W przypadku polskiej morskiej energetyki wiatrowej, powstającej właśnie na wodach Bałtyku, jedno jest wszakże pewne, a mianowicie, że w żadnym wypadku nie jest ona opłacalna. Aby mogła w ogóle funkcjonować, wprowadzono na jej potrzeby tzw. kontrakty różnicowe, które obecnie opiewają na kwotę około 500 złotych za jedną megawatogodzinę i corocznie będą dodatkowo indeksowane o aktualny wskaźnik inflacji.
Istota wspomnianych kontraktów różnicowych sprowadza się w praktyce do tego, że niezależnie od panującej w danym momencie giełdowej ceny energii elektrycznej, właściciel takiej morskiej farmy wiatrowej ma z góry zagwarantowaną cenę energii elektrycznej, wprowadzanej przez siebie do sieci przesyłowej, właśnie na wspomnianym poziomie 500 zł za MWh. Jeśli aktualnie giełdowa cena energii elektrycznej jest niższa, ponieważ wynosi przykładowo 300 zł za MWh, to wspomnianym „morskim farmerom” brakujące 200 zł za każdą megawatogodzinę dopłaca po prostu państwo polskie. Co więcej, wspomniane wiatraki morskie, jeśli w większej liczbie w przyszłości powstaną, staną się swego rodzaju skutecznym gwarantem wysokich cen energii elektrycznej w Polsce, które w ten sposób zostaną wręcz „zacementowane” na kilka kolejnych dekad, stanowiąc tym samym swego rodzaju kulę u nogi dla naszego wzrostu gospodarczego.
A skąd niby państwo polskie ma mieć pieniądze, żeby wspomnianym „morskim farmerom” dopłacać do interesu? Ano ma je po prostu z naszych podatków, a tego rodzaju działania powodują, że tzw. dzień wolności podatkowej z roku na rok się u nas systematycznie przesuwa.
Świetny interes, ale nie dla podatnika
Funkcjonowanie morskich farm wiatrowych to wręcz świetny interes, gdyż w tym wypadku jest dosłownie tak, jak było swego czasu za komuny, czyli niezależnie od tego, czy się stoi, czy się leży, 500 złotych za każdą megawatogodzinę się właścicielom morskiej farmy wiatrowej po prostu należy. Postępując w ten sposób, można wytwarzać energię elektryczną w zasadzie w nieskończoność i nie martwić się w ogóle, co dzieje się aktualnie na giełdzie energii elektrycznej, a dzieją się tam dosłownie wyłącznie same cuda, co można zobaczyć na rys. 1.

Rys. 1. Dobowa zmienność giełdowej ceny energii elektrycznej (źródło: https://www.pse.pl/home)
Jak wynika z rys. 1., w dniu 28 czerwca 2026 roku, około południa słonecznego, giełdowa cena energii elektrycznej spadła poniżej poziomu minus 2000 złotych za megawatogodzinę. Przyczyną takiego stanu rzeczy była konkurencja farm wiatrowych z fotowoltaiką, ponieważ w godzinach okołopołudniowych w okresie od kwietnia do września cały krajowy system elektroenergetyczny jest dosłownie „zalewany” mocą generowaną przez panele fotowoltaiczne i dla odbioru większej mocy z farm wiatrowych nie ma tam już po prostu miejsca, co prowadzi załamania giełdowej ceny energii elektrycznej. Jednak ponieważ obowiązują kontrakty różnicowe, to właściciel farmy wiatrowej i tak dostanie wspomniane 500 złotych za każdą wygenerowaną w takich warunkach megawatogodzinę energii elektrycznej, czyli w takim wypadku państwo polskie będzie musiało do tego interesu dołożyć w sumie ponad 2500 złotych za każdą wprowadzoną do sieci przesyłowej megawatogodzinę energii elektrycznej pochodzącej z morskich farm wiatrowych.
