Szanowna Redakcjo,
Tekst red. Stanisława Michalkiewicza jak zwykle nie skąpi czytelnikowi efektownych i zgrabnych literacko historiozoficznych rozważań, ale jednocześnie gmatwa faktograficzne podstawy całości wywodu.
Przede wszystkim doskonale znana jest odpowiedź „za co” uprowadzono żonę Maduro – otóż Cilia Flores objęta została przez wymiar sprawiedliwości USA podobnymi zarzutami jak jej małżonek.
Nawiasem mówiąc, desantowy okręt szturmowy, z którego startowały śmigłowce US Army (a nie – jak pisał 3 stycznia na X Janusz Korwin-Mikke – „helikoptery USAF”) z żołnierzami Delta Force, nie nazywa się „Ivo Jima”, lecz USS Iwo Jima. Sprawa o tyle ważna, że jest to anglojęzyczna transkrypcja japońskich słów, tłumaczonych na polski jako Wyspa Siarki, wzgl. Siarkowa Wyspa. Litera „w” oddaje tutaj dźwięk „u” bądź „ł”, czego litera „v” nie czyni.
W akcji Delta Force zabitych zostało nie tylko 32 Kubańczyków, ale również czterdzieścioro siedmioro żołnierzy wenezuelskich – w tym dziewięć kobiet. Tak przynajmniej poinformował minister obrony Wenezueli Vladimir Padrino Lopez. Według niego śmierć poniosła także pewna liczba osób cywilnych.
Adolf Hitler nigdy nie oświadczył expressis verbis, że „zwycięzcy nikt nie sądzi”. Natomiast 22 sierpnia 1939 roku w drugim z dwóch wygłoszonych tego dnia w swej rezydencji w Obersalzbergu przemówień do wyższych dowódców wojskowych powiedział co następuje:
„Dam propagandowy pretekst do rozpętania wojny, obojętne, czy wiarygodny. Zwycięzca nie będzie potem pytany, czy mówił prawdę, czy też nie. W rozpoczynaniu i prowadzeniu wojny nie idzie o prawo, lecz o zwycięstwo”. W dalszym wywodzie Hitler wspomina jeszcze, że prawo jest po stronie silniejszego – dosłownie: Der Stärkere hat das Recht.
Rozumiem, że dla red. Michalkiewicza jest kwestią otwartą, czy uzasadnienie Donalda Trumpa dla akcji z 3 stycznia jest równie wiarygodne, jak rzekomy polski atak na emitującą przekazywane jej kablem z Wrocławia polskojęzyczne audycje techniczną stację radiową w Gliwicach.
Co do wieszczonego przez felietonistę „triumfalnego powrotu” amerykańskich koncernów naftowych do Wenezueli, to wolałbym poprzestać na rozwiewającym w moim odczuciu te nadzieje wywiadzie, jakiego Trump udzielił 5 stycznia NBC News.
Jak wiadomo, społeczno-ekonomiczne eksperymenty Chaveza i Maduro skutecznie zrujnowały najważniejszy sektor wenezuelskiej gospodarki. W roku 1999, gdy pierwszy z nich obejmował władzę, wydobywano nieco ponad 3 mln baryłek ropy dziennie. Poziom powyżej 2,5 mln baryłek udało się utrzymać jeszcze do 2015 roku, ale potem nastąpił szybki regres – do 1,5 mln w trzy lata później i poniżej miliona już trwale od 2019 roku.
Trump hołduje przekonaniu, że techniczna odbudowa wenezuelskiego sektora naftowego przyczyni się do stabilizowania globalnego rynku ropy i obniżania jej cen. Jak powiedział NBC News, odbudowę taką dałoby się zrealizować w ciągu 18 miesięcy, oczywiście przy pomocy koncernów z USA.
Zaraz potem padły jednak następujące słowa: „Sądzę, że moglibyśmy to zrobić w jeszcze krótszym czasie, ale potrzebne byłoby na to mnóstwo pieniędzy. Trzeba będzie wydać olbrzymią kwotę i spółki naftowe to wydadzą, a potem dostaną zwrot tego od nas (czyli rządu USA – przyp. SD) lub z zysków”.
Tymczasem amerykańska branża naftowa nie ma jakiegokolwiek zamiaru angażować się w Wenezueli, zanim nie dokona się tam elementarna stabilizacja polityczna, wykluczająca powrót do wcześniejszych rekwizycji. To samo odstrasza ich europejską konkurencję. Na placu boju o wenezuelską ropę pozostają zatem nadal tylko Rosjanie, Chińczycy i Iran.
