Strona głównaMagazynRosjanie zdumieni nadwiślańską rzeczywistością

Rosjanie zdumieni nadwiślańską rzeczywistością

-

- Reklama -

„Prawo i Sprawiedliwość” – bredzi o powrocie do władzy! – pod takim tytułem Walerij Mastierow, obserwator „Niezawisimoj Gaziety”, zamieścił w niej komentarz opisujący sytuację partii Jarosława Kaczyńskiego. Pisze m.in.: „Zdecydowanie rządu Donalda Tuska i działania parlamentarnej większości, utworzonej przez zwycięską »Koalicję 15 października«, wywołały u do niedawna wszechpotężnej rządzącej partii »Prawo i Sprawiedliwość« kłótnie i rozdarcia”.

W jej szeregach blitzkrieg nowej władzy spowodował szok i według opinii ekspertów – utratę zdrowego zmysłu. Niektórzy parlamentarzyści są skrajnie przerażeni, że Tusk dąży do tego, aby zdelegalizować PiS, jeszcze się buntują i starają się okazywać swoje niezadowolenie na posiedzeniach Sejmu, urządzając demonstracje, ale stopniowo i do nich dociera świadomość nowej sytuacji.

- Reklama -

Lider PiS Jarosław Kaczyński wybrał metodę propagowania swoich idei poprzez środki masowego przekazu. Po wyjściu z sali posiedzeń Sejmu oświadczył dziennikarzom, że w wyniku działań nowego rządu obecnie w Polsce jest „wyjątkowa sytuacja”. Według jego słów jest to przejściowy stan, po których odbędą się wybory i powrót PiS-u do władzy. Dalej Mastierow pisze, że Kaczyński przystąpił do realizacji planu powrotu do władzy w skali całego kraju i organizowania „Spotkań wolnych Polaków”: „Pod takim hasłem chce ściągnąć swój elektorat na samorządowe wybory, które odbędą się 7 i 21 kwietnia. Kaczyński poinformował, że liderzy PiS objadą wszystkie województwa z konkretnym przekazem do społeczeństwa: nowa władza obiecała 100 konkretnych rzeczy, narusza też Konstytucję”.

W Katowicach ekspremier Mateusz Morawiecki oświadczył: „Zaczynamy powrót do władzy”. Z podobną misją eurodeputowana Beata Szydło przyjechała do Krakowa, a szef parlamentarnej frakcji Mariusz Błaszczak do Białegostoku. W Lublinie, od którego swój wojaż zaczął Kaczyński, ponownie okazało się, że w propagandowym arsenale PiS znów pojawi się „temat smoleński”. Pierwszą rzeczą, którą przewodniczący partii wykonał w tym mieście, było odsłonięcie pomnika brata bliźniaka Lecha Kaczyńskiego, który zginął w katastrofie lotniczej pod Smoleńskiem 10 kwietnia 2010 roku. Jego wystąpienie do zebranych zawierało też takie ukierunkowanie: „Zapamiętajcie, że ten pomnik powinien nas wspierać w walce, by Polska pozostawała demokratycznym, praworządnym, niezależnym państwem”.

-------- WSPARCIE NCZAS.INFO --------

WESPRZYJ NCZAS.INFO

NCZAS.INFO to obecnie jedyny w Polsce portal informacyjny, który gwarantuje wolną, niecenzurowaną i prawdziwą informację. Za pisanie prawdy jesteśmy szykanowani przez system rozprowadzania newsów w sieci. Z tego powodu nasze teksty w 75 proc. finansowane są wpłat Czytelników.

Serdecznie prosimy o wspomożenie naszej działalności. Dzięki Państwa wpłatom możemy pisać i rozpowszechniać PRAWDĘ.

