Strona głównaGŁÓWNYJak żydowski donos zrujnował życie Polaka. Frank Waluś – zapomniana ofiara „polowania...

Jak żydowski donos zrujnował życie Polaka. Frank Waluś – zapomniana ofiara „polowania na nazistów”

-

- Reklama -

Skąd Jan Tomasz Gross zaczerpnął inspirację do swojego pseudohistorycznego paszkwilu „Sąsiedzi” („Neighbors”), w którym fałszywie oskarżył Polaków o mordowanie Żydów? Być może inspiracją była tu akcja Szymona Wiesenthala, znanego „łowcy nazistów”, który od lat 70. XX w. prowadził akcję wyszukiwania silent nazi neighbors, czyli „cichych sąsiadów nazistów”. Akcja ta doprowadziła do wielu rujnujących ludziom życie oskarżeń, z których duża część okazała się tak samo nieprawdziwa jak książka Grossa. Jednym z poszkodowanych takimi oskarżeniami był Frank Walus, czyli Franciszek Waluś, Polak, który okupację spędził na robotach w Niemczech, a w Ameryce został oskarżony o niemieckie zbrodnie.

Frank Walus był ofiarą żydowskiego donosu i wadliwego procesu denaturalizacyjnego w USA, a nie zbrodniarzem wojennym. Oskarżenia o członkostwo w Gestapo i udział w zbrodniach na Żydach w gettach Kielc i Częstochowy w latach 1939–1943 okazały się nieuzasadnione. Sąd apelacyjny uchylił wyrok, a Office of Special Investigations (OSI) Departamentu Sprawiedliwości USA odstąpiło od ponownego procesu po dokładnym zbadaniu dokumentów, stwierdzając, że nie może odpowiedzialnie kontynuować sprawy.

- Reklama -

Walus otrzymał częściowy zwrot kosztów. To był klasyczny przypadek błędnej identyfikacji opartej głównie na zeznaniach świadków złożonych po upływie dziesięcioleci od badanych wydarzeń, bez solidnych dokumentów potwierdzających obecność oskarżonego w Polsce w krytycznym okresie.

- Reklama -

Z robotnika na zbrodniarza

Walus urodził się 29 lipca 1922 r. w Niemczech, w Hof-Wendorf na Rugii jako syn polskich robotników rolnych. Po śmierci ojca w 1932 r. matka przeniosła rodzinę do Polski, w okolice Kielc. W 1940 r., mając ok. 17 lat, został – jak miliony Polaków – wywieziony na roboty przymusowe do Niemiec w okolice Neu-Ulm. Pracował w gospodarstwach rolnych. Po wojnie wrócił do Polski (m.in. do Kielc), a w 1959/1963 wyemigrował do USA. Osiadł w Chicago, pracował w fabryce samochodów (m.in. General Motors), uzyskał obywatelstwo w 1970 r. Był zwykłym robotnikiem.

- Reklama -

W połowie lat 70. Simon Wiesenthal, znany tropiciel nazistów, przekazał władzom USA i Izraelowi informacje, że Walus miał współpracować z Gestapo. Izraelska policja ogłosiła poszukiwania świadków, publikując jego fotografię. Szybko zgłosili się ocaleni z gett, którzy na podstawie zdjęć z lat 50./60., gdy Waluś był już mężczyzną w średnim wieku, zidentyfikowali go jako funkcjonariusza Gestapo i SS odpowiedzialnego za egzekucje, pobicia i zbrodnie w Kielcach i Częstochowie.

W styczniu 1977 r. rząd USA złożył na tej podstawie pozew o unieważnienie obywatelstwa Walusia z uwagi na ukrycie faktów przy naturalizacji – rzekomego członkostwa w Gestapo i SS i dokonania zbrodni.

Proces toczył się przed żydowskim sędzią Juliusem Hoffmanem. Dwunastu świadków – ocalonych Żydów z gett – zeznawało o konkretnych aktach przemocy: rozstrzeliwaniu dzieci, kobiet, biciu na śmierć prętem, egzekucjach. Identyfikacje opierały się na wyglądzie, imieniu oraz wspomnieniach sprzed ok. 35 lat.

Sąd w pierwszej instancji w 1978 r. uznał oskarżenia za udowodnione, odebrał Walusiowi obywatelstwo i otworzył drogę do deportacji. Media, w tym żydowskie i amerykańskie, nagłośniły sprawę, a Walusia określały jako „nazistę z Chicago”. Walus stracił przyjaciół, reputację, popadł w długi – obrona kosztowała go ponad 60 tys. dolarów.

