Gdy piszę te słowa, 22 stycznia 2026 roku, jest to ten dzień, w którym – wedle doniesień mediów – ma nastąpić podpisanie przez pierwsze państwa dokumentu o uczestnictwie w Radzie Pokoju, której dożywotnim przewodniczącym mianował sam siebie Donald Trump. Polska tego dokumentu dziś nie podpisuje, co uważam za poważny błąd.
Zacznijmy może od uwagi, że Trump robi, co może, aby doprowadzić do rozmontowania prawa narodów, powstałego po 1945 roku. Rozmontowuje ten system w praktyce (akt terroryzmu państwowego w postaci porwania prezydenta Nicolasa Maduro, groźby agresji na Iran, zapowiedzi aneksji Grenlandii), lecz także w teorii. Najpierw rzucił propozycję stworzenia grupy C5 (USA, Rosja, Chiny, Japonia i Indie), która miałaby zastąpić Radę Bezpieczeństwa ONZ i grupę G7. Teraz zaś, czego amerykański prezydent nawet nie ukrywa, Organizację Narodów Zjednoczonych miałaby zastąpić Rada Pokoju, do której Trump zaprosił ok. 60 państw (oficjalnej listy zaproszonych nie podano, więc liczba jest przybliżona).
Rozmontowanie ONZ
Dlaczego USA chcą unicestwić Radę Bezpieczeństwa i G7? Nie zostało to światu objawione, więc możemy jedynie spekulować. W skład obydwu instytucji mających zostać wyciszone wchodzą państwa europejskie. W obydwu gremiach są Francja i Wielka Brytania, a w G7 dodatkowo Niemcy i Włochy. Tymczasem w amerykańskiej „Strategii Bezpieczeństwa Narodowego” możemy wyczytać, że Europa zachodnia jest zdeprawowana i zdegenerowana, będąc zmierzchającą potęgą. Trump i Marco Rubio ostentacyjnie wymieniają przyszłe supermocarstwa w postaci USA, Chin i Rosji, ostentacyjnie pomijając Europę, o której Frau Ursula ustawicznie mówi, że ma być kolejnym supermocarstwem („centrum geopolitycznym”).
Państwa planowanej grupy C5 z automatu zostały zaproszone do Rady Pokoju, a obok nich kilkadziesiąt innych państw. Nic dziwnego, że Francja i inne państwa Europy zachodniej odmawiają wejścia do tej inicjatywy. Jej istotą jest delegitymizacja RB ONZ i G7, gdzie Europa jest mocno reprezentowana, wręcz mocno nadreprezentowana w stosunku do swojego malejącego potencjału. Państwa europejskie z RB ONZ i G7 miałyby zostać zredukowane z zarządzającej piątki (RB ONZ) i siódemki (G7) do grona członków ciała złożonego z ok. 60 państw jako jego równi członkowie. Dlatego Wielka Brytania, Francja, Niemcy, Włochy, a także zasiadająca w G7 Kanada, odmawiają pomniejszenia swojej roli.
Awans Polski
Z kolei ze składu 193 państw członków ONZ, aż 188 to członkowie drugiej kategorii, nie mający prawa weta w Radzie Bezpieczeństwa ONZ i zasiadający w mało istotnym ciele w postaci Zgromadzenia Ogólnego ONZ. W pomyśle Trumpa z tych 188 członków ok. 55 miałoby zostać uznanych za godnych zasiadania w Radzie Pokoju, a pozostałe ok. 133 państwa usłyszą, że mają czekać w przedpokoju, gdyż, mówiąc klasycznymi słowami amerykańskiego prezydenta, „nie mają żadnych kart”. Wśród tych zaproszonych 55 państw znalazła się Polska, co oznacza, że miałaby awansować w hierarchii prawno-politycznej do rangi państwa średniego szczebla, zamiast uczestnictwa w międzynarodowym „plebsie” państw, które nic nie znaczą. Wedle Trumpa Polska miałaby znaleźć się na tym samym poziomie jak Niemcy, Francja i Wielka Brytania. O ile dla tamtych państw byłoby to skarlenie prawno-polityczne, to dla Polski byłby to awans do szeroko pojętej światowej „klasy wyższej”, zasiadającej za „arystokracją” z grupy C5. Plan Rady Pokoju Trumpa jest zatem dla Polski korzystny i Karol Nawrocki powinien był natychmiast zaakceptować to zaproszenie.
Dlaczego polski Prezydent się waha?
Mentalnie jest pisowcem. Jest otoczony pisowcami w swojej Kancelarii. A pisowcy w pomyśle Trumpa widzą tylko jedno: do Rady Pokoju zaproszono nie dość, że „prorosyjskiego dyktatora” Aleksandra Łukaszenkę (który jako pierwszy zgłosił akces Białorusi do Trumpowskiej inicjatywy), to w dodatku „zbrodniarza” w postaci Władimira Putina. Każdy pisowiec jest zatem „moralnie oburzony” i etycznie nabzdyczony, że Karol Nawrocki musiałby pozować do zdjęć z Putinem i Łukaszenką, a może nawet i podać im rękę, gdy „bomby spadają na Ukrainę”.
Oczywiście pisowcom absolutnie nie przeszkadza w Radzie Pokoju Bibi Netanjahu, mający na sumieniu dziesiątki tysięcy palestyńskich cywilów (wielokrotnie więcej niż Putin). Cóż, są bomby złe i są bomby demokratyczne. Niezdecydowanie w Kancelarii Prezydenta i w PiS spowodowane jest katastrofą geopolityki PiS, od lat zakładającej zajmowanie pozycji skrajnie antyrosyjskich w oparciu o sojusz z USA, gdy tymczasem dziś sojusz z Waszyngtonem wymaga resetu z Moskwą, którego elementem byłoby wspólne zasiadanie w Radzie Pokoju.
Co na to opozycja?
Donald Tusk i jego obóz w stosunkach z Rosją zawsze był bardziej pragmatyczny, lecz jest gotów przeprowadzić brutalne medialne bombardowanie Prezydenta RP za „bratanie się z Putinem”. Ale przyświecają mu odmienne cele. Tusk popiera federalizację Unii Europejskiej, gdy projekty C5 i Rady Pokoju dążą do degradacji Francji, Wielkiej Brytanii i Niemiec.
Niemieckie Imperium Europejskie budowane jest pod hasłami skupiania się wokół Frau Ursuli von der Leyen, która jako imperatorka bohatersko walczy z Trumpem i Putinem równocześnie. Krytyka inicjatywy Rady Pokoju przez obóz rządzący wynika z gry na zachodnioeuropejskie post-mocarstwa, a nie na polską rację stanu. Część składowa Niemieckiego Imperium Europejskiego programowo nie określa i nie realizuje własnej racji stanu, gdyż nie postrzega się jako suwerenny podmiot polityczny.
Co w tej sytuacji należało zrobić?
Prezydent RP Karol Nawrocki powinien był ogłosić przyjęcie zaproszenia do Rady Pokoju od Donalda Trumpa, nie zwracając uwagi na proniemieckiego Tuska i probrytyjskiego męża Anne Applebaum. Rząd i lewicowo-liberalne media i tak będą bombardować Nawrockiego – nie z tego powodu, to z każdego innego. Jeśli rzeczywiście wejście do Rady Pokoju wymaga ratyfikacji przez Sejm (co budzi moje wątpliwości), to po prostu później Sejm ratyfikowałby polski akces albo go odrzucił, a na Tuska i opcję proniemiecką spadłaby irytacja Trumpa.
