Aplikacje randkowe miały ułatwić szukanie drugiej połówki. Zamiast tego coraz częściej zostawiają po sobie zmęczenie i poczucie, że wśród setek profili trudno dostrzec prawdziwego człowieka. Dla wielu singli ikony Tindera, Hinge’a czy Bumble’a wciąż są na pulpicie smartfona, ale otwierane są już znacznie rzadziej i bardziej z przyzwyczajenia niż z nadzieją.
Kilka rozmów, jedno spotkanie, czasem kolejne i nagle cisza. Ten scenariusz powtarza się wyjątkowo często. Autorka tekstu na łamach portalu time.com, która przez osiem lat korzystała z kilku aplikacji, przyznaje, że nie zbudowała w ten sposób żadnego związku. Rzadko dochodziła nawet do drugiej randki.
Nie jest wyjątkiem. Z badania Harris Poll z 2026 roku wynika, że dwie trzecie singli nie korzysta z aplikacji randkowych, a aż 80 proc. Amerykanów uważa poznanie kogoś „w prawdziwym życiu” za coś sympatycznego lub atrakcyjnego.
Coraz więcej osób dochodzi do wniosku, że mechanizm aplikacji nie sprzyja zaciekawieniu drugą osobą i emocjonalnemu zaangażowaniu.
Setki wyborów, coraz mniej energii
Aplikacje obiecują niemal nieograniczony dostęp do potencjalnych partnerów. Kilka ruchów kciukiem wystarczy, by zobaczyć dziesiątki nowych twarzy. Ma to jednak swoją cenę.
Każde wejście do aplikacji oznacza serię bardzo szybkich decyzji. Przesunąć w lewo czy w prawo, napisać pierwszą wiadomość czy czekać, kontynuować rozmowę, umawiać spotkanie, dać komuś kolejną szansę, czy może szukać dalej.
Badania prowadzone przez Arizona State University wskazują, że wśród użytkowników aplikacji wraz z upływem czasu mogą narastać emocjonalne wyczerpanie i poczucie bezskuteczności. Użytkownicy muszą oceniać znacznie więcej osób niż w relacjach offline, choć wiedzą o nich zaskakująco mało. Efektem ma być znużenie podejmowaniem decyzji, a z czasem także rosnący dystans i cynizm.
Każda nieodczytana wiadomość, zniknięcie dopasowania czy nagłe urwanie kontaktu to niewielkie rozczarowanie. Z czasem takich doświadczeń robi się jednak na tyle dużo, że trudno traktować kolejną rozmowę z autentycznym entuzjazmem.
Randkowanie zamienione w grę
Problem polega też na tym, że aplikacje upraszczają skomplikowany proces poznawania drugiej osoby. W świecie offline uczucie rodzi się często powoli – przez rozmowy, mowę ciała, wspólne wyjścia, zachowanie w przypadkowych sytuacjach. W aplikacji wszystko zostaje sprowadzone do prostych komunikatów: przesunięcie, dopasowanie, wiadomość albo milczenie.
Filozof Karim Nader zauważa, że w takim modelu celem może niepostrzeżenie przestać być relacja. Zastępuje ją zbieranie dopasowanych par (ang. matchów). Jest to mierzalne i dające, na krótko wprawdzie, potwierdzenie swojej atrakcyjności.
„Wczoraj dopasowałam się z 12 mężczyznami. Napisało tylko dwóch” – opisuje autorka. Niby nikt nie kończy kontaktu, ale też nikt nie próbuje go rozpocząć. Samo dopasowanie dla wielu okazuje się nagrodą wystarczającą.
Człowiek jak produkt na półce
Nadmiar wyboru sprzyja także powierzchownym ocenom. Gdy profile przesuwają się jeden po drugim, zdjęcie, wzrost, fryzura, zawód czy niezręcznie napisany opis stają się skrótem dla całej osobowości. Decyzję o odrzuceniu można podjąć w dwie sekundy.
To naturalna reakcja na mechanizm, który każe sortować ludzi jak produkty. Po co poświęcać czas komuś niedoskonałemu, skoro za chwilę może pojawić się profil osoby zabawniejszej, atrakcyjniejszej albo pozornie bardziej kompatybilnej?
Ogromny wybór niby ma ułatwiać znalezienie partnera, ale z czasem wychodzi, że znacznie trudniej trudniej o ciekawość, cierpliwość i wewnętrzną zgodę na to, że prawdziwa relacja nie zawsze jest idealna od pierwszej chwili. Być może dlatego coraz więcej osób robi dziś to, co jeszcze niedawno wydawało się nie do pomyślenia. Usuwa aplikacje i próbuje znów spotkać kogoś poza ekranem.


