Dzisiaj rynki prognostyczne szacują szanse Tuckera Carlsona, konserwatywnego i wpływowego dziennikarza, na nominację prezydencką Partii Republikańskiej w 2028 r. na około 7 proc. Mało? Nie całkiem. Choć sam zainteresowany nie potwierdził zamiaru ubiegania się o prezydenturę i publicznie odrzucił ten pomysł, za rok – kiedy ta kampania wystartuje – może być inaczej.
Tucker zaprzecza, że ma ambicje polityczne, ale jest jeszcze zbyt młody (56 lat) i wystarczająco bogaty (50 milionów dol.), aby zniknąć z życia publicznego. Jest przede wszystkim zbyt wpływowy, aby całkowicie wykluczyć jego większe i bezpośrednie zaangażowanie w politykę. W szczytowym okresie popularności telewizyjnej (2020 r.) miał ponad 5 milionów widzów w Fox News.
Po rozstaniu się ze stacją, przechodząc całkowicie do Internetu, zyskał nie tylko większą niezależność, ale i widzów. Jego programy produkowane pod szyldem Tucker Carlson Network odnotowują na różnych platformach średnio 57 milionów wyświetleń jednego odcinka. Przykładowo, programy poświęcone wojnie w Iranie wygenerowały w ciągu 8 tygodniu 1,53 miliarda wyświetleń, a jego główny kanał YouTube liczy obecnie blisko 2 miliony subskrybentów. To wszystko jest potęgą, daje wpływy i pieniądze. Trudno byłoby z tego zrezygnować.
Kiedy w kwietniu 2023 r. telewizja Fox News postanowiła z niego zrezygnować, mógł zacząć wiele rzeczy na nowo, łącznie z życiem emeryta. Mógł też spokojnie znaleźć miejsce bliżej Donalda Trumpa, łącznie z prominentnym stanowiskiem w Białym Domu, gdyż obaj się przez długie lata wspierali, przyjaźnili i popierali. Carlson wybrał jednak suwerenność i niekoniecznie jego polityczne rozstanie z Trumpem wyjdzie mu na złe.
Te 7 procent to nie jest mało dla kogoś, kto nie zgłosił jeszcze aspiracji prezydenckich, nie zebrał sztabu ludzi i nie rozpoczął formalnej kampanii. Mało tego, kalendarz wyborczy i spadająca popularność Trumpa w związku z wojną w Iranie, sytuacją gospodarczą i – mimo wszystko – podziałem w ruchu MAGA, mogą grać na korzyść byłego gwiazdora Fox News.
To wojna Izraela
Rozbrat dziennikarza z prezydentem był przede wszystkim skutkiem wojny z Iranem, którą ten pierwszy nazwał „największym błędem” rządów Trumpa oraz „zdradą” jego obietnic w duchu „America First”. „Zawsze lubiłem Trumpa i wciąż jest mi go żal, tak jak żal mi wszystkich niewolników – powiedział niedawno. – Jest osaczony przez obce siły. Nie może podejmować własnych decyzji. Strasznie się na to patrzy”.
Carlson spotkał się z Trumpem co najmniej trzykrotnie w Gabinecie Owalnym, starając się odwieść prezydenta od wypowiedzenia wojny Iranowi i przedstawił ryzyka, jakie wiązały się z tym dla amerykańskiego personelu wojskowego, cen energii oraz arabskich partnerów. Podobno patrząc Trumpowi prosto w oczy, zarzucił mu, że rozważa uderzenie wyłącznie dlatego, iż życzy sobie tego premier Izraela Benjamin Netanjahu. I nie ukrywa też, dlaczego wojna wybuchła.
„Doszło do tego, ponieważ Izrael tego chciał – oświadczył. – To jest wojna Izraela. To nie jest wojna Stanów Zjednoczonych. Nie jest ona toczona w imię celów amerykańskiego bezpieczeństwa narodowego ani po to, by uczynić USA bezpieczniejszymi czy bogatszymi. Wojna ta toczona jest wyłącznie dlatego, że Izrael chciał, aby była toczona”.
W końcu nazwał tę wojnę „absolutnie obrzydliwą i złą”, argumentując, że została ona rozpętana bez żadnego planu i wbrew własnemu osądowi Trumpa. Opisał ją jako zdradę zasad ruchu MAGA i ostrzegł, że może ona doprowadzić do „masowego cierpienia i śmierci”. Bez skrępowania ocenił, że Trump został „niewolnikiem” Netanjahu i stwierdził, iż zewnętrzna presja ze strony proizraelskich donatorów – takich jak Rupert Murdoch i Miriam Adelson – wepchnęła prezydenta w ten konflikt.
