Strona głównaGŁÓWNYMiliard z "myku" na Auschwitz

Miliard z „myku” na Auschwitz

-

- Reklama -

Dlaczego prywatna fundacja zgarnia publiczne pieniądze na publiczny cel – i dlaczego jej prezesem od 17 lat jest dyrektor państwowego Muzeum Auschwitz-Birkenau?

Takie pytanie powinno paść już dawno. Nie dlatego, że konserwacja baraków, ruin krematoriów i zbiorów po niemieckim obozie zagłady jest sprawą błahą. Przeciwnie: to zadanie państwa, zapisane w ustawie z 1947 roku, powierzone państwowej instytucji, opłacane z budżetu ministra kultury. A jednak od 2009 roku obok muzeum stoi prywatna Fundacja Auschwitz-Birkenau z siedzibą nie w Oświęcimiu, lecz przy ulicy Mokotowskiej 65 w Warszawie. Gromadzi setki milionów złotych, inwestuje je w obligacje, a następnie – jako „darczyńca” – przekazuje pieniądze temu samemu muzeum, którym kieruje jej własny prezes.

- Reklama -

Słowo Oświęcim wyłącza dyskusję

Ktoś powie: święta sprawa, nie czepiać się. Tymczasem właśnie przy „świętych sprawach” najłatwiej wyłącza się zwykły rachunek. Prywatna osoba prawna, wyłoniona nie w wyborach i nie w konkursie ministerstwa, dostaje publiczny kapitał, obraca nim poza zwykłym reżimem budżetowym i sama decyduje, ile z odsetek wróci do państwowego muzeum. A na obu końcach tego rurociągu stoi ten sam człowiek. Najpierw muzeum, potem fundacja – i ten sam prezes.

- Reklama -

Państwowe Muzeum Auschwitz-Birkenau powstało ustawą Sejmu z 2 lipca 1947 r. Teren byłego obozu miał pozostać „po wsze czasy” pomnikiem męczeństwa. Placówka podlega ministrowi kultury. Dyrektorem od 1 września 2006 r. jest dr Piotr Mateusz Andrzej Cywiński, historyk, dawny prezes warszawskiego Klubu Inteligencji Katolickiej. Ministrowie się zmieniają, rządy też. Cywiński zostaje.

- Reklama -

Myk „na Bartoszewskiego”

Fundacja to inna konstrukcja. 15 stycznia 2009 r. Władysław Bartoszewski – były więzień Auschwitz, dwukrotny minister spraw zagranicznych, pełnomocnik premiera ds. dialogu międzynarodowego – ustanowił ją aktem notarialnym. Do KRS wpisano ją 23 kwietnia 2009 r. pod numerem 0000328383. Status organizacji pożytku publicznego: tak. Cel statutowy: dbałość o teren i pozostałości KL Auschwitz I i Auschwitz II-Birkenau „znajdujących się pod opieką” państwowego muzeum oraz wspieranie misji tego muzeum. Innymi słowy: prywatna fundacja ma zbierać pieniądze i finansować to, czym z mocy ustawy ma się zajmować państwo.

Prezesem zarządu od dnia rejestracji jest Piotr Cywiński. Nie od wczoraj, nie „na chwilę”. Od 23 kwietnia 2009 r. do dziś. Wiceprezesem od tego samego dnia jest Łukasz Rozdeiczer-Kryszkowski. Później doszli Wojciech Soczewica (dyrektor generalny) i Elwir Świętochowski (dyrektor finansowy). Sposób reprezentacji: prezes samodzielnie albo dwóch członków łącznie. Tu kończy się poezja „pamięci” i zaczyna elementarz konfliktu interesów. Ten sam człowiek: jako dyrektor państwowego muzeum przyjmuje dotacje i zleca prace konserwatorskie; jako prezes prywatnej fundacji decyduje, ile pieniędzy fundacja przekaże temu muzeum; jako dyrektor muzeum – według statutu fundacji – opiniuje obsadę Rady Fundacji, czyli ciała, które powołuje i odwołuje zarząd, a więc i jego samego.