Natomiast około godz. 19.00 rozpatrywanego dnia, jak widać na rys. 1., giełdowa cena energii elektrycznej podskoczyła do horrendalnej wręcz wartości, wynoszącej ponad 3000 złotych, ponieważ rozpoczął się wtedy tzw. wieczorny szczyt obciążenia, a fotowoltaika przestała już w zasadzie w ogóle funkcjonować, co wywołało potężny deficyt mocy w krajowym systemie elektroenergetycznym.
Z kolei na rys. 2. można zobaczyć, jak pracował krajowy system elektroenergetyczny w dniu 16 czerwca blisko południa słonecznego. W tym czasie generacja mocy elektrycznej z instalacji fotowoltaicznych osiągnęła swoje maksimum i o godz. 12:36 wynosiła dokładnie 11196 MW. Jednocześnie wiał relatywnie silny wiatr, ponieważ lądowe siłownie wiatrowe generowały wtedy łącznie 3306 MW. Niestety w Polsce mocy z rozważanych wiatraków nie można było w ogóle odebrać, w związku z czym został zorganizowany awaryjny eksport energii elektrycznej praktycznie do wszystkich państw ościennych, z wyjątkiem Słowacji i Ukrainy. Saldo wspomnianego eksportu wynosiło aż 3328 MW, z czego wynika, że cała generacja mocy ze wspomnianych siłowni wiatrowych szła wyłącznie na eksport – niestety tego rodzaju eksport awaryjny odbywa się z zasady po cenach ujemnych.

Rys. 2. Informacja o stanie pracy krajowego systemu elektroenergetycznego (źródło: https://www.pse.pl/home)
Z kolei w nadchodzącej dekadzie planowane jest zainstalowanie w posadowionych na wodach Bałtyku morskich farmach wiatrowych prawie 10 GW mocy elektrycznej, a ich przewidywane rozmieszczenie zostało przedstawione na rys. 3.

Rys. 3. Planowane rozmieszczenie morskich farm wiatrowych na Bałtyku (źródło: https://wysokienapiecie.pl/112973-co-dalej-z-farmami-wiatrowymi-na-baltyku/)
Efektywność farm
Tymczasem wszelką dyskusję na temat energetyki wiatrowej (obojętne czy lądowej, czy morskiej) należy rozpocząć od analizy zjawisk fizycznych związanych z wiatrem i przepływem strumienia powietrza przez rotor wiatraka. W tym wypadku podstawową kwestią wymagająca uwzględnienia jest sześcienna zależność energii kinetycznej gnanych wiatrem mas powietrza od prędkości wiatru. Z tego powodu moc siłowni wiatrowej zależy także od trzeciej potęgi prędkości wiatru. Jest to sprawa natury wręcz fundamentalnej, ale niestety we wszelkich dyskusjach prowadzonych na ten temat w popularnych mediach przez tzw. „ekspertów” (z Bożej łaski), o tej zależności w ogóle w zasadzie nigdy się nie wspomina, a konsekwencje wspomnianej zależności sześciennej są ze wszech miar doniosłe. Wystarczy tylko uzmysłowić sobie, że dwukrotne zmniejszenie prędkości wiatru powoduje aż ośmiokrotne zmniejszenie mocy elektrycznej, generowanej przez daną siłownię wiatrową. Zatem, jeśli przykładowo przy prędkości wiatru równej 20 m/s rozpatrywana siłownia wiatrowa rozwija swą moc maksymalną, to zmniejszenie tej prędkości o połowę, czyli do 10 m/s, sprawi, że jej moc zmniejszy się aż ośmiokrotnie, czyli zmaleje w zasadzie o rząd wielkości, a zatem w skali całego krajowego systemu elektroenergetycznego generacja źródeł wiatrowych przestanie wtedy odgrywać już jakąkolwiek istotną rolę.
