Strona głównaMagazynFrancuzi mają dość ery prezydenta Macrona

Francuzi mają dość ery prezydenta Macrona

-

- Reklama -

Wszystkie sondaże wskazują, że kandydatka Zjednoczenia Narodowego (RN) wyraźnie wyprzedza swoich przeciwników, w tym centrowych polityków Édouarda Philippe’a i Bruno Retailleau oraz lewicowego lidera Jean-Luca Mélenchona. Kluczowym tematem kampanii staje się spadająca siła nabywcza obywateli.

W tym obszarze respondenci instytutu IFOP największe nadzieje pokładają właśnie w Marine Le Pen. Kolejne badania opinii społecznej, a także inflacja sięgająca we wrześniu 3 procent, potwierdzają głębokie obawy Francuzów dotyczące ich poziomu życia. W obliczu rosnących cen paliw, wyższych rachunków za prąd oraz rosnących stóp procentowych aż dziewięciu na dziesięciu wyborców (90 procent) deklaruje, że kwestie te będą istotnym czynnikiem wpływającym na ich decyzje przy urnach w 2027 roku.

- Reklama -

Era Macrona kończy się w niesławie, a popularność francuskiego prezydenta osiągnęła najniższy poziom od czasu objęcia przez niego urzędu w 2017 roku. Tak wynika też z najnowszego sondażu Ipsos BVA-Cesi opublikowanego przez „La Tribune Dimanche”. Badanie przeprowadzone w pierwszej dekadzie października – w samym środku trwających protestów uczniowskich – pokazało, że prezydent prezydent cieszy się zaledwie 15-procentowym poparciem.

- Reklama -

Wpływ na tak dramatyczny wynik miały zapewne protesty uliczne uczniów, chaos na ulicach, a także rekordowo wysokie ceny paliw i ogólna drożyzna. Prezydent jest obwiniany przede wszystkim o spadek siły nabywczej (tak uważa 54 procent ankietowanych Francuzów). Respondenci ostro krytykują pogarszający się stan systemu opieki społecznej (44 procent) oraz wyrażają zaniepokojenie rosnącym długiem publicznym (33 procent). Emmanuel Macron może obecnie liczyć na głosy zaledwie 53 procent swojego dotychczasowego, centrowego elektoratu, co oznacza, że aż 47 procent jego dawnych wyborców ocenia go negatywnie.

- Reklama -

Nieco lepiej w tym zestawieniu wypada premier Sébastien Lecornu. Po gwałtownym tąpnięciu notowań o 7 punktów procentowych przed miesiącem, szef rządu odzyskał 2 punkty, a jego popularność ustabilizowała się na poziomie 22 procent.

Politycy narodowi nie mogą być pewni wygranej

Prawica musi jednak uważać na niepokojący trend. Zarówno Marine Le Pen, jak i Jordan Bardella odnotowali spadek popularności, chociaż Jordan Bardella (33 procent) i Marine Le Pen (32 procent) utrzymują zdecydowaną przewagę nad pozostałymi politykami. Strata 3 i 4 punktów procentowych może być efektem skomasowanych ataków ze strony lewicy, buntu młodzieży wymierzonego w Le Pen oraz pseudorewelacji – publikacji portalu Mediapart, który od dwóch tygodni nagłaśnia rzekome antysemickie wypowiedzi Bardelli z czasów jego wczesnej młodości.

Czasy się jednak zmieniły i straszenie antysemityzmem Ruchu Narodowego już nie działa. Wręcz przeciwnie – wielu przedstawicieli żydowskiej diaspory we Francji, widzi w Le Pen ochronę przed islamizmem rozlewającym się po kraju wraz z niekontrolowaną imigracją.

Na lewicy rośnie w siłę Mélenchon

Dwójka polityków narodowych wyprzedza w sondażu zaufania b. premiera centrowego Édouarda Philippe’a, który zyskał jeden punkt i osiągnął próg 20 procent poparcia. Daleko w tyle pozostają inni politycy lewicy, która zorganizowała własne prawybory mające wyłonić wspólnego kandydata. Choć wygrał je w pierwszej turze eurodeputowany Raphaël Glucksmann, obiecując „zjednoczenie demokratycznej lewicy” w celu powstrzymania prawicy, ten socjalistyczny polityk nie ma większych szans na wejście do drugiej tury. Po tej stronie sceny politycznej, wydaje się, że jednak głosy zgarnie i tak skrajnie lewicowy Jean-Luc Melenchon (LFI), którego partia płynie obecnie na fali protestów uczniów i nadaje im nawet pewien ton polityczny. Mélenchon cieszy się największym poparciem wśród młodych, zradykalizowanych wyborców, którzy podczas paryskich manifestacji śpiewali wraz z nim „Międzynarodówkę”.

