Rozłam, do którego doszło w Prawie i Sprawiedliwości, sprawił, że na wierzch zaczęły wychodzić dotychczas częściowo skrywane brudy i można było zobaczyć prawdziwą skalę napięć pomiędzy niedawnymi sojusznikami. Odejście z partii Jarosława Kaczyńskiego kilkudziesięciu polityków związanych z Mateuszem Morawieckim stworzyło także nową sytuację na scenie politycznej naszego urokliwego bantustanu, na której mogą skorzystać dwie Konfederacje.
O walkach frakcji w partii z Nowogrodzkiej słychać było od dawna. Jednak jeszcze wiosną wydawało się, że sytuacja została opanowana, a niegdyś rządzące ugrupowanie będzie działać w nieuszczuplonym składzie w oparciu o koncepcję „dwóch płuc”. Strategia ta miała pozwolić formacji Kaczyńskiego nałowienie wyborców zarówno w centrum, jak i wśród bardziej radykalnej grupy, która w ostatnich latach zwróciła się ku dwóm Konfederacjom. Taki stan rzeczy nie utrzymał się jednak długo. W lipcu kierownictwo PiS-u postanowiło zmusić członków partii do podpisania oświadczenia o braku przynależności do stowarzyszeń „prowadzących działalność polityczną”. Na to przystać nie chcieli stronnicy byłego premiera, a aktualnie prezesa stowarzyszenia Rozwój Plus, Mateusza Morawieckiego, który zapowiedział, że „żadnej lojalki nie podpisze, bo to mu się bardzo źle kojarzy”. Pomimo intensywnych rozmów dwóch prezesów, deklaracji gotowości do ustępstw z obu stron, a nawet przedstawienia propozycji21 punktów kompromisu przez Morawieckiego, ostatecznie nie udało się dojść do porozumienia.
Jako że politycy związani z byłym premierem nie podpisali wymaganego oświadczenia w wyznaczonym czasie, Kaczyński wystąpił na konferencji prasowej i ogłosił, że kilkudziesięciu „posłów ich formacji zrezygnowało z członkostwa” i zapowiedział posiedzenie Komitetu Politycznego, który „po prostu przyjmie ten fakt do wiadomości”. Lider formacji z Nowogrodzkiej stwierdził także, że „jest, można powiedzieć, w jakimś sensie po wszystkim”, ale dokonana musi zostać jeszcze formalność. Choć wszyscy spodziewali się wykluczenia osób związanych z Morawieckim już wówczas, to okazało się, że partyjny organ jedynie zatwierdził listę osób, które nie podpisały „lojalki” i przekazał ją do rzecznika dyscypliny partyjnej, który miał się zająć każdą sprawą indywidualnie. Były szef rządu ocenił takie działanie jako próbę przeciągnięcia kiepskiego serialu, a także stwierdził, iż „przyjmuje, że zostali usunięci”. Już następnego dnia Morawiecki wraz z grupą 40 parlamentarzystów(39 posłów i senator) postanowili założyć klub parlamentarny Rozwój Plus, który niedługo później został zarejestrowany.
W momencie pisania artykułu politycy związani z byłym szefem rządu warszawskiego nie zostali jeszcze formalnie usunięci z partii, ale pozostaje to kwestią czasu. Rzecznik dyscypliny partyjnej PiS Karol Karski stwierdził bowiem, że „ich członkostwo (…) w tej chwili jest martwe” i „w takiej sytuacji nie może się utrzymać”. Z kolei sam Morawiecki zapowiedział już założenie partii politycznej najpóźniej do 15 października, a więc trzeciej rocznicy ostatnich wyborów parlamentarnych. Rozłam w grupie rekonstrukcji historycznej sanacji, który stał się faktem, zaowocował bratobójczą walką pomiędzy niedawnymi sojusznikami.
To nie ja, to on
W grze planszowej „Kariera polityczna” jest kartą „to nie ja, to on!”, której użycie pozwala na uniknięcie przykrych konsekwencji. Można odnieść wrażenie, że po podziale w PiS przedstawiciele obu stronnictw zaczęli jej używać, wzajemnie przerzucając się odpowiedzialnością za błędy i wypaczenia ośmiu lat tzw. Zjednoczonej Prawicy u steru nawy państwowej.