Dowody obrony i upadek sprawy

Waluś konsekwentnie twierdził jednak, że w latach 1940–1945 był robotnikiem przymusowym w Niemczech. Przedstawił świadków, w tym swoich gospodarzy i ich rodziny, dokumenty niemieckie, ubezpieczenia zdrowotne, ewidencję zatrudnienia na farmach, alibi potwierdzające ciągłość pracy. Fizycznie nie pasował też do opisu: był niski (ok. 160–163 cm), młody w czasie wojny, bez wykształcenia typowego dla oficera Gestapo. Brakowało jakichkolwiek niemieckich, polskich czy innych dokumentów potwierdzających jego obecność w Gestapo, SS lub w gettach Kielc czy Częstochowy. Polska komisja badająca zbrodnie hitlerowskie też nic na niego nie znalazła.

W efekcie chicagowski sąd apelacyjny (Seventh Circuit) w 1980 r. uchylił wyrok. Sędzia apelacyjny skrytykował sposób prowadzenia procesu przez Hoffmana, w tym uniemożliwienie konfrontacji stron oraz jawną wrogość wobec obrony, wskazał na słabości dowodów świadków i siłę nowych dowodów dokumentalnych.

Sprawa wróciła do OSI. Po wyczerpującym śledztwie uwzględniającym kwerendę w archiwach niemieckich, polskich i izraelskich OSI stwierdziło brak dowodów łączących Walusia z Gestapo lub obecnością w Polsce w okresie zbrodni, a za „niepodważalne” uznało dowody, że był robotnikiem w Niemczech.

W listopadzie 1980 r. odstąpiono od ponownego procesu. Sędzia Prentice Marshall umorzył sprawę. Walus odzyskał obywatelstwo; rząd zwrócił mu część kosztów (ok. 30–34 tys. dolarów).

Walus, po procesie mówił, że rząd zniszczył mu życie. Sprzedał dom, mieszkał u dzieci, do końca życia nosił piętno zbrodniarza. Zmarł w 1994 r. po kilku zawałach. Sprawa stała się przykładem, jak wątpliwe jest opieranie ciężkich oskarżeń wyłącznie na zeznaniach świadków przedstawianych po wielu latach, bez dokumentów potwierdzających ich zawartość – zwłaszcza przy identyfikacjach fotograficznych z okresu znacznie późniejszego. Wiesenthal i niektórzy tropiciele nazistów krytykowali decyzję o umorzeniu; inni uznali, że kontynuacja procesu wobec ilości dowodów byłaby nieodpowiedzialna.

Pomyłki identyfikacyjne zdarzały się w wielu podobnych sprawach powojennych; presja na tropienie nazistów w USA w latach 70. sprzyjała pośpiesznym działaniom.

Żydowski donosiciel

W trakcie procesów Walusia wyszło na jaw, że wprawdzie oficjalnie sprawę prowadził Wiesenthal, ale prawdziwym źródłem donosu był jego sąsiad, a właściwie lokator, niejaki Michael Alper, znany też jako Michał Alper lub pod przybranym nazwiskiem Marian Lipowski. To właśnie od jego donosu wszystko się zaczęło.

Alper, polski Żyd, którego rodzice zginęli z rąk Niemców, mieszkał u Walusia w Chicago od około 1971 do maja 1973 roku. Mimo że – według własnych zeznań – Walus miał mu rzekomo opowiadać przy kuchennym stole o swojej służbie w Gestapo, o mordowaniu Żydów w Kielcach i Częstochowie, o rzucaniu żydowskich dzieci o ścianę i o innych bestialstwach, Alper nadal z nim mieszkał, nie przyznając się, że jest Żydem ocalonym przez Polaków. Co więcej, w marcu 1973 sprowadził do domu Walusia swoją świeżo poślubioną żonę Theresę. Przyjaźnił się z rodziną Walusia, korzystał z jego dachu nad głową.

Oskarżenia się pojawiły, gdy między mężczyznami wybuchł ostry spór o pieniądze – Walus oskarżył Alpera o oszustwo na kwotę tysiąca dolarów (rzekome wyłudzenie od innej osoby). Kłótnia skończyła się tak, że żydowski lokator został wyrzucony. Po tym gwałtownym konflikcie Alper udał się do chicagowskich organizacji żydowskich i złożył swój donos.