Jak powszechnie wiadomo, rok liczy 365 dni (rok przestępny jest o jeden dzień dłuższy), ale przez około 300 dni w roku polskie siłownie wiatrowe pracują wyraźnie na zwolnionych obrotach, generując zaledwie około 10 proc. mocy w nich zainstalowanej, a czasami zdarza się nawet, że jest to jedynie wręcz niecały procent mocy zainstalowanej, czego ostateczny skutek jest taki, jakby tych wiatraków w krajowym systemie elektroenergetycznym w zasadzie w ogóle nie było. Jedynie przez kilkadziesiąt dni w roku, gdy nad terytorium Polski przechodzą silniejsze fronty atmosferyczne, mocy generowanej przez krajowe siłownie wiatrowe pojawia się wtedy istotnie więcej, przekracza ona wówczas nawet 50 proc. całkowitej mocy zainstalowanej w polskich wiatrakach.
Niestety w takiej sytuacji pojawia się zwykle problem z odbiorem większych wartości mocy z polskich wiatraków. Niejednokrotnie operator krajowego systemu elektroenergetycznego musi wydawać rozporządzenie o tzw. nierynkowym redysponowaniu mocy pochodzącej ze źródeł wiatrowych, co w praktyce sprowadza się do wydania nakazu odłączenia od sieci elektroenergetycznej wybranych farm wiatrowych celem redukcji poziomu podaży mocy elektrycznej z polskich wiatraków, a ich właścicielom wypłacane są później stosowne rekompensaty za nieodebraną od nich energię.
Jeśli zatem do krajowych lądowych farm wiatrowych, w których mamy już zainstalowane ponad 11 GW mocy elektrycznej, dołożymy jeszcze kolejne 10 GW w analogicznych farmach morskich, to przez około 300 dni w roku nie będzie bynajmniej żadnych problemów z odbiorem od nich mocy elektrycznej, ale będzie to przeciętnie zaledwie około 1 GW, co w sumie niewiele w skali całego krajowego systemu elektroenergetycznego zmienia, gdyż w ten sposób zastępujemy wiatrakami morskimi zaledwie jeden duży blok węglowy, na przykład taki, jaki istnieje obecnie w Jaworznie (910 MW) bądź w Kozienicach (1075 MW).
Wewnętrzna konkurencja między OZE
Według krajowego planu w dziedzinie energii i klimatu za około 10 lat łączna moc zainstalowana w polskich wiatrakach lądowych i morskich może przekroczyć nawet wartość 30 GW, co oznacza że podczas przechodzenia silniejszych frontów atmosferycznych łączna wartość generowanej przez nie mocy elektrycznej może sięgać nawet 20 GW. Tak wielkiej wartości mocy generowanej przez siłownie wiatrowe do krajowego systemu elektroenergetycznego nie będzie można jednak w ogóle wprowadzić, ponieważ przeciętne zapotrzebowanie mocy wynosi właśnie około 20 GW, przy czym co najmniej 8 GW musi być generowane przez źródła, które wytwarzają tzw. inercję mechaniczną, bez której żaden system elektroenergetyczny absolutnie nie może pracować, ponieważ przy pierwszym lepszym zakłóceniu nastąpiłoby jego rozsynchronizowanie, a następnie automatyka zabezpieczeń wyłączyłaby wszystko na obszarze całego kraju. Wspomnianą inercję mechaniczną wytwarzają wirujące z częstotliwością 50 Hz turbogeneratory, które znajdują się jedynie w elektrowniach węglowych, gazowych bądź atomowych.