W wielu ostatnich sondażach prezydenckich, to Melenchon jest typowany jako potencjalny rywal Le Pen w II turze. Zwłaszcza, jeśli kandydatem bloku centrowego będzie Gabriel Attal zamiast Édouarda Philippe’a. Wówczas Jean-Luc Mélenchon znacznie wyprzedzi kandydata centrowego (20 procent do 13,5 procent). Sondaż Cluster 17 dla Politico wskazywał, że lepszy dla obozu prezydenckiego byłby Édouard Philippe, który remisuje z Jean-Luc Mélenchonem (obaj mieli po 19 procent poparcia), ale i tak byli w tym sondażu daleko za Marine Le Pen (31 procent). Prawica narodowa jeszcze nigdy w historii V Republiki nie była tak blisko przejęcia władzy. Do wyborów pozostało jednak kilka miesięcy i nad Sekwaną może wydarzyć się jeszcze wiele – czego najlepszym dowodem jest ostatni bunt uczniów.

Lewica się coraz bardziej radykalizuje

W kontekście radykalizującej się lewicy warto przypomnieć ubiegłoroczny uniwersytet letni zorganizowany przez partię Zbuntowana Francja (LFI). „Najgorszą plagą dzisiejszych czasów jest chrześcijaństwo” – takie tezy padały na rzeczonej imprezie. Skargę na głoszone tam hasła złożyła organizacja AGRIF (General Alliance), uznając tezy za przejaw rasizmu religijnego i domagając się poszanowania tożsamości francuskiej i chrześcijańskiej. Hasła głoszące, że „najgorszą plagą dzisiejszych czasów jest chrześcijaństwo”, wywołały skandal.

Powszechny Sojusz Przeciwko Rasizmowi i na rzecz Poszanowania Tożsamości Francuskiej i Chrześcijańskiej (AGRIF) kontynuuje ofensywę prawną w tego typu sprawach. Organizacja ma już na koncie wygraną w procesie dotyczącym rasistowskiego, „antybiałego”, podłoża zabójstwa Thomasa Perotto w Crépol. Pod koniec wakacji AGRIF złożyło pozew przeciwko partii La France Insoumise za treści wygłaszane podczas letniego uniwersytetu „AMFIS 2025”.

Letnia szkoła LFI odbywała się w dniach 21–24 sierpnia 2025 roku w Châteauneuf-sur-Isère. W jej ramach zorganizowano dyskusję panelową na temat „międzynarodowych twarzy skrajnej prawicy”, którą moderował deputowany – działacz Antify – Raphaël Arnault. Podczas dyskusji jeden z uczestników powiedział m.in., że „najgorszą plagą współczesności jest chrześcijaństwo. Chrześcijanie są najpotężniejsi i prowadzą najbardziej nieludzką politykę”. Paneliści nawet nie zareagowali na te sformułowania, płynnie kontynuując temat o… dyskryminacji muzułmanów.

Dla AGRIF ta sytuacja stanowi doskonały przykład podwójnych standardów dotyczących wolności religijnej w debacie publicznej. Stowarzyszenie argumentuje, że takie wypowiedzi i oświadczenia stanowią „publiczną zniewagę dla chrześcijan i dyskryminują ich z powodu przynależności religijnej”. Chrześcijaństwo określane jako „najgorsza plaga” lub oskarżenie chrześcijan o prowadzenie „najbardziej nieludzkiej polityki” nie mają żadnego uzasadnienia ani poparcia w faktach. AGRIF dość przewrotnie pokazuje, że zarzuty „rasizmu” to zawsze miecz o jednym ostrzu, a jedyną formą ksenofobii, która nie spotyka się z potępieniem salonów, pozostaje rasizm antyfrancuski i antychrześcijański.

