Strona głównaMagazynPowrót (byłych) premierów

Powrót (byłych) premierów

-

- Reklama -

Na Starym Kontynencie, a ściślej w naszym regionie w szeroko rozumianej Europie Środkowo-Wschodniej – wolę nie używać pojęcia „Europa Środkowa”, bo to śmierdzi niemiecką „Mitteleuropa” – mamy do czynienia z ciekawym zjawiskiem. Otóż do władzy wracają byli szefowie rządów. Ekspremierzy głosami wyborców (choć są też wyjątki o czym za chwilę) gubią „eks” przed funkcją. Znowu stają się premierami.

Jeżeli dotyczy to jednego kraju, można machnąć ręką. Jeżeli dwóch – to już należy się temu przyjrzeć. Jeżeli trzech i więcej, to jest już to zjawisko, tendencja, trend. Stało się to już w czterech krajach z tzw. „nowej Unii”, czyli z grupy państw, które weszły do UE w tym wieku. Trzy z tych czterech państw uczyniły to na przestrzeni ostatnich parudziesięciu miesięcy, co potwierdza regionalną tendencję.

- Reklama -

Prekursorem były Węgry i obecny, wielki przegrany Wiktor Orban, który przecież po przegranych wyborach w 2006, po raptem wtedy tylko jednej kadencji wrócił do władzy w roku 2010. Z przytupem, bo na szesnaście lat. Jednak o środkowowschodnioeuropejskim trendzie możemy mówić od roku 2023, gdy na fotel szefa rządu Słowacji wrócił Robert Fico. Ten lewicowy eurorealista to dobry przykład na to, że prawica nie ma monopolu na nieufne patrzenie na ręce Brukseli. Fico o rok starszy ode mnie został szefem rządu w Bratysławie po raz pierwszy wtedy, kiedy Orban tracił władzę w Budapeszcie, czyli w 2006 roku. Kiedy Orban ją odzyskał – Fico ją stracił, ale na bardzo krótko, bo ledwie dwa lata. Ten słowacki prawnik i założyciel partii SMER jest jak „wańka-wstańka”: odsuwany od władzy przez naszych południowych sąsiadów dwa razy (2010 i 2018) wracał z podziwu godną konsekwencją. Jest już premierem po raz trzeci i w sumie aż trzynaście lat, co w UE dawało mu drugie miejsce po Orbanie.

Tyle że licznik pana Roberta bije, a licznik pana Wiktora bić przestał. Roberta Fico poznałem w trudnym dla niego czasie. W roku 2018 byłem członkiem specjalnej delegacji śledczej Parlamentu Europejskiego, którą wysłano do Bratysławy po zabójstwie przez lokalną mafię dziennikarza Jana Kuciaka i jego narzeczonej. Siły globalistyczne wykorzystały śmierć nieszczęsnego dziennikarza do obalenia Fico, ale ten kontrolował oddanie władzy, przekazując fotel premiera swojemu ministrowi finansów, a obecnie prezydentowi (pierwszej Głowie Państwa na Słowacji o włoskich korzeniach) – Petrowi Pellegriniemu.

Drugi taki przypadek to Andrzej Babis – premier Czech już po raz drugi. Ponownie objął funkcję raptem niespełna pół roku temu. Wcześniej sprawował ją w okresie 2017–2021. ,,Do tej statystyki nie wliczam lat 2014–2017, gdy był wicepremierem i ministrem finansów, czyli słowackim odpowiednikiem Leszka Balcerowicza, Grzegorza Kołodko czy Mateusza Morawieckiego (można sobie wybrać!).

Jego partia ANO (po czesku: „TAK”) była w międzynarodówce liberałów, ale pragmatyczny biznesmen- miliarder, też tak jak sąsiad Fico, nawrócił się na „uniosceptycyzm”, a nawet jeszcze bardziej, bo jego europosłowie w brukselsko-strasburskim parlamencie należą do grupy „Patrioci dla Europy” wraz z Węgrami od Orbana i Francuzami od Le Pen. Życiorys Babisa, który w ostatnich dniach demonstracyjnie spotkał się w Pradze ze swoim kolegą – ekspremierem Mateuszem Morawieckim, nadje się na fabułę filmu sensacyjnego.

Po pierwsze nie jest Czechem, tylko Słowakiem. Po drugie oskarżany jest o współpracę z czechosłowacką komunistyczną esbecją. Po trzecie wreszcie miliarder Babis jest fanem miliardera Trumpa, czemu daje wyraz publicznie. Potrafił wrócić i jeżeli nie dojdzie do nieprzewidzianych wydarzeń pozostanie u władzy do późnej jesieni 2009 roku. Jego obecność jako szefa rządu w Pradze gwarantuje, że ojczyzna Husa i Szwejka przynajmniej do końca tej dekady nie wejdzie do strefy euro.

Wreszcie ostatni przykład spektakularnego powrotu, czyli Słowenia i kolejny mój znajomy Janez Jansa. Starszy ode mnie o pięć lat (a młodszy od Babisa, najstarszego z grona premierów-bumerangów o cztery lata) w ostatni weekend ponownie został szefem rządu w Lubljanie i to po raz czwarty! Sprawował funkcje premiera w latach 2004–2008, 2012–2013 i 2020–2022. W sumie siedem lat, bo dwa razy jego kadencje były bardzo krótkie. Trzy razy wrócić na premierowski stołek to wyczyn wręcz niebywały. Szczególnie gdy wracał po tym, jak niesłusznie oskarżony przesiedział się w więzieniu. Zwłaszcza że za ostatnim razem jego Słoweńska Partia Demokratyczna wybory niespodziewanie przegrała. Jansa przez ostatni rok prowadził w sondażach, był faworytem elekcji, ale sensacyjnie przegrał zaatakowany przez ówczesnego premiera liberała Roberta Goloba za zagraniczną ingerencję w wewnętrzne sprawy Słowenii. Chodziło o to, że mocno wspierany w kampanii przez Donalda Trumpa Jansa wynajął izraelską firmę, która zaczęła podsłuchiwać ministrów oraz byłych ministrów. I rzeczywiście ujawniła afery korupcyjne w rządzie. Jednak dla Słoweńców okazało się, że obca ingerencja w kampanię jest gorsza niż rodzima korupcja. Tyle że liberałowie i socjaliści nie uzyskali większości potrzebnej do powołania rządu. Misję otrzymał więc lider partii z drugim wynikiem, czyli Janez Jansa i „dokupił” brakujące głosy.

Czy powrót premierów na Węgrzech (dawno temu) i (niedawno) na Słowacji, w Czechach i na Słowenii oznacza powrót ekspremiera (i którego?) do władzy również w Polsce? Są podobieństwa, ale jest też bardzo dużo różnic…

Najnowsze