Jednocześnie skrytykował obecną władzę sformułowaniem, że polski prezydent zginął w rezultacie zamachu. „Niewątpliwie jest to związane z tym, że jego polityka była w stosunku do Rosji najbardziej efektywna”. Na spotkaniu ze swymi stronnikami Kaczyński powiedział, że obecna sytuacja w Polsce przypomina Koreę Północną, demokracja i Konstytucja są naruszane. Skrytykował on politykę rządu w stosunku do UE, w rezultacie której ma stać się nowe porozumienie, fatalne z punktu widzenia polskich interesów, polskiej suwerenności i gospodarki.

Desant partyjny wierchuszki PiS w polskie regiony zmusza do postawienia pytań o celowość takich działań. Można go uważać za początek kampanii przed wyborami do lokalnych samorządów czy też raczej za próbę umocnienia moralnego ducha partyjnych dołów po klęsce w walce o najwyższe stopnie władzy. Zdaniem Walerija Mastierowa działania PiS-u „chcą o sobie dać znać. Ale odbiór w terenie przesłania liderów PiS jest coraz bardziej krytyczny. Kaczyński jest przyjmowany jak zdarta płyta, radzą mu zmienić ton wystąpień, zrezygnować z ostrej retoryki w stosunku do nowego rządu i personalnych oskarżeń pod adresem jego szefa”.

Polacy w Kaliningradzie

Denis Gontar z „Rossijskoj Gaziety” z Kaliningradu w reportażu zatytułowanym „Polacy przyjechali do Obwodu Kaliningradzkiego” pisze, że: „Antyrosyjskie sankcje boleśnie uderzyły w mieszkańców Polski. Bezprecedensowa inflacja w państwie doprowadziła do wzrostu cen na produkty spożywcze, chemię gospodarczą, usługi, nieruchomości. W pogoni za oszczędnościami Polacy jeżdżą teraz na zakupy do Obwodu Kaliningradzkiego. A przecież nie tak dawno wszystko było odwrotnie”. Dalej autor wskazuje, że Polacy w pierwszym rzędzie kupują „kasze, makarony, chleb, lekarstwa i mięso, którego przewozić przez granicę nie wolno, ale Polacy są gotowi ryzykować. Cena jest kusząca”.

Denis Gontar przekonuje, że związki z Obwodem Kaliningradzkim chce także podtrzymywać polski biznes, zwłaszcza z przygranicznych miejscowości. Przytaczany przez niego Janusz Mackiewicz z Braniewa mówi: „W naszym regionie rusofobii nigdy nie było. Rosjanie z Obwodu Kaliningradzkiego to dla nas tacy sami Europejczycy jak Polacy. Dla obu stron partnerstwo było korzystne. Kaliningradczycy zostawiali u nas dużo pieniędzy. Życie kipiało, a teraz ucichło”.

Następnie Denis Gontar dokonuje porównania cen między Polską a Obwodem Kaliningradzkim. Pisze, że „kilo kartofli (w Polsce) wynosi 63 ruble, a w Kaliningradzie – 25. Marchew 60 rubli przeciwko 40. Za paczkę włoskiego makaronu trzeba zapłacić 156 rubli, a w rosyjskiej enklawie – 99. Nawet znakomite polskie przetwory mleczne (kaliningradczycy pamiętają te serki, twarożki i jogurty) dzisiaj nie wytrzymują konkurencji zarówno cenowej, jak i jakościowej. U nas mleczne produkty są o 20-30 proc. tańsze”. Dalej Gontar podkreśla, że „w samym Kaliningradzie do sytuacji w Polsce odnoszą się ze zrozumieniem. U wielu po tej i tamtej stronie granicy pozostali przyjaciele i krewni. Od politycznych decyzji Warszawy stracili wszyscy”.

Stosunki polsko-ukraińskie

Maksim Jusin na łamach „Kommersanta” skomentował stosunki polsko-ukraińskie w artykule zatytułowanym „Państwa Europy Wschodniej nie chcą pomagać Ukrainie na swoją szkodę”. Pisze w nim, że „z nowym premierem Polski Donaldem Tuskiem na Ukrainie wiązano duże nadzieje. Kiedy tzw. proeuropejska koalicja z nim na czele objęła władzę, zmieniwszy nacjonalistów z partii »Prawo i Sprawiedliwość«, wydawało się, że problemy rzucające cień w ostatnim roku na ukraińsko-polskie stosunki ujdą w przeszłość. Najbardziej widocznym ich objawem stała się blokada przejść granicznych na granicy, którą zorganizowali kierowcy samochodów ciężarowych uważający, że kierowcy ukraińscy odbierają im chleb, obniżają ceny w Polsce i w całej Europie”.