Jak widać, o dostęp do krajowego systemu elektroenergetycznego morskie farmy wiatrowe muszą konkurować z farmami lądowymi, a okresy wzmożonej generacji jednych i drugich są ze sobą bardzo silnie skorelowane w czasie. Nie ma w tym zresztą nic dziwnego, ponieważ gdy silnie wieje na morzu, to również nie ma raczej w tym samym czasie flauty na lądzie, a zwłaszcza na polskim wybrzeżu, gdzie posadowiona jest większość krajowych siłownie wiatrowych, gdyż to właśnie tam warunki wietrzności są najbardziej korzystne. Ponadto należy mieć świadomość, że w okresie od równonocy wiosennej do równonocy jesiennej, gdy dzień jest dłuższy od nocy, w okolicy godzin okołopołudniowych pojawia się zarówno w przypadku wiatraków lądowych, jak i morskich jeszcze jeden niezwykle poważny konkurent, którym jest już w bardzo wysokim stopniu przewymiarowana u nas fotowoltaika (głównie prosumencka), generująca w południe słoneczne nawet kilkanaście gigawatów mocy elektrycznej. W takich warunkach odbiór jakiejkolwiek większej wartości mocy od siłowni wiatrowych jest po prostu niemożliwy.
Jeżeli zgodnie z zakładanym przez rząd scenariuszem liczne morskie farmy wiatrowe na Bałtyku w najbliższej przyszłości powstaną, to w przypadku wystąpienia nadmiaru mocy, generowanej w ramach całego krajowego systemu elektroenergetycznego, farmy te będą wyłączane przez operatora bez wątpienia w pierwszej kolejności, ponieważ znacznie łatwiej jest osiągnąć pożądaną redukcję generacji mocy, wyłączając zaledwie jedną dużych rozmiarów farmę morską o mocy przykładowo 1 GW, niż unieruchomić zamiast tego kilkanaście znacznie mniejszych farm lądowych. Ostateczny skutek tego rodzaju postępowania będzie taki, że w przypadku morskich siłowni wiatrowych uzyskiwana w rzeczywistości wartość współczynnika wykorzystania mocy zainstalowanej będzie znacznie niższa, niż wynikałoby to jedynie z analiz czysto teoretycznych, ponieważ znaczne ilości energii, które potencjalnie mogłyby zostać przez rozważane morskie farmy wytworzone, pozostaną nieodebrane i najzwyczajniej ulegać będą wyłącznie zmarnowaniu.
Ograniczenia bilansowe i sieciowe
Reasumując, aby większe ilości mocy generowanej w morskich farmach wiatrowych mogły być w ogóle wprowadzone do krajowego systemu elektroenergetycznego, to przede wszystkim muszą wpierw zostać przezwyciężone ograniczenia natury bilansowej, gdyż każdy system elektroenergetyczny musi znajdować się permanentnie w stanie równowagi mocy, czyli moc generowana musi być bezwzględnie równa mocy zapotrzebowanej, a wszelkie poważne naruszenia tej reguły grożą po prostu blackoutem, czyli rozległą awarią systemową na obszarze całego kraju.
Gdyby nawet wspomniane ograniczenia bilansowe zostały mimo wszystko jakimś cudem przezwyciężone, przykładowo zorganizowano by w tym celu potężny eksport awaryjny energii elektrycznej do krajów ościennych, to i tak pozostają jeszcze do pokonania ograniczenia natury sieciowej. W tym wypadku zasadniczy problem polega na tym, że północna część naszego kraju pozostaje relatywnie słabo zaludniona, a ponadto nie ma tam zbyt wielu energochłonnych zakładów przemysłowych. Jeśli podczas przechodzenia frontów atmosferycznych wiatraki morskie będą generować kilka gigawatów mocy, to tak wielkiej wartości mocy nie będzie można odebrać na miejscu w relatywnie niewielkiej odległości od wspomnianych morskich farm wiatrowych (rzędu stu czy nawet dwustu kilometrów). Konieczne jest zatem zorganizowanie przesyłu energii elektrycznej wytworzonej na Bałtyku do centralnych regionów naszego kraju (Warszawa, Łódź, Poznań), a nawet jeszcze dalej na południe Polski (Wrocław, Opole, obszar Górnego Śląska, Kraków, Rzeszów). Oczywiście, z przesyłem energii elektrycznej na odległości rzędu kilkuset kilometrów wiążą się potężne straty termiczne, które w oczywisty sposób obniżać będą rentowność tego rodzaju przedsięwzięcia.

