Minister sprawiedliwości i prokurator generalny Waldemar Żurek ogłosił podczas obchodów Dnia Niepodległości Ukrainy w Warszawie, że powołał ponad sto prokuratorów do ścigania „każdego przejawu nienawiści”. Słowa padły w kontekście fali hejtu wobec cudzoziemców, zwłaszcza Ukraińców, i towarzyszyło im zapewnienie, że sprawcy „następnego dnia prowadzeni są w kajdanach do sądu”.
Wkrótce minister precyzował: chodzi o przestępstwa motywowane uprzedzeniami wobec wszystkich, nie tylko Ukraińców, a liczba specjalistów wynika z reorganizacji istniejących struktur, nie z tworzenia nowych etatów. Fakt pozostaje faktem: państwo polskie pod rządami koalicji Donalda Tuska wyznaczyło specjalną grupę śledczych do tropienia słów i motywów, a ogłoszenie tego nastąpiło właśnie w trakcie ukraińskiego święta narodowego.
Co zrobił Żurek?
To nie jest tylko sprawa będąca techniczną reformą prokuratury. Jest symptomem głębszej choroby: państwa, które coraz chętniej reguluje, co wolno mówić, a co już stanowi przestępstwo, i które priorytety ustawia według aktualnej koniunktury politycznej i medialnej. Co dokładnie zrobił Żurek? Od lutego 2026 roku, na mocy rozporządzenia, sprawy o przestępstwa motywowane uprzedzeniami (znieważenie z powodu narodowości, rasy, wyznania, propagowanie totalitaryzmu, publiczne pochwalanie agresji itd.) trafiają do wyznaczonych prokuratur rejonowych – po jednej w większości okręgów, więcej w Warszawie. Łącznie mówi się o około stu przeszkolonych prokuratorach. Według ministra efekt jest szybki: setki aktów oskarżenia w krótkim czasie. Wcześniej sprawy często kończyły się umorzeniami. Teraz mają iść do sądów sprawniej.
Brzmi rozsądnie? W teorii tak. Kodeks karny od lat zawiera przepisy o znieważeniu z powodów narodowościowych czy nawoływaniu do nienawiści. Problem nie leży w samym istnieniu tych przepisów, lecz w ich selektywnym i priorytetowym egzekwowaniu. Gdy minister sprawiedliwości stoi na scenie ukraińskiego święta i chwali się armią prokuratorów od „nienawiści”, a jednocześnie polscy podatnicy wciąż finansują ogromną pomoc dla Ukrainy, powstaje wrażenie, że państwo polskie pilnuje głównie nastrojów wobec gości, a nie własnych obywateli. Krytycy z prawej strony – od Konfederacji po część PiS – zarzucają, że to narzędzie do nękania Polaków za krytykę polityki migracyjnej, za wskazywanie realnych problemów z przestępczością czy za przypominanie historycznych krzywd.
Żurek odpiera: prawo chroni każdego, kto jest w polskiej przestrzeni prawnej, także Polaka zaatakowanego przez Ukraińca. Brzmi pięknie. Praktyka pokaże, czy prokuratorzy równie ochoczo zajmą się sprawami, w których ofiarą jest Polak, a sprawcą cudzoziemiec, zwłaszcza gdy media głównego nurtu wolą milczeć.
Wolność słowa czy „bezpieczeństwo” debaty?
„Mowa nienawiści” to pojęcie niezwykle elastyczne. W rękach prokuratury i sądów staje się narzędziem, które może uderzać w ostrą krytykę, satyrę, historyczne rozliczenia czy po prostu w niewygodne fakty. Polska tradycja wolnościowa – ta, którą „Najwyższy Czas!” od lat broni – opiera się na założeniu, że złe poglądy pokonuje się w debacie, a nie kajdankami. Państwo ma ścigać konkretne czyny: pobicia, groźby karalne, rzeczywiste nawoływanie do przemocy. Nie powinno natomiast tworzyć specjalnych oddziałów do oceny intencji i „uprzedzeń”. Historia uczy, że specjalne jednostki do walki z „nieprawomyślnymi” treściami szybko wymykają się spod kontroli. W PRL istniały mechanizmy cenzury prewencyjnej i ścigania „wrogiej propagandy”. Dziś język jest nowocześniejszy – „przestępstwa z nienawiści”, „hejt”, „uprzedzenia” – ale mechanizm podobny: państwo decyduje, które słowa są szczególnie niebezpieczne, i mobilizuje aparat do ich tropienia. Gdy minister ogłasza to akurat podczas obchodów święta innego narodu, komunikat jest jasny: niektóre grupy zasługują na szczególną ochronę, inne – na szczególną czujność. Nie chodzi o zaprzeczanie, że w Polsce pojawiają się akty agresji wobec Ukraińców. Wojna, fala uchodźców, zmęczenie społeczeństwa, rosyjska propaganda – wszystko to realnie wpływa na nastroje. Ale odpowiedzią nie może być tworzenie specjalnej ścieżki prokuratorskiej, która łatwo zamienia się w instrument polityczny. Szczególnie gdy jednocześnie realne problemy – przestępczość pospolita, korupcja, przeciążenie sądów sprawami gospodarczymi – nie cieszą się podobnym priorytetem.