W jego ocenie pojawiła się jeszcze jedna warstwa niezadowolonych – polscy chłopi, po interesach których uderzyła tania ukraińska rolnicza produkcja, zalewając europejski rynek. W rezultacie byłe władze z PiS podjęły jednostronnie decyzję bez zgody Unii Europejskiej o zamknięciu granicy dla zboża i innej produkcji rolniczej z Ukrainy. W Kijowie, gdzie Warszawę przywykli uważać za najbardziej niezawodnego i zdecydowanego sojusznika w walce z Moskwą, przyjęli ten krok jak strzał w plecy i zaczęli oczekiwać polskich wyborów parlamentarnych z nadzieją, ze nacjonalistów z PiS zamieni koalicja, która nie będzie grać chłopami ani kierowcami, a przeciwnie – będzie zdyscyplinowanie przestrzegać wspólnej polityki UE. I oto wybory się odbyły, Tusk przyszedł do władzy i ku dużemu rozczarowaniu Ukraińców polityka Warszawy w stosunku do ich państwa zasadniczo się nie zmieniła. Zagrożenie blokadą nad przejściami granicznymi trwa nadal, potok ładunków przepływa przez nie znacznie wolniej niż rok wcześniej, kolejki na granicy są ogromne.

Jak wskazuje Jusin, nowy rząd, utrzymując wprowadzone przez PiS ograniczenia dla ukraińskiej produkcji rolnej – mimo że gdy był w opozycji, to je krytykował – po dojściu do władzy opowiedział się za bardziej pragmatycznym podejściem (w Kijowie powiedzieliby, że egoistycznym), myśląc w pierwszej kolejności nie o wojujących sąsiadach, ale o dochodach polskiego budżetu. Nie zważając na jednoznaczne popieranie Kijowa w konflikcie z Moskwą, polscy politycy (zarówno prawicowi, jak i proeuropejscy) zdecydowanie nie są gotowi popierać Ukraińców, aby ponosić straty. Surowe realia są takie, że zbliżenie Kijowa z UE i zdjęcie ceł dla ukraińskich towarów przynoszą straty w pierwszej kolejności państwom Centralnej i Wschodniej Europy. Niektórzy liderzy tych państw, a najczęściej Węgier i Słowacji, mówią o tym otwartym tekstem. Polacy mówią bardziej wymijająco, dając akcent na solidarność z walczącą Ukrainą. Istoty sprawy to jednak nie zmienia – rezygnować ze swych interesów nikt nie zamierza.

Komentator internetowej Gazety.ru Iwan Połowinin zastanawia się na jej łamach, dlaczego USA chciałyby widzieć Polskę jako lidera Unii Europejskiej. Powodem do postawienia tego pytania była wizyta w Warszawie zastępcy Sekretarza Stanu USA ds. europejskich Jamesa O’Briena. Oświadczył on w polskiej stolicy, że USA chciałyby widzieć Polskę jako lidera Unii Europejskiej. Szukając odpowiedzi na to pytanie, komentator Gazety.ru przepytał wielu rosyjskich politologów i ich odpowiedzi zamieścił w obszernym artykule zatytułowanym „Politolog Bordaczew nazwał brednią marzenia Departamentu Stanu o liderstwie Polski w UE”.