Podczas pierwszego procesu sędzia nie wyciągnął z tej sytuacji żadnych wniosków. Dopiero sąd apelacyjny w 1980 roku wyraźnie wskazał na silny konflikt: po wyrzuceniu Alper szkalował Walusia wśród sąsiadów, niszczył mu reputację, groził, a nawet – według niektórych relacji – próbował go prześladować. Alper i jego żona przyznali, że nigdy wcześniej nie zgłosili rzekomych „przyznań” Walusa – zrobili to dopiero po gorzkim konflikcie finansowym, rok później, w 1974 r. Dopiero wtedy informacja trafiła do Szymona Wiesenthala, a stamtąd do amerykańskiego INS i izraelskiej policji. Alper zeznawał potem w procesie jako świadek oskarżenia, powtarzając historię o rzekomych przechwałkach Walusia.

Czarna historia przedsiębiorstwa holokaust

Donos Alpera jest klasycznym przykładem, jak prywatna uraza, spór o pieniądze i żydowskie organizacje w Chicago mogły uruchomić machinę sprawiedliwości. Walus, prosty polski robotnik, który wziął pod dach rodaka (nie wiedząc nawet, że ten ukrywa żydowskie pochodzenie i że jego rodzice zginęli z rąk Niemców), został za to „wynagrodzony” donosem. Alper poszedł do „swoich”, ci – bez sprawdzania – przekazali sprawę Wiesenthalowi, a ten z właściwą sobie gorliwością rozpętał międzynarodową nagonkę. Fotografia Walusia z 1959 roku (gdy był już mężczyzną w średnim wieku) poszła do Izraela, ogłoszenia w gazetach ściągnęły ocalałych, którzy „rozpoznali” go jako gestapowca z lat 1939–1943. I tak prywatna kłótnia o tysiąc dolarów stała się podstawą do oskarżenia o zbrodnie wojenne, odebrania obywatelstwa, ruinę finansową i piętno na całe życie.

Warto podkreślić: Alper nie był jednym z tych dwunastu ocalałych z gett, którzy później zeznawali o konkretnych egzekucjach. On był tym, który „usłyszał” rzekome przechwałki i – po sporze o pieniądze – poszedł z tym do organizacji żydowskich. To od razu nie wyglądało na czystą troskę o pamięć ofiar. Wyglądało na zemstę.

Od „cichych nazistowskich sąsiadów” do „Sąsiadów”

Ta historia pokazuje mechanizm: nie chodzi o sprawiedliwość, lecz o instrumentarium, w którym prywatny konflikt Polaka z Żydem w chicagowskiej kamienicy może zostać podniesiony do rangi międzynarodowej sprawy o „nazizm”. Wiesenthal początkowo publicznie nie ujawniał, skąd miał informacje o Walusiu, a Alper – po procesie – zniknął, zmienił nazwisko i tożsamość. Walus tymczasem stracił wszystko: dom, oszczędności, reputację, zdrowie. Rząd USA oddał mu później część poniesionych kosztów, ale zmarnowanego życia przecież nie oddał.

A wszystko przecież zaczęło się od lokatora, który zamiast oddać pieniądze albo po prostu się wyprowadzić – poszedł do żydowskich organizacji z historią o Gestapo. To właśnie ten szczegół – spór o pieniądze z żydowskim znajomym, który stał się pierwszym oskarżycielem – najlepiej ilustruje, jak cienka jest granica między osobistą urazą a „walką o pamięć Holokaustu”. Gdyby Alper nie pokłócił się z Walusem o kasę, być może nigdy by nie było procesu, nigdy by nie było „rozpoznań” na podstawie starego zdjęcia, nigdy by nie było demolki życia zwykłego Polaka. Ale była. I właśnie dlatego historia Franka Walusa pozostaje przestrogą przed tym, co się dzieje, gdy prywatna zemsta spotyka się z instytucjonalną gotowością do tropienia „nazistów” za wszelką cenę.

Jan Tomasz Gross pojawił się w Stanach Zjednoczonych w 1969 roku, 6 lat po Walusiu, też z piętnem donosiciela, gdyż „pękł” podczas przesłuchań, gdy został zatrzymany na wiosnę 1968 r. w Warszawie. Na pewno znał historię Walusia i obserwował polowanie Wiesenthala na prawdziwych i nieprawdziwych „cichych nazistowskich sąsiadów”. Czy te historie stały się dla niego inspiracją, by kilka lat później samemu podjąć się podobnej akcji pod dziwnie podobnie brzmiącym tytułem „Sąsiedzi”?

Tomasz Sommer

 


Tekst ukazał się w tygodniku „Najwyższy CZAS!” nr 35-36, 24 sierpnia – 6 września 2026 r. Do nabycia w najlepszych salonach prasowych lub w e-wydaniu na stronie Biblioteki Wolności.

Najnowsze