Podwójne standardy i priorytety rządu
Rząd Tuska od początku deklarował „odbudowę praworządności”. W praktyce widzimy selektywną sprawiedliwość. Jedni prokuratorzy i sędziowie są „dobrzy”, inni „źli” – w zależności od tego, kto ich nominował. Teraz dochodzi specjalizacja od mowy nienawiści. Czy prokuratorzy wyznaczeni do tych spraw będą równie aktywni, gdy „nienawiść” dotyczy Polaków krytykujących unijną politykę migracyjną, genderową ideologię czy ukraińską politykę historyczną wobec Wołynia? Czy zajmą się sprawami, w których media lewicowe milczą? Doświadczenie innych krajów zachodnich pokazuje, że walka z hate speech szybko rozszerza się na krytykę islamu, na obronę tradycyjnej rodziny, na sprzeciw wobec masowej imigracji. W Wielkiej Brytanii czy Niemczech ludzie odpowiadają za memy, tweety i „niewłaściwe” poglądy. Polska, dzięki silniejszej tradycji wolnościowej i większej odporności społeczeństwa, długo opierała się tej fali. Decyzja Żurka jest krokiem w przeciwnym kierunku. Warto też zauważyć kontekst polityczny. Koalicja rządząca mocno stawia na narrację proukraińską. Pomoc humanitarna, wojskowa, otwarcie rynku pracy – wszystko to kosztuje polskich podatników miliardy. Gdy jednocześnie rośnie zmęczenie społeczeństwa, a część Ukraińców nie integruje się lub – w skrajnych przypadkach – popełnia przestępstwa, władza woli ścigać „hejt” niż otwarcie rozmawiać o limitach pomocy, o kontroli granic i o wzajemności. Łatwiej wyznaczyć prokuratorów, niż przyznać, że polityka ma swoje koszty społeczne.
Co dalej?
Sto prokuratorów to nie apokalipsa. To jednak jasny sygnał kierunku. Państwo, które specjalizuje się w ściganiu słów zamiast w ochronie obywateli przed realną przemocą i przestępczością, traci zaufanie. Wolność słowa nie jest luksusem dla elit – jest fundamentem, na którym opiera się możliwość krytyki władzy, mediów i modnych narracji. „Najwyższy Czas!” od lat powtarza: im mniej państwa w głowach obywateli, tym lepiej. Specjalne zespoły prokuratorskie od „nienawiści” to więcej państwa w głowach. A ogłaszanie ich podczas święta Ukrainy tylko potwierdza, że priorytety obecnej władzy niekoniecznie pokrywają się z interesami polskich obywateli, którzy mają prawo do ostrej, nawet niewygodnej debaty o tym, co dzieje się w ich kraju. Jeśli prokuratura naprawdę chce chronić wszystkich równo, niech robi to na podstawie istniejących przepisów, bez specjalnych ścieżek i bez medialnych ogłoszeń przy okazji cudzych świąt. W przeciwnym razie „walka z mową nienawiści” stanie się po prostu kolejnym narzędziem selektywnej sprawiedliwości – a ta, jak wiadomo, sprawiedliwością nie jest. Polacy mają prawo mówić głośno o swoich obawach, o kosztach polityki otwartych drzwi, o historii i o przyszłości. Państwo, które zamiast słuchać, wyznacza prokuratorów do ścigania „przejawów”, samo generuje napięcia, które rzekomo chce gasić. To nie jest droga do ładu. To droga do cichej cenzury.