Jeśli to nie jest konflikt interesów, to pojęcie to można wyrzucić z podręczników. Jak się „wyłania” władzę, gdy fundator już nie żyje? Układ władzy w fundacji jest klasyczny dla polskich fundacji dużego kalibru: na papierze jest nadzór, w praktyce kooptacja. Rada Fundacji liczy od 7 do 15 osób, kadencja 5 lat, z możliwością powoływania na kolejne kadencje. Pierwszą Radę powołał fundator. Potem mechanizm się zamyka: kolejnych członków powołuje sama Rada „po zasięgnięciu opinii” Prezydium Międzynarodowej Rady Oświęcimskiej przy premierze RP oraz dyrektora Muzeum. Zarząd – od jednej do sześciu osób – powołuje Rada na trzy lata. Pierwszy zarząd wskazał fundator. Bartoszewski zmarł w 2015 r. Od tej pory klub sam sobie dobiera skład.

To nie jest konkurs. To nie jest wybór przez Sejm, ministra ani darczyńców z osobna. To samo uzupełniające się grono. W Radzie zasiadali i zasiadają m.in. Marek Zając (przewodniczący, sekretarz Międzynarodowej Rady Oświęcimskiej), Zbigniew Nosowski, Paweł Machcewicz, Eleonora Bergman, Serge Klarsfeld, Jürgen Rüttgers, kard. Grzegorz Ryś, Józef Wancer, Jacek Kastelaniec (współzałożyciel i były dyrektor generalny fundacji). Prace ma monitorować Komitet Międzynarodowy złożony z przedstawicieli państw-darczyńców. Brzmi dostojnie. Nie zmienia faktu, że polski podatnik nie ma w tej konstrukcji głosu, a dyrektor państwowego muzeum ma opinię przy doborze nadzorców prywatnej kasy, z której to muzeum żyje.

W 2024 r. Rada ponownie powołała Cywińskiego do zarządu na kolejną trzyletnią kadencję. Kto miałby go nie powołać? Ludzie, których powołanie sam opiniował jako dyrektor muzeum? Osobno w 2018 r. powstał jeszcze Instytut Auschwitz-Birkenau – inna fundacja, ustanowiona już nie przez Bartoszewskiego, lecz przez Piotra Cywińskiego, Marię Ossolińską i Wojciecha Soczewicę. Fundusz założycielski: 1000 zł. Cele: edukacja, pamięć, wspieranie muzeum. Czyli wokół jednej państwowej placówki narasta ekosystem podmiotów prywatnych, w których powtarzają się te same nazwiska.

Majątek od państwa

Pomysł był prosty i efektowny. Zamiast co roku wyciągać z budżetu państwa kolejne miliony na konserwację 200 hektarów, 155 obiektów i setek tysięcy przedmiotów, zebrać „kapitał wieczysty” – endowment. Kapitału się nie wydaje. Inwestuje się go, a z zysku finansuje prace. Na starcie celowano w 120 mln euro i 4–5 mln euro odsetek rocznie. Gdy obligacje przestały dawać zapowiadany plon, poproszono darczyńców o dopłatę, by dojść do ok. 180 mln euro.

Kto złożył się na ten fundusz? Przede wszystkim państwa – czyli podatnicy: polscy i zagraniczni. Niemcy najpierw 60 mln euro w ratach na lata 2011–2016, potem kolejne 60 mln euro decyzją Angeli Merkel; umowę w 2020 r. podpisywali Heiko Maas i – a jakże – Piotr Cywiński, w jednej osobie prezes fundacji i dyrektor muzeum. Razem 120 mln euro. Stany Zjednoczone: ok. 17 mln dolarów. Polska: 10 mln euro ustawą z 18 sierpnia 2011 r. „o dotacji dla Fundacji Auschwitz-Birkenau przeznaczonej na uzupełnienie Kapitału Wieczystego”. Francja: 5 mln euro. Austria: 4 mln euro. Wielka Brytania: 3,1 mln funtów. Dalej Włochy, Holandia, Szwajcaria, Izrael, Rosja (1 mln dolarów) i kilkadziesiąt mniejszych wpłat państw, miast i prywatnych „Filarów Pamięci”. Do kapitału dołączyły z czasem m.in. Albania i Serbia. Łącznie mówiono o około 40 państwach.