Ostatecznie popularny dziennikarz uznał, że musi zrobić coś więcej. W jednym z programów przyznał, że prominentne postaci prawicy, które poparły Trumpa przed wyborami w 2024 r., są „współwinne” temu, co dzieje się obecnie na Bliskim Wschodzie. „Uważam więc, że nadszedł moment, by zmierzyć się z własnym sumieniem. Będziemy się z tym zmagać jeszcze przez długi czas. Ja na pewno – powiedział. – I chcę przeprosić za to, że wprowadziłem ludzi w błąd; nie było to jednak celowe”.
Konserwatywny komentator zastanawiał się też, czy „planem od samego początku” było wypowiedzenie wojny Iranowi, dodając: „nie chce się wyjść na szaleńca snującego teorie spiskowe, ale – bądźmy szczerzy – istniały wyraźne sygnały świadczące o niskim poziomie moralnym Trumpa; wiedzieliśmy o tym. Tyle że na świecie jest mnóstwo ludzi o wątpliwej moralności, którzy mimo to osiągają wyniki znacznie przewyższające ich charakter”.
Kto jest MAGA?
Wielu ludzi powie dzisiaj, że wizja Carlsona zasiadającego w Białym Domu jest niedorzeczna, lecz wielu mówiło to samo o prezydencie Trumpie w 2015 r. Niektórzy interpretują niedawne zerwanie dziennikarza z prezydentem jako zwykły kaprys. Być może powinni jednak postrzegać to jako posunięcie o znacznie bardziej strategicznym charakterze. Bo teraz dla wielu wyborców, to Carlson, a nie Trump stał się uosobieniem hasła lub – jak kto woli – doktryny „America First”.
Trump przywrócił to hasło w swojej kampanii wyborczej w 2016 r., czyniąc je oficjalną doktryną polityki zagranicznej swojej administracji. Zdefiniował je jako „realizm oparty na zasadach”, stawiający w centrum uwagi rezultaty, a nie ideologię.
Do kluczowych działań podjętych w trakcie jego pierwszej kadencji należało wycofanie się z paryskiego porozumienia klimatycznego, porozumienia nuklearnego z Iranem (JCPOA) oraz Partnerstwa Transpacyficznego (TPP), a także wywieranie presji na sojuszników z NATO w celu zwiększenia wydatków na obronność.
Choć Trump obiecywał zakończenie „wiecznych wojen”, krytycy argumentują, że jego polityka nie miała charakteru izolacjonistycznego, lecz unilateralistyczny, wiążąc się z agresywnym wykorzystaniem amerykańskiej potęgi, czego przykładem były ataki rakietowe w Syrii czy kampania „maksymalnej presji” wobec Iranu. Ale wojna z Iranem z 2026 r. stała się momentem definiującym dla doktryny „America First”. Krytycy – a zwłaszcza Carlson – argumentują, że ta interwencja militarna stanowi bezpośrednią zdradę kluczowej, antyinterwencjonistycznej zasady tej polityki.
Trump przedstawia jednak tę wojnę jako działanie niezbędne dla ochrony amerykańskiego bezpieczeństwa i interesów, dowodząc tym samym, że w jego ujęciu doktryna „America First” może uzasadniać działania militarne, o ile zostaną one uznane za kluczowe dla siły narodowej.
Ten rozdźwięk uwypukla fundamentalne napięcie: czy „America First” to polityka powściągliwości, czy też doktryna jednostronnej dominacji mocarstwowej Stanów Zjednoczonych – nawet jeśli wiąże się ona z angażowaniem się w konflikty zagraniczne? Napięcie w ruchu MAGA nie ustępuję.
„Prawdziwy spadkobierca MAGA”
Spekulacje o starcie Carlsona w wyborach pojawiały się już przed 2024 r. Wtedy wiedział jednak, że faworytem republikanów będzie jego przyjaciel Trump; teraz sytuacja jest odmienna. Przez całą dekadę uchodził za jednego z największych orędowników prezydenta i choć w trakcie drugiej kadencji Trumpa owo poparcie osłabło – w dużej mierze za sprawą krytyki, jaką Carlson kierował pod adresem Izraela oraz wojny z Iranem – to obecne, publiczne odcięcie się od prezydenta sprawia wrażenie momentu przełomowego.
Dziennikarz ze swojej strony cały czas zachowuje powściągliwość w kwestii swoich ambicji politycznych. W wywiadzie udzielonym tygodnikowi „The Economist” odrzucił pomysł, jakoby mógł być zainteresowany ubieganiem się o nominację prezydencką. Mniej więcej w tym samym czasie wyznał, że nie jest pewien, czy interesuje go prezydentura, ponieważ uważa politykę za coś obrzydliwego, a „budowanie koalicji” nie przychodzi mu naturalnie. Innego jednak zdania jest wielu analityków, a także rynki prognostyczne. Opinie, że może się on przygotowywać do poważnego projektu politycznego, są coraz powszechniejsze.