Rys. 4. Planowane nowe linie przesyłowe 400 KV oraz jedna linia prądu stałego służące do wyprowadzenia mocy z morskich farm wiatrowych (źródło: https://www.pse.pl/home)
W związku z powyższym planowane jest w przyszłości wybudowanie nawet kilkunastu całkowicie nowych torów linii przesyłowych pracujących pod napięciem 400 kV, prowadzących od Wybrzeża Bałtyku w kierunku centralnych części naszego kraju. Przepustowość jednego toru tego rodzaju linii waha się od 1200 do 1500 MW, w zależności od panującej aktualnie temperatury powietrza (zimą jest nieco większa niż latem). Na rys. 4 wspomniane linie przesyłowe zaznaczono linią przerywaną w kolorze czerwonym. Ponadto planowana jest budowa jednej dwutorowej linii prądu stałego o przepustowości około 4 GW, prowadzącej z okolic Ustki aż na Górny Śląsk, którą na rys. 4 zaznaczono podwójną linią przerywaną w kolorze szarym.
Są to wszystko potężne inwestycje, których realizacja zajmie co najmniej dekadę i pochłonie nawet kilkaset miliardów złotych. Niestety przez wspomniane 300 dni w roku, gdy nie wieją w Polsce silniejsze wiatry, rozważane linie przesyłowe będą wykorzystywane zaledwie w znikomym stopniu, a tego rodzaju niedociążone linie długie generują z kolei poważne problemy związane z napięciową stabilnością systemu elektroenergetycznego. Z kolei to, czy przez pozostałe kilkadziesiąt dni w roku, gdy nad Polską przechodzą silniejsze fronty atmosferyczne, rozpatrywanymi liniami 400 kV będzie można w ogóle przesłać większą wartość mocy, pozostaje także wysoce wątpliwe, ponieważ wydaje się, że nie pozwolą na to po prostu ograniczenia natury bilansowej krajowego systemu elektroenergetycznego, gdyż mocy tej nie będzie można i tak w żaden sposób nigdzie odebrać.
Bajońskie sumy wydane bez sensu
Zatem już w najbliższej przyszłości grozi nam fatalny w swej istocie scenariusz, w myśl którego wydamy jakieś bajońskie wręcz sumy na wybudowanie licznych linii przesyłowych najwyższych napięć, które w sumie i tak nie będą w zasadzie nikomu do niczego niepotrzebne. Na koniec warto jeszcze wspomnieć, że za budową morskich farm wiatrowych na wodach Bałtyku za rządów tzw. „dobrej zmiany” optował usilnie pewien „guru” energetyczny rodem ze sławetnego Pcimia (swego czasu uczeń technikum weterynaryjnego w Nowym Targu). Szkoda tylko, że wcześniej nie przyszło mu do głowy zasadnicze w tym kontekście pytanie, dlaczegóż to we wspomnianym Pcimiu (powszechnie znanym przecież w całej Polsce), a nawet i w całym jakże pięknym górskim powiecie myślenickim, próżno jest szukać choćby i jednej potężnej siłowni wiatrowej. A wiatraków na wspomnianym obszarze Polski nie ma w ogóle, ponieważ w przypadku terenów górskich są one zupełnie nieopłacalne, gdyż występujące tam gwałtowne podmuchy i porywy wiatru (a zwłaszcza wiatru halnego) są w zasadzie całkowicie niezdatne do jakiegokolwiek energetycznego wykorzystania, analogicznie jak całkowicie nierentowne będą w przyszłości morskie farmy wiatrowe powstające właśnie na wodach Bałtyku…
Tekst ukazał się w tygodniku „Najwyższy CZAS!” nr 31-32, 27 lipca – 9 sierpnia 2026 r. Do nabycia w najlepszych salonach prasowych lub w e-wydaniu na stronie Biblioteki Wolności.

