Mieszkańcy warszawskich Bielan od tygodni alarmują, że w okolicy niemiłosiernie śmierdzi. Burmistrz dzielnicy Grzegorz Pietruczuk o problemie wie, ale twierdzi, że nic się nie da zrobić przez „bariery biurokratyczne”. Tymczasem fetor „bariery biurokratyczne” ma w głębokim poważaniu.
Tylko od czerwca do bielańskiego ratusza wpłynęły 1553 oficjalne zgłoszenia w ramach aplikacji BIO (Bielańskie Incydenty Odorowe). Dodatkowo na lokalnych forach i mediach społecznościowych co i rusz pojawiają się wpisy alarmujące, że od smrodu nie da się wytrzymać.
Problem nie jest nowy, podobne skargi pojawiają się od niemal dekady, ale tego lata skala zgłoszeń jest rekordowa.
Burmistrz dzielnicy, Grzegorz Pietruczuk, przyznaje, że o problemie wie. „Skala zjawiska jest ogromna, co potwierdzają Wasze zgłoszenia” – pisze i dodaje, że sam odczuwa smród.
Główni podejrzani też są powszechnie znani, bo mieszkańcy od lat wskazują na zakłady przetwarzania odpadów Byś oraz MPO.
Skoro więc doskonale wiemy, że śmierdzi, wiemy gdzie i wiemy przez kogo, to dlaczego problem powraca jak bumerang od ponad dekady? Okazuje się, że w Warszawie z fetorem nie da się wygrać, bo przeszkadzają w tym przepisy.
„Formalne wezwania kierowane przez Urząd Dzielnicy do Wojewódzkiego Inspektoratu Ochrony Środowiska (WIOŚ) napotykają na bariery biurokratyczne i procedury odsyłania spraw między instytucjami” – żenująco tłumaczy burmistrz Pietruczuk.
Wymiana pism trwa więc w najlepsze. WIOŚ odsyła dokumenty, Straż Miejska przyjeżdża, wącha i rozkłada ręce, a dzielnica produkuje kolejne żądania „pilnych i bezwzględnych kontroli”. Wszyscy udają, że coś robią, a na warszawskich Bielanach jak śmierdziało, tak śmierdzi.
„Kluczowym problemem pozostaje luka prawna – w Polsce wciąż brakuje jasnych przepisów regulujących tę kwestię” – pisze dalej Pietruczuk.
Wychodzi więc na to, że aby przestało śmierdzieć, trzeba napisać odpowiednią ustawę, która zanim przejdzie przez Sejm, Senat i trafi na biurko prezydenta, to miną długie miesiące, o ile nie lata.
Tymczasem dzielnica wytacza najcięższe działa. Skoro nie da się zwalczyć źródła smrodu, z radosną nowiną ogłoszono, że samorząd przeznacza kolejne 60 tysięcy złotych na rozbudowę sieci czujników pomiarowych. Dzięki nim urzędnicy będą jeszcze precyzyjniej wiedzieli, skąd śmierdzi. I tyle.
Sfrustrowani mieszkańcy, którzy nie mają już najwyraźniej ochoty na analizowanie wykresów z kolejnych czujników, ogłosili, że 28 sierpnia wyjdą na ulice, by sprzeciwić się m.in. rozbudowie uciążliwych zakładów. Coś nam się jednak wydaje, że ich głos nie przebije się przez „bariery biurokratyczne”.