„Nie postrzegam już Carlsona wyłącznie jako postaci medialnej. Uważam, że zajmuje się on czymś zupełnie innym. Jest liderem ruchu społecznego” – mówi Jason Zengerle, publicysta „New Yorkera” i autor nowej biografii dziennikarza. „Sądzę, że wojna z Iranem – zwłaszcza jeśli potoczy się niepomyślnie – stwarza Tuckerowi doskonałe warunki do ubiegania się o prezydenturę w 2028 roku. Będzie mógł obarczyć odpowiedzialnością za tę wojnę J.D. Vance’a, Marco Rubio… I będzie mógł oświadczyć: od samego początku byłem temu przeciwny. To ja jestem prawdziwym spadkobiercą ruchu MAGA”.
Scott Galloway, profesor New York University i współprowadzący podcast „Pivot”, uważa z kolei, że właśnie o to chodzi w tej niedawnej „trasie odkupienia” Tuckera: nie tyle o moment przemiany, co raczej o drogę wiodącą prosto do Białego Domu. „Doskonale wiem, co się tutaj dzieje – powiedział, odnosząc się do publicznych przeprosin dziennikarza za wspieranie Trumpa. – On kandyduje na prezydenta… Uważam, że tu i teraz Tucker Carlson jest najbardziej prawdopodobnym kandydatem republikanów na prezydenta w wyborach w 2028 roku. Wystawcie go na scenę obok Rubio i Vance’a, a on ich po prostu rozszarpie”.
Dobry kalendarz
Odkąd Trump wszedł kolejny konflikt na Bliskim Wschodzie, Carlson twardo broni linii, która w 2016 r. pierwotnie przyciągnęła do ruchu MAGA wyborców z klasy robotniczej: koniec z wojnami, tym bardziej długimi wojnami, koniec z partyjnym establishmentem. Carlson pozycjonuje się w izolacjonistycznym, opartym dokładnie na haśle „America First”, skrzydle Partii Republikańskiej. A to skrzydło ma wielu zwolenników. Sympatia najzagorzalszych sympatyków MAGA, którą niegdyś cieszył się Trump, zmieniła adresata – i trafiła właśnie do Carlsona.
Najpoważniejsi gracze o fotel prezydenta – wiceprezydent JD Vance i sekretarz stanu Marco Rubio – mają za sobą machinę rządową i partyjną, ale będą mieli także negatywne skutki – a są takie – kadencji Trumpa. A ostatnie sondaże prezydenta nie są najlepsze. Wskaźnik poparcia dla sposobu sprawowania urzędu wynosi obecnie 34 proc. – to najniższy wynik w trakcie drugiej kadencji. Odsetek Amerykanów twierdzących, że Trump „dotrzymuje obietnic”, spadł do 38 proc.; dla porównania, po jego reelekcji w listopadzie 2024 roku wynosił on 51 proc. Nawet wśród samych republikanów odsetek osób uznających go za człowieka dotrzymującego słowa obniżył się o 14 proc. od czasu wyborów. Z tego wniosek, że baza wyborcza domaga się już czegoś innego i – całkiem możliwe – nie chce już ani Trumpa, ani nikogo z jego najbliższego otoczenia.
Carlson nie pozostaje bez szans. „Jeśli wystartuje, wczesny kalendarz wyborczy będzie mu sprzyjać – twierdzi John Mac Ghlionn, pisarz i badacz zajmujący się kulturą, społeczeństwem oraz wpływem technologii na życie codzienne. – Iowa nagradza charyzmę w bezpośrednich kontaktach z wyborcami oraz biegłość w artykulacji społecznych resentymentów – w obu tych obszarach Carlson z łatwością bierze górę. New Hampshire uwielbia nonkonformistów. Karolina Południowa ma słabość do wojowników. Zanim partyjny establishment zjednoczy się wokół jednego kandydata alternatywnego, Carlson może mieć już całe pole gry w swoich rękach”. I dodaje: „7-procentowe szanse na platformie Polymarket stanowią dla Carlsona raczej linię startu niż sufit. Nie ma on jeszcze nawet zorganizowanej kampanii, a już wyprzedza senatorów, którzy ubiegają się o urząd nieprzerwanie od 2015 roku. Następny ruch należy do niego. Partia może nie być jeszcze gotowa, ale publiczność Carlsona z pewnością jest”.
Konserwatywny dziennikarz ma potężną widownię, oczywiście głównie na amerykańskiej prawicy. Ma niezależność finansową i ideową. Nawet przyklejana mu łatka antysemity nie za bardzo już działa. Dociera do bogatych i tych biedniejszych. I jest przede wszystkim autentyczny i szczery.
Być może nie wystartuje w wyborach, ale jeśli się zdecyduje, będzie bardzo, ale to bardzo ciekawie.
