianę jak zawsze – normalnie, bez sygnałów, że cokolwiek może pójść nie tak. Kilka godzin później nie żył.
Tego dnia wraz z kolegą otrzymał zgłoszenie o zakłócaniu porządku w rejonie placu Szembeka na Pradze-Południe. Zaparkowali radiowóz przy kościele i nasłuchiwali, czy sytuacja rzeczywiście wymaga interwencji. W ich ocenie, nic niepokojącego się nie działo.
Chwilę później doszło jednak do dramatycznych wydarzeń w samochodzie. – Kolega, który w tym dniu był kierowcą, spojrzał na niego i zauważył, że jego skóra w momencie zrobiła się szara. Urwał się z nim kontakt i przestał odpowiadać na pytania. Nie reagował – relacjonuje na łamach „Faktu” jeden ze strażników.
Reanimacja trwała długo. Bez skutku
Funkcjonariusz natychmiast wezwał pomoc przez radio. Na miejsce dotarł drugi patrol – strażnicy wyciągnęli Krzysztofa z radiowozu i przystąpili do resuscytacji, używając także defibrylatora. Gdy przyjechało pogotowie, ratownicy medyczni przejęli akcję. Reanimacja trwała bardzo długo, ale nie przyniosła rezultatu. Obecny na miejscu lekarz stwierdził zgon.
Miesiąc wcześniej Krzysztof przeszedł obowiązkowe badania lekarskie – kompleksowe, obejmujące serce, krew i badania specjalistyczne. Wyniki były pozytywne. Tego dnia rano normalnie uczestniczył w odprawie i nie skarżył się na żadne dolegliwości.
Przyczyny śmierci na razie nie są znane. Prokuratura zabezpieczyła ciało i zleciła sekcję zwłok.