Z jednej strony – już po rozłamie– Morawiecki przekonywał, że polityka covidowa „to był w ogromnym stopniu pomysł całego kierownictwa PiS”, Kaczyński miał „bardzo radykalne, antycovidowe stanowisko”, a on uchronił Polaków przed obowiązkowymi szczepieniami. Sam, choć jest przeciwnikiem aborcji, tonie zgadzał się z naruszeniem rzekomego kompromisu aborcyjnego i chciałby powrotu do niego. Były szef rządu warszawskiego wytknął też, że część pisowskich polityków przesadnie krytykowała dorobek ich rządów, co doprowadziło do spadku poparcia, a podobno „lata 2015–2023to był piękny czas rozwoju Polski”. Patryk Jaki stwierdził natomiast, że głównym powodem odejścia wyborców do Konfederacji była polityka europejska rządu Morawieckiego. Z tą zresztą PiS ponoć nie miał absolutnie nic wspólnego. Pełniący funkcję wicepremiera w latach 2019–2023 Jacek Sasin ujawnił, że o przyjęciu kamieni milowych członkowie kierownictwa partii dowiedzieli się z mediów i zarzucił swojemu przełożonemu, że robił rzeczy „czasami nie z pełną informacją, obok, w pewien sposób na własny rachunek”. Z kolei Morawiecki zdradził, że wszystkie decyzje podejmowane w Brukseli były konsultowane z Kaczyńskim.
Protokół 1 procent?
Wspomniany prezes PiS od samego początku po rozłamie w partii nie oszczędzał Morawieckiego. Wprawdzie w telewizji Republika powiedział, że gdyby były premier po wezwaniu kierownictwa partii rozwiązał stowarzyszenie, to byłby „więcej niż bardzo ważnym nazwiskiem w ich partii”, ale już w telewizji wPolsce24 wypomniał mu, że „był nawet doradcą Tuska”. Ten argument, odnoszący się do zasiadania przez Morawieckiego jako prezesa Banku Zachodniego WBK w Radzie Gospodarczej przy premierze w latach 2010–2012, padał zresztą w tych dniach często. To nie przeszkadzało pisowskim politykom przez wiele lat, w trakcie których Morawiecki był ich premierem i czołową postacią partii z Nowogrodzkiej, ale zostało wyciągnięte, kiedy tylko odmówił posłuszeństwa. Kaczyński zdradził także, że Morawiecki powiedział, iż „wie, że źródło władzy to jest partia i on chce przejąć partię”, co miało być „przyczynkiem do wyjaśnienia, dlaczego działa tak jak działa”. Prezes PiS zarzucił również byłemu premierowi, że proponował podział partii, czemu lider Rozwoju Plus stanowczo zaprzeczał. Morawiecki odcinał się także od określania go „doradcą Tuska”, choć to i tak łagodna uwaga w porównaniu do zarzutów poczynionych mu przez byłego prezesa TVP Jacka Kurskiego, który do wewnątrzpartyjnej walki użył nawet takiej świętości jak katastrofa smoleńska.
Na antenie telewizji Republika Kurski stwierdził, że „przez dwa lata przemysłu pogardy, (…) kiedy pod krzyżem przypalano kobiety papierosami, kiedy ustawiano z puszek po piwie »Lech« krzyż, to wtedy przez dwa lata Morawiecki siedzi u Tuska i się słowem nie odzywa”. Co więcej – według byłego prezesa TVP – „PiS, ostoja polskiej niepodległości, ma być rozwalone w wyniku realizacji niemieckiego planu podboju Europy”, a „Morawiecki jest tutaj żałosnym trybikiem, żeby to zrobić”. Okazało się jednak, że takie atakito dla partyjnej „góry” zbyt wiele i Kurski otrzymał zakaz wystąpień medialnych, a sprawa jego występu telewizyjnego została skierowana do Komisji Etyki.
