Kiedy dziennikarze ujawniają, że krewny wpływowego polityka omija szpitalną kolejkę, państwo powinno zbadać nadużycia władzy. Władza woli jednak ścigać tych, którzy nadużycia ujawniają. W sprawie zabiegu syna senatora Tomasza Lenza z Koalicji Obywatelskiej prokuratura Waldemara Żurka postanowiła zapolować na informatorów.
Wiosną br. Wirtualna Polska opisała skandaliczne wydarzenia ze szpitala w Aleksandrowie Kujawskim. Najogólniej rzecz ujmując, senator Koalicji Obywatelskiej Tomasz Lenz załatwił synowi operację w ramach NFZ, na którą w normalnych warunkach musiałby czekać miesiącami albo i latami.
Zabieg był wykonany poza standardową procedurą, bez kolejki, z udziałem ordynatora chirurgii i anestezjologa, którzy w tym czasie pełnili dyżur na różnych oddziałach.
Po publikacji WP, w szpitalu powołano komisję wewnętrzną do wyjaśnienia sprawy, a NFZ wszczął kontrolę. Jak przekazała rzecznik kujawsko-pomorskiego NFZ Barbara Nawrocka, kontrola ujawniła, że „szpital nie zapewnił należytej, całodobowej opieki lekarskiej w Oddziale Chirurgii Ogólnej i Onkologicznej oraz w Oddziale Anestezjologii i Intensywnej Terapii w dniu 15 marca przez udzielenie w trakcie dyżuru lekarskiego przez jedynych lekarzy będących na dyżurach w tych oddziałach, świadczenia poza systemem świadczeń opieki zdrowotnej finansowanych ze środków publicznych”. NFZ nałożył na szpital karę 134 tys. zł.
Prokuratura wszczęła w tej sprawie śledztwo, ale toczy się ono bardzo opieszale. Jest też i drugie postępowanie, które akurat toczy się dynamicznie. Śledczy chcą ustalić, kto w ogóle odważył się powiadomić o sytuacji media.
Polowanie na źródło
Prokuratura chciała tego dowiedzieć się od Michała Janczury, który skandal ujawnił. Dziennikarz informatora nie wydał. Prokuratura Żurka zaczęła więc kopać głębiej.
Śledczy wzięli pod lupę bilingi dyrektora szpitala, Mariusza Trojanowskiego. Zauważyli, że łączył się on z autorem tekstu, Janczurą. We wrześniu Trojanowski został wezwany na przesłuchanie w charakterze świadka. Z gabinetu prokuratora nie mógł już wyjść z własnym smartfonem. Postawiono mu ultimatum: albo wyda urządzenie dobrowolnie, albo policja odbierze je siłą podczas przeszukania.
W prokuratorskim postanowieniu wprost widniały dane reportera WP. Cel był oczywisty – dotarcie do treści korespondencji.
Wolność prasy zagrożona
Działania bydgoskiej prokuratury wywołują kategoryczny sprzeciw obrońców praw człowieka. Zabezpieczenie urządzenia komunikującego się z dziennikarzem to bezpośrednie uderzenie w fundamenty wolności prasy.
– Jeżeli organy ścigania mają wiedzę, że jakiś materiał, dokument czy nośniki informacji typu telefon […] zawierają informacje objęte tajemnicą zawodową, tajemnicą dziennikarską, to mają prawny obowiązek zastosowania odpowiedniej procedury – punktuje adwokat Konrad Siemaszko, koordynator Programu Wolność Słowa w Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka.
Ekspert podkreśla, że prokuratura całkowicie zignorowała art. 226 kodeksu postępowania karnego. Uchylenie tajemnicy dziennikarskiej wymaga bowiem uprzedniej zgody niezawisłego sądu, i to wyłącznie w sprawach dotyczących najcięższych zbrodni, takich jak morderstwa czy terroryzm.
– Sąd jest tutaj gwarantem zachowania ochrony tajemnicy […]. I, co szczególnie ważne, ta kontrola sądowa musi nastąpić przed uzyskaniem dostępu przez organy ścigania do treści zawartych w tym dokumencie czy w sprzęcie. Bo, mówiąc kolokwialnie, co się zobaczyło, to się nie odzobaczy – zaznacza mecenas Siemaszko.
Żurek zbada sprawę
Podczas środowego briefingu prasowego w Warszawie Waldemar Żurek był pytany przez dziennikarzy, czy jako prokurator generalny miał informację o tym, że prokuratura „dobiera się do bilingów” dziennikarza wp.pl i „tropi jego informatorów”?
– Takiej informacji nie miałem, (…) muszę przyznać, że ja się dowiaduję o tym z mediów – mówił minister Żurek. Zaznaczył przy tym, że prokurator generalny nie wie o wszystkich śledztwach i działaniach operacyjnych służb, czy też zleceniach prokuratorów w każdej sprawie.
Żurek podkreślił, że jest zwolennikiem wolności mediów, a jako były sędzia ma świadomość tego, czym jest tajemnica dziennikarska. – Są takie fundamenty: tajemnica obrończa, tajemnica spowiedzi, tajemnica dziennikarska. Ja bym chciał, żeby demokratyczne państwo szanowało przestrzeganie właśnie tych tajemnic – powiedział Żurek.
W późniejszym wpisie na X Żurek poinformował, że „wraz z Prokuratorem Krajowym Dariuszem Kornelukiem podjęli działania, aby zbadać, czy nie doszło do naruszeń praw i wolności obywatelskich”.
Tajemnice w aktach sprawy
Sytuacja jest tym bardziej skandaliczna, że dziennikarz i dyrektor szpitala kontaktowali się już wcześniej. Rok wcześniej współpracowali przy demaskowaniu nieprawidłowości w podziale środków z KPO – sprawie, za którą Trojanowski został zresztą zawieszony w prawach członka KO.
Teraz cała ta wrażliwa korespondencja trafiła w ręce prokuratury bez żadnego nadzoru. Co gorsza, senator Lenz, jako strona postępowania, może potencjalnie uzyskać wgląd w akta sprawy i poznać kulisy pracy operacyjnej dziennikarzy.
Redakcja Wirtualnej Polski uspokaja, że śledczy nie znajdą w zarekwirowanym telefonie dowodów na to, kto przekazał informacje o marcowym syna senatora Lenza. Niemniej, prokuratorska próba obejścia prawa w „białych rękawiczkach” tworzy bardzo groźny precedens.
Pokazuje, że aparat państwowy jest gotów nagiąć procedury nie po to, by ścigać patologie władzy, lecz po to, by zastraszyć tych, którzy je ujawniają.