Ustawa z 2011 r. zasługuje na osobne zdanie, bo to kwintesencja pytania ze wstępu. Sejm – przy poparciu wszystkich klubów, jak wówczas się chwalono – kazał ministrowi kultury przelać równowartość 10 mln euro do prywatnej fundacji. Środki z dotacji mają być inwestowane, kapitału ruszać nie wolno, a dochód ma iść na konserwację terenu muzeum. Państwo więc nie sfinansowało prac bezpośrednio w swojej instytucji. Państwo oddało publiczny kapitał prywatnemu bytowi, żeby ten byt odsetkami wspomagał państwowe muzeum. Dlaczego? Bo „tak było wygodniej”? Bo fundacja „lepiej wygląda” przed zagranicą? Bo statut fundacji „uszyto na miarę”, jak mówił sam Cywiński, podczas gdy ustawa o muzeach nie dawała takich narzędzi? To są pytania o konstrukcję państwa, nie o pietyzm wobec ofiar.

Ile tego jest dziś?

Na koniec 2024 r. suma bilansowa Fundacji Auschwitz-Birkenau wyniosła 845,5 mln zł. Kapitał własny: 844,9 mln zł. Fundusz statutowy: 755,7 mln zł. Według raportu merytorycznego Kapitał Wieczysty stanowił ok. 89 proc. aktywów, a jego wartość księgowa sięgała 775,7 mln zł; wartość kapitału „przekroczyła 180 mln euro”. Na koniec 2025 r. komercyjne zestawienia z KRS pokazywały już ok. 869,6 mln zł aktywów i 869,2 mln zł kapitału własnego. To nie jest „zrzutka na kwiaty”. To jeden z najzasobniejszych prywatnych wehikułów finansowych obracających pamięcią II wojny w Polsce.

Pieniądze nie leżą w skarpecie. Inwestuje się je – m.in. poprzez BNP Paribas i DZ Bank – głównie w obligacje. W 2024 r. fundacja wykazała przychody finansowe rzędu 30,7 mln zł i zysk netto ok. 15,2 mln zł (przy stracie na działalności operacyjnej). W 2025 r. dochód z inwestycji z kapitału wieczystego – według relacji z posiedzenia Rady – przekroczył 20 mln zł. Część zysku idzie z powrotem do muzeum jako „darowizna”.

Ile? W 2023 r. fundacja przekazała muzeum rekordowe 27,5 mln zł na konserwację; łączne wsparcie od początku szacowano wtedy na ok. 126 mln zł. W 2024 r. darowizny dla muzeum w sprawozdaniu to ok. 22,5 mln zł (muzeum mówiło o 21,7 mln zł na konserwację). W 2025 r. na Globalny Plan Konserwacji poszło 23,4 mln zł. Od 2012 r. suma transferów na prace konserwatorskie przekroczyła 148 mln zł. Muzeum wprost pisze, że niemal wszystkie prace konserwatorskie finansuje fundacja. Budżet ministerstwa i tak płaci za resztę instytucji: w 2025 r. sam MKiDN dawał m.in. 20 mln zł na obchody 80. rocznicy wyzwolenia i 35,1 mln zł na nowe wystawy. Publiczne i „prywatne-publiczne” pieniądze spotykają się w jednym miejscu. Dyrektor też jest jeden.

Audyt instytucji nie zawsze jest wyłącznie laurką. Sprawozdanie za 2024 r. firma audytorska opatrzyła opinią z zastrzeżeniem: fundacja sprzedała aktywa klasyfikowane jako utrzymywane do terminu wymagalności (ok. 22,8 mln zł wartości bilansowej), co według przepisów powinno skutkować przeklasyfikowaniem całej tej puli. To nie wyrok w sprawie karnej. To sygnał, że przy trzech czwartych miliarda złotych nawet „święta fundacja” nie jest zwolniona z rachunkowych haków. Podatnik i tak ogląda to z zewnątrz.

Dwie kasy, jeden człowiek

Oficjalna wykładnia brzmi tak: muzeum nigdy nie miało dość pieniędzy na wieloletni program konserwacji; żaden minister nie zagwarantuje stałej kwoty na dekady; fundacja „zabezpiecza pieniądze przed pokusami politycznymi”. Cywiński mówił to wprost: statut fundacji można było uszyć na miarę, ustawa o muzeach – nie.