Roztaczana przez red. Michalkiewicza wizja porządkowania przez USA wenezuelskiej sceny politycznej nadawałaby się najwyżej do politycznej czytanki z wczesnych lat 50. o złowrogich knowaniach Wall Street i Pentagonu, angażujących swe dolary i armaty w zgubną dla nich walkę o przetrwanie upadającego imperializmu. Podobnie jak większość jego rodaków, Trump nie ma najmniejszej ochoty na kolejny Wietnam czy Afganistan. W mojej opinii uprowadzenie Maduro to maksimum, na co mógł sobie w sprawie Wenezueli pozwolić. Unieszkodliwił tylko jednego z narkotykowych globalnych gangsterów – i nic więcej. I po raz kolejny – ku uciesze zwolenników i wściekłości przeciwników – pokazał, że robi to, na co Biden czy Kamala nigdy by się nie odważyli.
No a teraz kwestia Bismarcka – postaci, do której red. Michalkiewicz ma najwyraźniej jakąś emocjonalną słabość, choć przecież to twórca piętnowanego przez czcicieli wolnego rynku superprzekrętu finansowego, czyli ubezpieczeń emerytalnych. Otóż nigdy nie posłużył się on publicznie formułą „siła przed prawem” – włożyli mu to po prostu w usta jego przeciwnicy, a prześledzenie, jak do tego doszło, jest bardzo pouczające, także w kontekście dzisiejszych praktyk życia publicznego.
27 stycznia 1863 roku ówczesny premier Prus Bismarck oświadczył pod adresem opozycyjnej wobec niego liberalnej frakcji pruskiego sejmu, że „życie konstytucyjne jest szeregiem kompromisów, jeśli się to udaremnia, wtedy powstają konflikty, konflikty jednak są zagadnieniami władzy, a kto ma w rękach władzę, ten realizuje swoje”. Natychmiastową polemikę z Bismarckiem podjął przywódca frakcji liberalnej hrabia Maximilian von Schwerin-Putzar, twierdząc przy aplauzie zgromadzonych, iż premier ogłosił właśnie obowiązywanie zasady „władza idzie przed prawem” (Macht geht vor Recht), „choć zdanie, o które opiera się wielkość Prus, brzmi raczej »prawo idzie przed władzą«”.
„Mimo oczywistego niezrozumienia przez von Schwerina słów Bismarcka – że ten przypisał jakoby sejmowi tylko »prawo«, by wyłącznie rządowi przypisać »władzę« – i mimo tego, że Bismarck z miejsca zdecydowanie i trwale przeciwstawił się takiej interpretacji, to, jak sam Bismarck oświadczył 13 marca 1869 roku, dla opinii Europy na długie lata miarodajne stały się słowa Schwerina” – czytamy w haśle „Maximilian Graf von Schwerin” 33 tomu słownika Allgemeine Deutsche Biografie z 1891 roku.
I wreszcie na zakończenie – hipoteza, by zbrojny atak Japonii na Rosję w 1904 roku był zgodny z pragnieniami ówczesnego rosyjskiego ministra (konkretnie spraw wewnętrznych) Wiaczesława von Plehwego, ma podstawę nader wątłą. Jest nią wyłącznie świadectwo jego politycznego przeciwnika, premiera Rosji Siergieja Wittego, który w swych wspomnieniach napisał, że któregoś razu Plehwe zwrócił się do ministra wojny generała Kuropatkina ze słowami: „Aleksieju Nikołajewiczu, nie zna pan wewnętrznej sytuacji w Rosji. By udaremnić rewolucję, potrzebujemy małej, zwycięskiej wojny”. Potwierdzenia tej wypowiedzi z innych źródeł brak.
Tymczasem katastrofalny dla carskiego imperium zbrojny konflikt na Dalekim Wschodzie sprowokowany został w znacznej mierze za sprawą Wittego, który jako wieloletni minister finansów zdecydowanie wspierał gospodarczą i wojskową ekspansję Rosji na Chiny i Koreę – mimo wyraźnie deklarowanych japońskich zastrzeżeń w tej sprawie. Nic dziwnego, że Witte starał się znaleźć tutaj kozła ofiarnego i to takiego, który już nie mógł się bronić – jak wiadomo, Plehwe zginął w zamachu jeszcze w lipcu 1904 roku.
Łączę wyrazy szacunku,
Stanisław Dmitrewski