Chociaż kolejnego tak mocnego przekazu wyborcom PiS nie zaserwowano, to konflikt pomiędzy dawnymi stronnikami wcale nie słabł, o czym świadczył post Kaczyńskiego w jego mediach społecznościowych. Prezes formacji z Nowogrodzkiej zarzucił w nim Morawieckiemu, że wrogiem dla niego „nie jest Tusk, ale on oraz PiS”, a odnosząc się do zrzucania przez byłego premiera odpowiedzialności za niektóre decyzje ze swoich barków, Kaczyński zapytał: „dlaczego nie odcinał się od tych decyzji publicznie albo nawet nie zrezygnował z funkcji premiera”, skoro „tak bardzo się z nimi nie zgadzał”. Wisienką na torcie był jednak ostatni akapit. „Mam wrażenie, że pan premier jest w jakimś dziwnym stanie. Odnosiłem je również w trakcie naszych rozmów. Daj Boże, żebym się mylił” – napisał Kaczyński. Wpis spotkał się z wieloma reakcjami, a redaktor naczelny „Najwyższego Czas-u!” Tomasz Sommer ocenił, że „naczelnik włączył protokół 1 procent”.
Nowa sytuacja na „prawicy”
Rozłam w PiS stworzył nową sytuację wśród partii, które – czasami mylnie – są utożsamiane przez wyborców jako prawicowe. Morawiecki przekonuje, że „nie ma dzisiaj hegemona na polskiej prawicy”, a jego samodzielna droga może być poszerzeniem zdolności koalicyjnych, których zabrakło PiS-owi po pyrrusowym zwycięstwie w wyborach parlamentarnych w 2023 roku. W ostatnich miesiącach partia Kaczyńskiego wprawdzie była najsilniejsza sondażowo wśród ugrupowań uważanych za „prawicę”, ale niejednokrotnie Konfederacja Wolność i Niepodległość oraz Konfederacja Korony Polskiej liczone łącznie notowały lepszy wynik, co świadczyło o tym, że PiS nie jest już wyraźnym dominatorem po zawłaszczonej niegdyś stronie sceny politycznej. Badania opublikowane w drugiej połowie lipca i na początku sierpnia, w których uwzględniono Rozwój Plus, pokazują, że obecny podział partii jeszcze bardziej zaszkodził ugrupowaniu Kaczyńskiego.
Średnia sondażowa dla PiS-u z tych badań to zaledwie 19,6 proc., podczas gdy jeszcze w czerwcu wynosiła blisko 5 punktów procentowych więcej, a to już było znacznie mniej niż rok wcześniej. Z kolei Konfederacja WiN zanotowała w nich średnio13 proc. poparcia, co jest bardzo zbliżonym wynikiem do osiąganego w poprzednich miesiącach. Konfederacja KP wskazywana jest natomiast przez średnio 10 proc. respondentów, co stanowi wzrost w porównaniu do pierwszej połowy 2026 r. Zapowiadana partia Morawieckiego z kolei nie zawsze przekracza próg wyborczy, osiągając średnią sondażową na poziomie 5,9 proc. I choć– jak wskazuje chociażby prognoza wyborcza „Onetu” – łączne poparcie PiS-u i Rozwoju Plus jest wyższe, niż gdyby startowały wspólnie, to system podziału miejsc w parlamencie sprawia, że liczba zdobytych mandatów będzie niższa.
Niezależnie od tego, jak dokładnie wygląda aktualne poparcie dla wymienionych ugrupowań, pewne jest, że blisko trzy lata po ostatnich wyborach parlamentarnych sytuacja zmieniła się diametralnie. Partia Kaczyńskiego nie odpowiada już za zdecydowaną większość wyniku „prawicy”, ale jest mniejszościowym udziałowcem, który musi być gotowy do kompromisów. Głównymi beneficjentami tej zmiany są rzecz jasna dwie Konfederacje, które – korzystając z problemów konkurencji – mogą jeszcze znacznie wzmocnić swoją pozycję przed ewentualnym utworzeniem rządu.
Radosław Piwowarczyk
Tekst ukazał się w tygodniku „Najwyższy CZAS!” nr 33-34, 10 – 23 sierpnia 2026 r. Do nabycia w najlepszych salonach prasowych lub w e-wydaniu na stronie Biblioteki Wolności.