Pisze m.in.: „Pytani przez Gazetę.ru eksperci różnie oceniają wypowiedź przedstawiciela Departamentu Stanu. Naukowy kierownik Centrum Kompleksowych Europejskich i Międzynarodowych Badań Wyższej Szkoły Ekonomiki Timofiej Bordaczew nie wykluczył, że u Amerykanów wystąpiła pewna nerwowość z powodu zmiany władzy w Polsce”. Dalej Bordaczew tłumaczy, że „proamerykańscy prości chłopcy ze skrajnie prawicowej partii »Prawo i Sprawiedliwość« całkowicie stracili władzę. Chłopaki Tuska są bardziej skomplikowani. Mają oni wielokierunkowe stosunki z RFN i dobrze współpracują z Brukselą, wygrali wybory. Nie jest wykluczone, że wypowiedzi mówiące o tym, że USA chciałyby widzieć Warszawę liderem UE, są niezobowiązującą próbą nawiązania dodatkowego kontaktu z nowym rządem. Tusk na pewno nie będzie prowadzić antyamerykańskiej polityki, ale z nim współpracować Stanom Zjednoczonym będzie trudniej, z czego nie są zadowolone i niepokoją się”.

„Był on propolski”

Z kolei starszy naukowy pracownik Instytutu Stosunków Międzynarodowych Dmitrij Oficerow-Bielski uważa, że wprost przeciwnie – USA nie mają się czym niepokoić, ponieważ Waszyngton częściowo pomógł koalicji Tuska zdobyć władzę. „Pogłębienie współpracy Polski i USA, rozumie się, będzie niezależne od tego, że władzę przejęła opozycja na czele z Tuskiem. Panuje błędne założenie, że rząd »Prawa i Sprawiedliwości« był proamerykański. W istocie był on propolski, po prostu interesy Warszawy i Waszyngtonu w wielu punktach się pokrywały. W czasie rządów »Prawa i Sprawiedliwości« Polska była państwem, które w każdej sytuacji broniło swoich interesów i nie przegrywało. Teraz będzie inaczej, Tusk jest konformistą, który jest w stanie porozumiewać się nawet ze szkodą dla Polski. I dlatego Amerykanie utorowali mu drogę do władzy” – dorzucił ekspert. Podkreślił on, że Tusk sam nie mógł pokonać „Prawa i Sprawiedliwości”, dlatego został opracowany plan skupienia kilku partii z bardzo różnymi programami w jeden alians. Oficerow-Bielski podkreślił, że w wyniku tego Polska „stopniowo traci swoją podmiotowość”.

W dalszej części analizy Timofiej Bordaczew twierdzi, że Polska nie może stać się liderem Unii Europejskiej, bo zbyt silnie jest uzależniona od kluczowych europejskich państw. Komentując wypowiedź wysokiego amerykańskiego urzędnika, rosyjski ekspert powiedział: „W trakcie ostatnich kilku lat amerykańscy politycy w ogóle nie uznawali za stosowne myśleć o tym, co mówią. Powtarzają każdą brednię. Polska żadnym liderem UE stać się nie może, nie ma pieniędzy, gospodarki nie ma, inwestycyjnie całkowicie zależy od Niemiec, a w rolnictwie od Francji. Bez tych dwóch państw Warszawa zostanie bez spodni, przecież to ona dostaje największe dotacje z UE”.

Zdaniem Dmitrija Oficerowa-Bielskiego sytuację wokół Polski można oceniać dwojako. Ze swoim potencjałem nie ma szans na zostanie liderem UE i nie zdoła osiągnąć tego statusu przez najbliższe kilka dziesięcioleci. „Z drugiej strony jednak w ostatnich latach Warszawa zaczęła odgrywać dużą rolę na arenie międzynarodowej, większą, niż pozwalałby na to jej potencjał. To zasługa polskiej dyplomacji i stosunków z USA. Współdziałanie USA pozwoliło Polsce zająć własną pozycję w stosunkach z Rosją i Brukselą. To dawało jej możliwość prowadzić w miarę śmiałą i efektywną politykę. Tym niemniej w Departamencie Stanu na pewno nie oczekują przekształcenia Polski w lidera Europy. Amerykańska dyplomacja chciała po prostu dowartościować Polskę, dać jej jakby zaliczkę”.

spot_img

Najnowsze