Święto komunistycznej gazety

Rozmaite ekscesy i paranoja lewicy były widoczne na Corocznym święcie „L’Humanité”, dawnego organu Francuskiej Partii Komunistycznej. W tym roku na tym festynie brylował jednak Jean-Luc Melenchon. Ze strony lewicowych aktywistów i polityków padały zadziwiające słowa. Uczestnicy mogli się np. dowiedzieć, że we Francji „dzieci czarnoskóre i arabskie nie mają prawa do dzieciństwa”. Szef FPK Fabien Roussel wzywał do „przeprowadzenia rewolucji teraz, na ulicach, przed urnami wyborczymi”. Były ataki na policję, obrona zjawiska imigracji czy krytyka „białych ludzi” i ich cywilizacji. Na „Fête de l’Humanité” ujawniały się wszystkie lewicowe aberracje.

Lider Zbuntowanej Francji Jean-Luc Mélenchon, przemawiając przed publicznością entuzjastycznie nastawioną do jego idei, potwierdził chęć „wymazania części” francuskiego zadłużenia, krytykował „niemoralny wzrost liczby miliarderów od czasu dojścia Emmanuela Macrona do władzy”. Jego analiza polityczna była otwarcie marksistowska. Przekonywał, że „nie ma ubóstwa, jeśli nie ma generowania wartości dodatkowej, jeśli nie ma nieodpłatnej pracy, jeśli nie ma podatków” i plótł o „walce o podział bogactwa między kapitałem a pracą”.

I sekretarz FPK Roussel wszedł w te same tony i postanowił przebić Melenchona i pokazać, że Partia Komunistyczna nie ustępuje w radykalizmie. Na głównej scenie Fête de l’Humanité oświadczył: „Proponuję, abyśmy teraz dokonali rewolucji na ulicach, przed urnami wyborczymi”. „Nie chcę, żebyśmy czekali na wybory prezydenckie, żeby coś się zmieniło. Musimy przeprowadzić rewolucję już teraz!” – dodał. Te słowa i radykalne nastroje stanowią wyraźny przedsmak tego, w jakim kierunku zmierza sytuacja polityczna we Francji po ewentualnym zwycięstwie wyborczym Marine Le Pen.

Całość obrazu francuskiej lewicy uzupełniały przemówienia aktywistów składających jeszcze bardziej radykalne deklaracje. Szczególne kontrowersje wywołały wypowiedzi Elsy Marcel – prawniczki, radnej miejskiej z Saint-Denis, a zarazem działaczki i rzeczniczki trockistowskiego ugrupowania Révolution Permanente. „Partia Socjalistyczna zatwierdziła ustawę Cazeneuve’a, ustawę dającą licencję na zabijanie, co spowodowało pięciokrotny wzrost liczby zabójstw dokonywanych przez policję” – grzmiała aktywistka. Jej atak na policję wywołał reakcję związków zawodowych stróżów prawa. Syndykat Alliance Police Nationale wezwał prefekta paryskiej policji Laurenta Nuñeza do skierowania sprawy przeciwko radnej do sądu, argumentując, że jej wypowiedzi „wykraczają poza zwykłą krytykę polityczną” i stanowią podżeganie do nienawiści wobec funkcjonariuszy.

Nie zabrakło również krytyki neokolonializmu. Wissam Xelka (właściwie Wissam Bengherbi) – aktywista przedstawiany jako „dekolonialista” – także oskarżał policję o rasizm. W swojej analizie przekonywał: „Wśród wszystkich niebiałych ludzi istnieje wspólna świadomość realnego zagrożenia. Za byle co ryzykujemy śmierć. Będziemy musieli trzymać się razem i organizować. Ta instytucja (policja) jest zepsuta, panuje tam faszystowska radykalizacja”. Takie tezy trudno przebić, ale doskonale ilustrują one, w jakie zaułki zabrnęła już francuska lewica. Ten sam aktywista mówił również o „dzieciach niebiałych”: „Dzieci czarnoskóre i arabskie nie są uważane za takie same jak inne. Nie mają prawa do dzieciństwa, nie ma dla nich domniemania niewinności. Dzieci o innym kolorze skóry niż biały są znacznie bardziej narażone na wejście na drogę dewiacji, ponieważ doskonale wiedzą, że nie mają przyszłości”.

Imigranci mają być motorem napędowym sukcesów lewicy i nic dziwnego, że wielu polityków LFI sprzeciwiało się pomysłom referendum w sprawie ograniczenia imigracji…

Najnowsze