Tłumaczenie jest zręczne i w części prawdziwe. Rządy lubią ciąć wydatki, a ruiny w Birkenau nie poczekają na nową ustawę budżetową. Tyle że argument o „odpolitycznieniu” rozbija się o fakt prosty jak konstrukcja baraku: fundację z państwowym muzeum spina personalna klamra. Prezes fundacji jest mianowanym przez ministra dyrektorem muzeum. Rada fundacji uzupełnia się sama, po opinii dyrektora muzeum. Zarząd fundacji powołuje ta Rada. Beneficjentem darowizn jest muzeum. Kontrolę „z zewnątrz” mają pełnić komitet państw-darczyńców, komisja finansowa i audytor. Nie ma natomiast rozdziału funkcji, którego wymaganoby w zwykłej spółce Skarbu Państwa albo przy zamówieniu publicznym.

W 2011 r. belgijski przedstawiciel przy komitecie fundacji Lazard Perez publicznie zarzucał zawyżone koszty konserwacji baraków i wzywał do wstrzymania wpłat. Cywiński odparł, że to „totalna nieprawda” i pomyłka w walutach. Spór ucichł. Pytanie o to, kto po obu stronach stołu liczy faktury, pozostało.

Media opisywały też inne tarcia wokół dyrektora muzeum: wieloletni najem mieszkania od własnej placówki za symboliczną kwotę, spory o protokół uroczystości i nieobecność córki rotmistrza Witolda Pileckiego, niewpuszczenie posła Korony Romana Fritza, przetargi, w których w tle pojawiały się podmioty powiązane z ludźmi muzeum. Nie trzeba każdej z tych spraw drobiazgowo analizować, by zauważyć prawidłowość: im dłużej jedna osoba siedzi na styku państwowego muzeum i prywatnej kasy, tym trudniej oddzielić misję od układu. „Najwyższy CZAS!” pisał o nieustannych powołaniach Cywińskiego już przy okazji kadencji ministra Glińskiego: najpierw część PiS-u chciała jego dymisji, potem ten sam obóz go zostawiał. Dziś jego kadencja w muzeum trwa już od 2006 r., w fundacji od 2009 r. To już nie „projekt na rozruch”. To trwały dualizm.

Po co komu ta hybryda

Z punktu widzenia warszawskich salonów konstrukcja jest wręcz wzorcowa. Jest Bartoszewski jako mit założycielski. Jest słowo Auschwitz, więc krytyka łatwo wpada w szufladę „niewrażliwości”. Jest kapitał wieczysty, więc minister kultury nie musi co roku tłumaczyć się z miliona na impregnację drewna. Jest status OPP i darowizny od Google, rządu USA, PZU, Orange. Jest siedziba w Warszawie, choć obiekt stoi w Oświęcimiu. Jest język, w którym każda wątpliwość wobec instytucji staje się zamachem na pamięć ofiar.

Z punktu widzenia zwykłego rozliczania władzy widać coś innego. Miejsce pamięci jest publiczne. Cel jest publiczny. Największe wpłaty pochodzą z budżetów państw. Polska dopisała do tego własną ustawę dotacyjną. A operator kapitału jest prywatny, sam sobie dobiera radę i od 17 lat ma prezesa tożsamego z dyrektorem państwowego muzeum-beneficjenta.

A przecież środki publiczne powinny trafiać do instytucji publicznych. Można było zrobić fundusz celowy w Banku Gospodarstwa Krajowego. Można było zapisać w ustawie o muzeum wieloletnią pozycję budżetową. Można było wreszcie powołać fundację, ale z zakazem łączenia funkcji prezesa z dyrekcją muzeum. Można było dać darczyńcom realny wybór władz, a nie opinię „po uważaniu”. Nie zrobiono tego. Zostawiono model, w którym prywatna instytucja karmi się publicznym kapitałem, a pytanie „kto kogo kontroluje”, rozmywa się w ceremoniach rocznicowych.

Dopóki prezesem Fundacji Auschwitz-Birkenau jest dyrektor Państwowego Muzeum Auschwitz-Birkenau, dopóty każda sprawozdawcza laurka będzie miała tę samą lukę: darczyńca i obdarowany podają sobie rękę w lustrze. I jeszcze wystawiają sobie opinię do protokołu Rady.

Najnowsze